To z tym lustrem brzmi trochę jak psychologiczny eksperyment, nie jak praca z afirmacją. Ale zastanawiam się - czy zmiana formy podania tej samej treści może faktycznie 'odświeżyć' działanie? Bo to byłoby nieco dziwne, że ważniejsze jest gdzie i jak mówisz, niż co mówisz.
Czyli moge mowic to samo ale np śpiewać zamiast mowic i to sie liczy jako zmiana? Albo pisac zamiast mowic? Bo wydaje mi sie ze juz probowałam chyba różnych sposobów i nie wiem co jeszcze mozna
A jak długo powinna trwać ta 'przerwa', o której wspomniał Edmund? Czy jest jakaś minimalna, po której afirmacja znowu może coś zrobić? Bo mam wrażenie że moje powtarzanie jest już bardzo mechaniczne i może po prostu potrzebuję przestać na chwilę.
Kilka tygodni przerwy? To brzmi jak dużo. Jak w tym czasie utrzymać kierunek, żeby nie stracić tego co się zbudowało? Bo mam wrażenie że jak przestanę, to po prostu cofnę się do punktu zero.
Zastanawiam się nad tym co napisała Leontyna. Skąd wiadomo, że przekonanie jest 'naprawdę moje'? Bo to brzmi jak coś, co trudno zmierzyć. Czy jest jakiś moment, w którym po prostu czujesz, że to się zintegrowało?
Właśnie to pytanie Nagietki trafia w coś, co od początku chciałam zrozumieć. Pytałam o granicę, po której afirmacja przestaje działać - ale może lepsiej postawione pytanie brzmi: po czym poznać, że już zadziałała? Że można odpuścić formułę i ona nadal zostaje?
Jedno z kryteriów, które sama stosowałam: kiedy przestajesz potrzebować afirmacji jako korekty, a zaczynasz myśleć w zgodzie z nią spontanicznie. Czyli nie mówisz sobie 'zasługuję na spokój' żeby przekonać się, że to prawda - myślisz w ten sposób zanim cokolwiek powiesz. To oczywiście nie jest zero-jedynkowe, bywa, że wraca potrzeba powtórzenia w trudniejszym momencie, ale generalnie środek ciężkości się przesunął.
Czytam tę rozmowę od początku i jedno mi nie daje spokoju - czy ktoś tu próbował po prostu całkowicie zmienić temat afirmacji, nie formułę, ale cel? Czyli nie 'jak' mówię, tylko 'o czym' mówię? Bo zastanawiam się, czy problem nie leży czasem w tym, że cel sam w sobie jest nieodpowiedni, nie formuła i nie poziom powtórzeń.
Czytam tę rozmowę od początku i jedno mi nie daje spokoju - czy ktoś tu próbował po prostu całkowicie zmienić temat afirmacji, nie formułę, ale cel? Czyli nie 'jak' mówię, tylko 'o czym' mówię? Bo zastanawiam się, czy problem nie leży czasem w tym, że cel sam w sobie się zdezaktualizował, a my dalej powtarzamy coś, co już nie pasuje do miejsca, w którym jesteśmy.
Ale jeśli dobrze rozumiem, to wychodzi z tego, że afirmacje mają 'datę ważności' dla konkretnego celu? I trzeba je wymieniać tak jak się wymienia cele? Bo to trochę zmienia moje myślenie o tym - zawsze zakładałam że chodzi o cierpliwość i wytrwałość.
A jak to sprawdzic ze cel jest nadal zywy? Bo ja mam afirmacje o pewnosci siebie i naprawde nie wiem czy to sie zdeaktualizowało czy po prostu jeszcze nie zadziałało. Jak mam to rozróznic?
Mam podobny dylemat co Wiesia. Zastanawiam się czy nie jest tak, że afirmacja o pewności siebie jest po prostu za ogólna. Może gdyby była bardziej konkretna, np. dotycząca jakiejś jednej sytuacji, działałaby lepiej? Czy ogólność to błąd?
Okej, ale czy to nie jest trochę niespójne z tym, co wcześniej mówiła Leontyna o wierze i rozbieżności? Bo jeśli afirmacja ma być konkretna, to siłą rzeczy jest bardziej weryfikowalna - i łatwiej ją odrzucić jako nieprawdziwą. A ogólna jest trudniejsza do sfalsyfikowania, więc może łatwiej w nią 'wejść'?
