Używam afirmacji od jakiegoś czasu i zawsze działałam na angielskich wzorcach z poradników. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy to ma w ogóle sens, skoro po polsku myślę, śnię i kłócę się sama ze sobą w głowie. Czy ktoś świadomie przestawił się z angielskiego na polski albo odwrotnie i zauważył jakąś różnicę? Nie chodzi mi o tłumaczenie jeden do jednego, tylko o to, czy język, w którym funkcjonujesz na co dzień, robi robotę lepiej niż ten, który kojarzysz głównie z motywacyjnymi filmami na YouTube.
To jest pytanie, które wraca co jakiś czas i zazwyczaj kończy się na 'rób tak jak ci wygodnie'. Ale moim zdaniem to za proste. Język ojczysty ma zupełnie inną warstwę emocjonalną - słowa po polsku niosą inne skojarzenia niż ich odpowiedniki po angielsku. 'I am worthy' brzmi jak hasło z memu, a 'jestem wartościowa' potrafi wywołać opór, bo jest zbyt blisko. I właśnie ten opór jest informacją. Angielski bywa wygodniejszy, bo trochę znieczula - wypowiadasz słowa, które nie bolą, więc nie wiesz, czy w ogóle coś uruchamiasz.
Ja bym powiedział, że kluczowe jest wibrowanie słów, a nie ich język. Jak wymawiasz afirmację z odpowiednią energią i skupieniem, to dotrzesz do podświadomości bez względu na to, czy to angielski czy polski. Podświadomość nie zna granic językowych, reaguje na emocje i obraz.
no dobrze, może trochę uprościłem. Ale jednak widziałem opinie, że intencja jest ważniejsza niż forma. Medytacje prowadzone po angielsku działają na ludzi, którzy nie mówią po angielsku - chodzi o ton i rytm.
A co jeśli po prostu przetłumaczę te angielskie afirmacje na polski i zacznę z nich korzystać? Czy to wystarczy? Czytałam, że trzeba używać czasu teraźniejszego i mówić 'jestem', 'mam', nie 'będę miała'. Czy jest coś jeszcze, na co trzeba uważać przy tłumaczeniu?
Zgadzam się z Terenią. Sama próbowałam tłumaczyć i po kilku tygodniach stwierdziłam, że te zdania są martwe - powtarzam je mechanicznie, bo brzmią obco. Jak zaczęłam pisać własne, po polsku, z moją składnią i moim słownictwem, to coś się zmieniło. Nie wiem, czy to kwestia języka jako takiego, czy po prostu tego, że przy pisaniu własnych wchodzę głębiej w intencję.
Czytam i się zastanawiam - a czy afirmacje w ogóle działają na zasadzie, że mózg w nie 'wierzy', czy to działa inaczej? Bo zawsze wydawało mi się, że jeśli powtarzam coś, w co nie wierzę, to po prostu kłamię sama sobie. Skąd wiadomo, że to nie jest tylko autosugestia bez realnego efektu?
A czy to ma znaczenie, czy mówię afirmacje na głos czy w myślach? Pytam, bo czytałam, że wypowiedzenie na głos uruchamia coś innego niż samo myślenie, ale nie wiem, czy to dotyczy też języka - tzn. czy po polsku na głos ma inny efekt niż po angielsku na głos.
Mam pytanie, które może trochę rozbić tę dyskusję. A co z osobami dwujęzycznymi albo takimi, które wychowały się na granicy dwóch języków? U nich który jest 'głębszy'? Bo jeśli język ojczysty robi różnicę ze względu na emocje, to co w przypadku, gdy dwa języki są równorzędne emocjonalnie?
Dziękuję za tę dyskusję, naprawdę dużo mi wyjaśnia. Chciałam zapytać - czy ktoś próbował mieszać języki w afirmacjach? Tzn. część po polsku, część po angielsku, albo jedno kluczowe słowo po angielsku, a reszta po polsku? Czy to ma sens, czy tylko miesza?
No właśnie, wibracje słowa nie zależą od języka. Każde słowo ma swoją częstotliwość i jeśli wibrujesz z nim, to działa. Dlatego mantry sanskryckie działają na Europejczyków, którzy nie znają sanskrytu - ich mózg reaguje na dźwięk, nie na znaczenie.
okej, może rzeczywiście pomieszałem. Ale czy nie jest tak, że jak ktoś mocno wierzy w to co mówi, to mechanizm przestaje mieć znaczenie? Czyli wiara robi swoje bez względu na to, czy to afirmacja czy mantra?
A skąd w ogóle wiadomo, że afirmacje działają, a nie po prostu człowiek zaczyna zauważać to, co chce zauważyć? Bo jak co rano mówię sobie, że jestem pewna siebie, to może po prostu zaczynam szukać dowodów, że tak jest, zamiast naprawdę być bardziej pewna siebie. To chyba ma swoją nazwę.
Wracając do języka, bo trochę odpłynęliśmy - Kasztanka zadała pytanie, które jest osobne. Ale wątek z tym efektem potwierdzenia jest ciekawy właśnie pod kątem języka. Jeśli afirmacja działa przez to, że zaczynamy inaczej filtrować rzeczywistość, to język ojczysty może robić różnicę, bo jest głębiej wbudowany w nasze automatyczne skojarzenia. Angielski może być bardziej neutralny emocjonalnie, co sprawia, że te skojarzenia są płytsze.
to by tłumaczyło, dlaczego niektórzy wolą afirmacje po angielsku - właśnie ta emocjonalna neutralność może być zaletą, nie wadą. Jak masz silne negatywne skojarzenia z danym słowem po polsku, to angielski odpowiednik może je ominąć. 'I am worthy' uderza inaczej niż 'jestem godna', szczególnie jeśli polskie słowo 'godna' jest dla ciebie naładowane jakimiś konotacjami.
Ja mam praktyczne pytanie, bo ta rozmowa trochę mnie gubi. Czy wobec tego jak zaczynam z afirmacjami, to mam pisać własne po polsku od zera, czy mogę jednak przetłumaczyć gotowe, tylko uważnie, żeby brzmiały naturalnie? Bo nie wiem, od czego zacząć.
Czytam tę dyskusję o naturalności brzmienia i przychodzi mi do głowy paralela z runami. Przy pracy z runami też są szkoły, które mówią, że należy używać oryginalnych nazw staronordyjskich albo proto-germańskich, bo samo brzmienie jest częścią przekazu. Inne szkoły twierdzą, że tłumaczenie na własny język wzmacnia, bo rozumiesz co mówisz. Wynik jest podobny do waszej dyskusji - ci, którzy rozumieją i czują słowo, mają głębsze doświadczenie, niezależnie od języka oryginału.
Słuchajcie, ale skoro tak długo szukamy właściwych słów do afirmacji, to czy to nie znaczy, że sama afirmacja jest trochę nie o słowach, tylko o tym co za nimi stoi? Bo jeśli muszę analizować każde słowo pod kątem skojarzeń i brzmienia, to zanim dojdę do praktyki, jestem już zmęczona.
Wracając do kwestii języka - jest tu coś, o czym jeszcze nie mówiliśmy. Afirmacje często tworzymy albo przyjmujemy w konkretnym kontekście emocjonalnym: w trudnym momencie, po przeczytaniu czegoś inspirującego, podczas sesji z terapeutą. Ten kontekst przylega do języka. Jeśli coś przeżyłaś po angielsku, to angielska wersja może nosić w sobie tamten moment. Czy to nie jest osobna warstwa tej całej dyskusji?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale mam pytanie do tego wszystkiego. Czy jeśli znam angielski tylko na poziomie komunikatywnym, to czy afirmacje po angielsku w ogóle mają sens? Bo jak nie rozumiem niuansów słów, to może mi umykać właśnie ta warstwa znaczeniowa, o której tutaj mówicie?
Mam inny kąt do tego. Zastanawiam się, czy nie pomijamy całkowicie kwestii rytmu i melodyki języka. Polskie afirmacje mają inny akcent, inne tempo wypowiedzi. Angielskie często brzmią bardziej... rytmicznie zwięźle. 'I am enough' to trzy sylaby z mocnym akcentem. 'Jestem wystarczająca' to już sześć sylab i rytm zupełnie inny. Czy ktoś próbował pisać polskie afirmacje z myślą o tym, żeby brzmiały równie zwięźle?
'wystarczam' jest ciekawe właśnie dlatego, że polskie czasowniki już w sobie niosą podmiot. Nie trzeba mówić 'ja wystarczam', samo 'wystarczam' jest kompletne. W angielskim bez 'I' zdanie jest gramatycznie niepełne. To jest strukturalna różnica, która w afirmacjach może mieć znaczenie - polskie formy czasownikowe są może bardziej bezpośrednie niż myślimy.
Mam pytanie trochę z boku. Czy to ma znaczenie, czy afirmację powtarzam głośno, czy tylko w myślach? Bo czytam ten wątek i ciągle jest mowa o brzmieniu, rytmie, melodyce - ale to chyba ma sens tylko wtedy, gdy mówimy na głos?
Wracając do tego, co poruszyła Bogumiła o rytmie - mam wrażenie, że w polskim można ten problem ominąć, jeśli afirmację układa się pod siebie, a nie tłumaczy z gotowej. Jak biorę 'I release what no longer serves me' i próbuję to przetłumaczyć, to wychodzi mi coś niezgrabnego. Ale jak zaczynam od polskiego - co chcę powiedzieć? - to wychodzi coś naturalnego. Może problem nie jest w języku, tylko w tym, że idziemy od angielskiego oryginału zamiast od własnej potrzeby.
to jest dla mnie nowe podejście. Zawsze zaczynałam od szukania gotowych afirmacji i tłumaczenia. Ale jak mam samodzielnie ułożyć, to skąd wiem, że to będzie działać, że nie ułożę czegoś, co źle sformułuję?
Dziękuję za to wyjaśnienie, bo naprawdę się tym martwiłam. Przez kilka miesięcy poprawiałam własne afirmacje, żeby nie było żadnego przeczenia, i wychodziły mi zdania bardzo sztywne. Teraz rozumiem, że to nie był problem z przeczeniami, tylko z tym, że zdania były nienaturalne.
Zastanawiam się, czy nie wracamy ciągle do tego samego punktu - że język afirmacji ma znaczenie dokładnie o tyle, o ile wpływa na twój poziom zaangażowania i oporu. Nie ma odpowiedzi ogólnej, jest tylko odpowiedź dla konkretnej osoby. Dla jednej polskie będą głębsze, dla innej angielskie będą bezpieczniejsze na start. Może tyle?
