Ostatnio próbuję regularnie robić afirmacje rano, ale złapałam się na tym, że powtarzam je jakby mechanicznie i z takim cichym oporem w środku. Coś mi mówi 'to nieprawda' za każdym razem, gdy mówię 'jestem spokojna i pewna siebie'. I zaczęłam się zastanawiać, czy to nie działa odwrotnie. Czy jeśli mówię afirmację z niechęcią albo z wewnętrznym sprzeciwem, to czy umysł rejestruje raczej tę niechęć niż słowa? Czy ktoś miał podobnie i wie, co z tym zrobić?
Też przez to przechodziłem. Ten opór jest bardzo realny i myślę, że nie jest bez znaczenia. Kiedy wypowiadasz zdanie, którego nie czujesz, to mózg przetwarza równocześnie treść i emocję. Pytanie, co wychodzi na wierzch. Mnie pomagało zaczynanie od łagodniejszych formuł, nie 'jestem pewny siebie', tylko 'otwieram się na pewność siebie'. Mniejszy dysonans, mniejszy opór.
Przepraszam, może głupie pytanie, ale skąd wiadomo, że to drażnienie jest złe? Może właśnie ten dyskomfort jest potrzebny, żeby coś się ruszyło?
O, temat jak dla mnie. Też zaczynam z afirmacjami i dokładnie to czuję. Mam pytanie do Wizjonerki albo kogoś doświadczonego: czy ta 'łagodniejsza' wersja naprawdę działa inaczej na umysł, czy to tylko wygodniejsze dla nas samych?
Tu jest pewien węzeł, który warto rozplątać. Afirmacje w klasycznym rozumieniu Coué'go opierają się na powtórzeniu, które z czasem omija krytyczny filtr umysłu. Coué twierdził, że wyobraźnia jest silniejsza niż wola i że powtórzenie bez wysiłku woli jest kluczowe. Czyli paradoksalnie, jeśli bardzo się starasz uwierzyć w afirmację, możesz ją sabotować. Ale jeśli powtarzasz mechanicznie i bez emocji, to też może nie wystarczyć. Pytanie, które mnie tu nurtuje: czy opór, o którym pisze autorka wątku, to jest aktywne 'nie wierzę w to', czy raczej obojętne 'mówię, bo kazali'?
to jest właśnie sedno problemu. Jeśli masz aktywne zdanie wewnętrzne wprost sprzeczne z afirmacją, to w gruncie rzeczy prowadzisz dialog wewnętrzny, w którym afirmacja jest jedną ze stron, ale niekoniecznie silniejszą. Coué pisał o tym pośrednio, ale nowsze podejścia, na przykład z kręgów ACT, mówią wprost: nie walcz z myślą, nie zastępuj jej. Daj jej miejsce i idź dalej. Może warto byłoby zamiast afirmacji spróbować czegoś, co nie stawia cię w kontrze do własnych przekonań.
Ciekawy kierunek, ale chcę dodać jeden kontekst historyczny. William James w 'Zasadach psychologii' pisał już w XIX wieku, że emocja często podąża za zachowaniem, nie odwrotnie. Czyli jeśli działasz jakby, to emocja może przyjść później. Z tego wynikałoby, że nawet afirmacja mówiona bez wiary mogłaby z czasem tę wiarę zbudować, ale tylko jeśli jest spójna z działaniem. Sama afirmacja bez żadnego zakotwiczenia w zachowaniu raczej zawisi w powietrzu. Pytanie do bardziej praktykujących: czy ktoś z was łączył afirmacje z konkretnymi działaniami i widział różnicę?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, bo jestem trochę sceptyczna. Skąd w ogóle wiadomo, że afirmacje 'działają' na umysł w jakiś mierzalny sposób? Czy to nie jest po prostu efekt placebo, że jak powtarzasz coś wystarczająco długo, zaczynasz to słyszeć jako prawdę, nawet jeśli nie jest?
Mam inne podejście do tego tematu. Pracuję z energią i z mojej perspektywy problem polega na tym, że wypowiadasz słowa na jednym poziomie, a twoje ciało trzyma zupełnie inny zapis. Afirmacja to nie jest tylko kwestia tego, co mówisz. Jeśli mówisz 'jestem spokojna' i jednocześnie zaciskasz szczęki albo masz napięte ramiona, to ciało wysyła zaprzeczenie. Dla mnie praca z afirmacją bez wcześniejszego rozluźnienia ciała jest trochę jak malowanie po mokrej ścianie.
To co opisuje Kornelia bardzo mi odpowiada i jest spójne z praktyką uważności. Kiedy jesteś w stanie pobudzenia, każda treść, którą dodajesz, przechodzi przez filtr zagrożenia. Twój układ nerwowy nie jest w trybie uczenia się, tylko w trybie obrony. Afirmacja w tym stanie faktycznie może trafić w ścianę. Relaksacja najpierw to ma sens fizjologiczny, a nie tylko ezoteryczny.
Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Czy to znaczy, że jeśli mówię afirmacje i czuję opór, to lepiej w ogóle na chwilę przestać i wrócić dopiero jak się uspokoję? Czy można jakoś ćwiczyć to mimo oporu?
Właśnie to mi się zdarza - zaczynam i w trakcie pojawia się coś w rodzaju zażenowania. Jakbym mówiła coś, o czym wiem, że jest nieprawdziwe. Dziękuję za to rozróżnienie, to mi naprawdę otwiera oczy.
Mam pytanie, bo czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i się gubię. Czy w takim razie afirmacja, którą piszemy sama dla siebie, działa lepiej niż ta z gotowca? Czy to naprawdę ma aż takie znaczenie, że jest 'twoja'?
A co, jeśli nie umiem ułożyć takiej afirmacji, bo nie wiem, co jest u mnie prawdą? Serio pytam, nie jako żart. Czasem mam wrażenie, że nie znam siebie na tyle, żeby napisać coś, w co wierzę.
Wracając do tego, co Ballen pisał wcześniej o Coué - jest jedna rzecz, którą często się pomija przy omawianiu jego metody. Coué nie zalecał afirmacji 'na temat'. Jego słynne zdanie 'Każdego dnia, pod każdym względem, jest mi coraz lepiej i lepiej' było celowo ogólne i bezkonkretne. Uważał, że umysł sam znajdzie obszary, gdzie może to zrealizować, właśnie dlatego, że zdanie nie wchodzi w kolizję z żadnym konkretnym przekonaniem.
nie twierdzę, że Coué miał rację we wszystkim, ale jego logika była spójna: konkretność tworzy kryterium weryfikacji, a mózg to kryterium natychmiast stosuje. Mówisz 'za trzy miesiące zarobię tyle i tyle' i od razu pojawia się 'ale skąd?'. Ogólność tego unika. To nie znaczy, że konkretność jest złym pomysłem - ale wymaga, żeby przekonanie już częściowo istniało, inaczej właśnie wywołuje opór, o którym tu rozmawiamy.
Słucham tej dyskusji o konkretności i ogólności i mam inne spostrzeżenie. Pracując z energią ciała, widzę, że ludzie często blokują się na słowie, nie na treści. Ktoś ma problem ze słowem 'zasługuję' albo 'spokój', bo te słowa niosą dla nich jakieś wcześniejsze znaczenie. Można powiedzieć tę samą rzecz zupełnie inaczej i opór znika. Czy ktoś z was próbował zmieniać samo słownictwo w afirmacji, nie jej strukturę?
Mam głupie pytanie, ale czy można mówić afirmacje w obcym języku, na przykład po angielsku? Widziałam takie gotowe zestawy i zastanawiam się, czy to nie jest lepsze właśnie dlatego, że słowa nie mają tej historii osobistej, o której tu piszecie.
A jeśli ktoś po prostu nie lubi swojego głosu po polsku i dlatego woli angielski? Serio, znam kilka osób, które mówią, że po polsku brzmi to dla nich śmiesznie. Czy to już jest ten opór, o którym wszyscy tu piszą, czy coś innego?
Wracając jeszcze do tego, od czego zaczęła Irenka - bo ta dyskusja o języku jest ciekawa, ale trochę odeszliśmy od pierwotnego pytania. Jeśli mówię afirmację po angielsku z poczuciem, że to nie ja, i po polsku z poczuciem, że kłamię - to w obu przypadkach mam ten sam problem z niechęcią. Język go nie rozwiązuje, tylko maskuje. Prawda?
Właśnie to chciałam powiedzieć od początku, ale nie umiałam tego tak ująć. Niechęć jest niechęcią w każdym języku. Ja nawet próbowałam pisać afirmacje zamiast mówić - myślałam, że może pisanie jest mniej 'głośne', mniej naraża. Ale efekt był podobny. Siadałam i zamiast pisać 'jestem spokojna', pisałam 'podobno powinnam być spokojna'. I to chyba mówi samo za siebie.
To co napisała Irenka bardzo do mnie trafia. Ja też tak robiłam - pisałam afirmacje jakby w cudzysłowie. Jakby nie dla siebie, tylko żeby zaliczyć zadanie. I teraz się zastanawiam, czy w ogóle miało to jakiś sens, skoro przez cały czas wiedziałam, że 'to nie ja'. Dziękuję, że to ktoś w końcu powiedział wprost.
Słuchając tej rozmowy o półśnie i filtrach - mam jedno doświadczenie, które tu pasuje. Kiedy pracuję z klientami przy bioenergetyce, zdarza się, że w pewnym momencie relaksu coś 'przelatuje' przez nich i nagle mówią zdanie, w które sami są zaskoczeni. Jakby je usłyszeli, nie powiedzieli. I to zdanie często jest własną, nieoczekiwaną afirmacją. Może dlatego, że opór był chwilowo wyłączony. Nie wiem, czy to ten sam mechanizm, ale intuicyjnie kojarzy mi się z tym, co Ballen opisuje.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że wszyscy zakładają, że opór to problem, który trzeba obejść. Ale czy ktoś pomyślał, że może ten opór ma rację? Że może afirmacja nie działa, bo naprawdę nie pasuje - i to jest sygnał, żeby ją zmienić, a nie szukać sposobu, żeby go wyciszyć?
Przepraszam, że wracam do poprzedniego wątku, ale nikt mi nie odpowiedział do końca. Mówiłam o tym, że znam osoby, które mówią afirmacje po angielsku, bo po polsku brzmi to dla nich śmiesznie. I Wizjonerka mówiła, że to informacja. Ale informacja o czym dokładnie? O tym, że afirmacja jest zła? Że temat jest bolesny? Że po prostu człowiek jest nieśmiały? Bo to mogą być trzy zupełnie różne rzeczy.
Właśnie próbowałam tego, o czym mówi Wizjonerka - pisania. I tu wracam do tego, co pisałam wcześniej. Przy pisaniu nie ma śmiechu, jest inne uczucie. Coś bardziej zimnego. Jakby patrzeć na własne zdanie z zewnątrz i wiedzieć, że się nie zgadzasz, ale nie reagować na to emocjonalnie. Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej.
To, o czym pisze Irenka - to 'zimne patrzenie' - znam z pracy z klientami. Nie jest to ani lepiej, ani gorzej. To inny rodzaj dystansu. Śmiech to aktywna obrona, a to zimne patrzenie to pasywna. Oba mówią, że afirmacja jeszcze nie dotarła do miejsca, w którym ma działać.
