Czytam to od początku i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie. Czy te afirmacje mają działać same z siebie, czy one mają zmieniać to, jak się zachowuję? Bo mam wrażenie, że część osób tu zakłada, że samo mówienie coś zmienia, a część mówi, że to tylko sposób do zmiany myślenia. To są dwa różne założenia i chciałam wiedzieć, które jest bliżej prawdy.
Wracam do tego, co pisałam o zimnym patrzeniu - próbowałam przez kilka dni kontynuować pisanie zamiast mówienia i coś mi się zmieniło. Nie dramatycznie, ale piszę tę afirmację i czuję mniej tego dystansu niż na początku. Czy to już coś, czy to może złudzenie po prostu dlatego, że przyzwyczaiłam się do zdania?
To pytanie, które Irenka zadaje sobie, jest bardzo ważne i dobrze, że je zadaje. Przyzwyczajenie a prawdziwa zmiana - to naprawdę dwie różne rzeczy i można je od siebie odróżnić. Spróbuj zmienić afirmację na inną, zbliżoną treściowo, i sprawdź, czy zimno wraca. Jeśli chodzi o samą treść, a nie o to konkretne zdanie - to znak, że coś się naprawdę przesunęło.
A właściwie to wracamy cały czas do odczuwania, ale co jeśli ktoś po prostu nic nie czuje? Mówię afirmacje, obserwuję i jest... nic. Ani opór, ani akceptacja. Czy to znaczy, że pracuję z czymś, co mi nie przeszkadza, czy że jestem w ogóle odcięta od tych sygnałów?
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie do całej dyskusji. Czy ktoś tu sprawdzał, czy afirmacje mówione na głos działają inaczej niż pisane? Bo wygląda, że u Irenki pisanie dało inny efekt niż mówienie. Czy to przypadek, czy jest w tym jakaś prawidłowość?
dokładnie to mam na myśli. Ten wewnętrzny komentarz przy mówieniu na głos to nie przypadek - słuchasz siebie tak samo jak słuchasz innych ludzi, więc mechanizm oceny uruchamia się szybciej. Przy pisaniu najpierw jest intencja, potem ruch, potem ślad na papierze - to daje chwilę opóźnienia, zanim umysł zdąży zaprzeczyć. To nie jest magia, to architektura przetwarzania.
To, co opisuje Gnostyk, zgadza się z moim doświadczeniem przy medytacji z mantrami. Mantry mówione na głos są znacznie trudniejsze do utrzymania w czystej intencji niż te powtarzane wewnętrznie albo pisane. Przy głośnym mówieniu każdy dźwięk wraca do uszu i uruchamia ocenę. Cisza pisania jest po prostu mniej atakowana przez własny umysł.
A wracając do mojego problemu z brakiem odczuć - zrobiłam to, co zaproponowała Wizjonerka, czyli zaczęłam od zdań czysto fizycznych. I rzeczywiście coś poczułam, jak pomyślałam 'jestem głodna'. Jakieś lekkie napięcie w brzuchu. Ale jak przeszłam do afirmacji, to znowu nic. Czy to znaczy, że moje ciało odcina się specyficznie od emocjonalnych treści?
Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem - cała ta rozmowa o oporze i sygnałach ciała to jest odpowiedź na pierwotne pytanie Irenki? Czyli niechęć do afirmacji nie niszczy ich działania, tylko jest informacją? Czy mam to dobrze?
Właśnie to chciałam usłyszeć i jakoś nie potrafiłam tego tak jasno sformułować sama. Przez te kilka tygodni pisania zauważam, że moja niechęć nie znikła zupełnie, ale zrobiła się mniej ostra. Nie wiem, czy to zmiana przekonania, czy tylko oswojenie się ze zdaniem - ale chyba nie chcę już teraz za szybko oceniać, co to jest.
To co napisał Ballen chyba najlepiej to podsumowuje - niechęć jako informacja, nie jako sabotaż. Ale mam jeszcze jedno pytanie, bo mnie to nurtuje od jakiegoś czasu. Czy ta niechęć może dotyczyć różnych warstw tej samej afirmacji? Mam na myśli - siedzę i powtarzam zdanie, i część mnie brzmi jakby się zgadzała, a część jakby była sceptyczna. Nie wiem, czy to w ogóle ma sens jako opis.
Ma sens. To co opisujesz to klasyczny konflikt między częściami. Jedna warstwa umysłu może zaakceptować zdanie jako logicznie możliwe, inna - ta głębsza, z bardziej utrwalonymi przekonaniami - nie ma żadnego powodu żeby uwierzyć. I obie działają równocześnie. To nie jest niespójność, to jest normalny stan przy pracy z przekonaniami, które są zakorzenione głęboko i długo.
Chcę zapytać o coś pobocznego, ale chyba związanego - czy afirmacje wypowiadane w stanie półsennym, takim tuż przed zaśnięciem, działają inaczej niż te mówione w pełnej świadomości? Czytałam gdzieś, że wtedy umysł krytyczny jest wyciszony, ale nie wiem, czy to ma sens.
Trochę mi to przypomina pracę z intencją przed rytuałem - też chodzi o to, żeby stan wewnętrzny był w miarę czysty, bo inaczej ładujesz w działanie coś, czego nie chciałaś. Czy to podobna zasada, czy jednak afirmacja działa zupełnie inaczej?
A skoro mowa o zewnętrznych zakotwiczeniach - czy muzyka działa podobnie? Mam na myśli powtarzanie afirmacji przy tej samej ścieżce dźwiękowej za każdym razem.
Czytam całą tę rozmowę i trochę się gubię - mam pytanie do całej tej grupy, bo nie wiem, do kogo konkretnie. Skoro niechęć jest informacją, a nie sabotażem, to kiedy w ogóle warto przestać danej afirmacji używać? Czy jest jakiś sygnał, że to zdanie po prostu do mnie nie pasuje i nie ma sensu go ciągnąć?
