Mam takie pytanie, które mnie od jakiegoś czasu nurtuje. Czy afirmacje w ogóle mają sens, jeśli ktoś zmaga się z depresją? Sama nie jestem jakoś specjalnie przekonana do tej metody, ale znajoma zaczęła je robić podobno na polecenie jakiejś terapeutki i mówi, że jej pomaga. Z drugiej strony czytałam gdzieś, że przy prawdziwej depresji afirmacje mogą wręcz zaszkodzić, bo człowiek nie wierzy w to co mówi i to go dobija jeszcze bardziej. Czy ktoś ma jakieś doświadczenia albo wiedzę na ten temat?
To jest naprawdę złożony temat. Sama pracuję z medytacją i afirmacjami od kilku lat i muszę powiedzieć, że widziałam różne efekty u różnych osób. U kogoś z lekką chandrą czy obniżonym nastrojem afirmacje potrafią zdziałać dużo. Ale przy klinicznej depresji to jest zupełnie inny poziom. Mózg w depresji dosłownie inaczej przetwarza informacje, jest taki mechanizm że każde pozytywne zdanie jest odrzucane jak coś fałszywego. Więc chyba kluczowe pytanie jest, o jakiej depresji mówimy?
Zatrzymajmy się tu na chwilę, bo to ważne rozróżnienie. Afirmacje jako technika samorozwoju a afirmacje stosowane klinicznie to dwie różne rzeczy. W podejściu poznawczo-behawioralnym stosuje się coś, co przypomina afirmacje, ale to nie to samo co powtarzanie 'jestem szczęśliwa i bogata'. Tam pracuje się z konkretnymi, realistycznymi zdaniami, które pacjent jest w stanie choćby częściowo zaakceptować. Różnica jest zasadnicza. Czy ta terapeutka dokładnie sprecyzowała, co znajoma ma powtarzać?
Chcę dodać coś z nieco innej strony. Historycznie rzecz biorąc, afirmacje w dzisiejszym kształcie wywodzą się głównie z ruchu New Thought z przełomu XIX i XX wieku, Émile Coué i jego metoda autosugestii były pierwszym bardziej systematycznym podejściem. Coué sam zresztą zastrzegał, że jego metoda nie zastępuje leczenia i że działa inaczej w zależności od stanu pacjenta. Dopiero późniejsza popkultura zrobiła z tego uniwersalne lekarstwo na wszystko. Więc to, o czym mówi Wisia88, ma swoje korzenie już w tej pierwotnej metodzie.
tak, Coué był dość ostrożny w swoich sformułowaniach. Jego słynne zdanie 'z każdym dniem, pod każdym względem, czuję się coraz lepiej' jest teraz traktowane jako coś oczywistego, ale on sam wskazywał, że kluczowa jest przy tym relaksacja i pewien stan między jawą a snem, coś w rodzaju lekkiego transu. Bez tego warunku autosugestia jego zdaniem nie działa. Większość ludzi dziś bierze to zdanie i po prostu je powtarza na sucho, bez żadnego kontekstu. To dużo słabsza wersja tej metody.
Ja ze swojej strony powiem, że pracuję z kryształami i mam kilka klientek, które robiły afirmacje przy kamieniach jako wsparcie. Ale żadna z nich nie miała zdiagnozowanej depresji, raczej takie stany przejściowe, smutek, brak energii. Jeden przypadek mnie zastanowił, bo dziewczyna zaczęła afirmacje na własną rękę przy dość głębokiej chandzie i po jakimś czasie powiedziała że jest gorzej. Nie wiem na ile to wina afirmacji a na ile po prostu stan się pogłębił samoistnie, więc nie wiem jak to interpretować.
To co opisuje Ewelinka72 pasuje do czegoś, o czym ostatnio czytałam. Jest takie pojęcie jak 'toxic positivity' i myślę, że właśnie afirmacje robione mechanicznie mogą wchodzić w tę pułapkę. Szczególnie gdy ktoś jest w naprawdę złym miejscu psychicznie. Nie chodzi o to, żeby odrzucić afirmacje jako metodę, ale żeby być świadomym że pozytywne zdania same w sobie to za mało. Jak to połączyć z realnymi działaniami i ewentualnie leczeniem?
Zgadzam się z Wisią w tej kwestii. Widziałam kilka takich przypadków i zawsze mnie to niepokoi. Ktoś przychodzi po rytuał albo po afirmacje jako ratunek, bo boi się psychiatry albo go nie stać, albo nie wierzy w leki. I jest w tym coś bardzo ludzkiego, bo chce wziąć sprawy w swoje ręce. Tylko że przy depresji ten mechanizm sprawczości jest zaburzony i człowiek często nie jest w stanie realnie ocenić swojego stanu. Kto podejmuje decyzję kiedy powiedzieć komuś: to co robisz jest niewystarczające, idź po pomoc?
Słuchajcie, to jest ważna rozmowa i jestem zaskoczona że tyle tutaj doświadczeń. Wracając do mojej znajomej: ona ma i terapię, i psychiatrę, i leki. Afirmacje są u niej jednym z elementów, nie jedyną metodą. W tym świetle to chyba brzmi inaczej niż jako zastępstwo leczenia. Ale nadal się zastanawiam, czy są jakieś konkretne wskazówki jak to robić mądrze, właśnie przy takim równoległym wsparciu medycznym?
to zmienia postać rzeczy, jeśli to jest naprawdę element terapii a nie zastępstwo. W takiej sytuacji powiedziałabym, że najważniejsze to nie forsować afirmacji które wywołują opór. Lepiej zaczynać od zdań które są neutralne albo minimalnie pozytywne, coś w stylu 'jestem bezpieczna teraz', 'mam prawo do odpoczynku'. Nie wielkie obietnice o szczęściu, tylko małe, przyziemne, sprawdzalne zdania. I najlepiej żeby terapeutka wiedziała co konkretnie znajoma powtarza, bo tu naprawdę ważny jest nadzór.
Wracam do tego co Ruta powiedziała o swojej znajomej, że ma i terapię i psychiatrę. Mam pytanie praktyczne: czy ktoś wie, czy afirmacje mogą wchodzić w jakąś interakcję z lekami? Mówię serio, nie metaforycznie. Na przykład czy są jakieś stany kiedy pewne techniki kognitywne są odradzane przy konkretnych lekach lub na konkretnych etapach leczenia?
Dziękuję za tę odpowiedź, to jest rzeczywiście coś o czym nie myślałam. Znajoma jest już jakiś czas w leczeniu i jest ustabilizowana, więc mam nadzieję że to co robi jest bezpieczne. Zastanawiam się teraz czy w ogóle powinnam jej coś doradzać, czy może lepiej po prostu zapytać jej terapeuty co myśli.
myślę że drugi wariant jest zdrowszy. Nie dlatego że twoje intencje są złe, ale dlatego że terapeuta widzi całość. Ty widzisz przyjaciółkę z zewnątrz i to cenne, ale on wie co tam dzieje się w środku. Możesz jej powiedzieć co tu wyczytałaś i zaproponować żeby zapytała terapeuty co on o tym myśli. Zostawić jej sprawczość.
Słucham tej rozmowy i myślę o tych klientkach co o nich pisałam. Teraz widzę że to co im doradzałam przy kamieniach i afirmacjach to było w porządku, bo one nie były w depresji klinicznej. Ale gdyby ktoś do mnie przyszedł z poważnym stanem, to chyba nie powinnam była podejmować się żadnych porad w ogóle, tylko skierować dalej. Czy wy to robicie kiedy czujecie że to za poważna sprawa?
Chcę dodać coś praktycznego do tej dyskusji bo schodzimy trochę w teorię. Czy ktoś z was próbował afirmacji zapisywanych zamiast mówionych? Czytałam że przy osobach z tendencją do dysocjacji pisanie angażuje inaczej niż mówienie na głos i może być łagodniejszym wejściem.
Słucham was i myślę o znajomej. Ona ma akurat tendencję do tego żeby wszystko robić na głos, mówić do siebie, przetwarzać przez mówienie. Więc może dla niej forma mówiona jest naturalna. Ale ten problem z wewnętrznym głosem, który mówi 'to nieprawda', to ona mi o tym też wspominała. Jak wy sobie z tym radziliście?
Ten 'wewnętrzny głos' który podważa afirmację ma zresztą konkretną nazwę w psychologii poznawczej, to jest właśnie automatyczna myśl negatywna. Coué w swojej metodzie radził żeby nie walczyć z tym głosem, tylko po prostu kontynuować powtarzanie bez wchodzenia w polemikę z własnym oporem. Brzmi prosto, ale w depresji ten głos bywa głośniejszy niż wszystko inne.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że gubimy trochę wątek ezoteryczny. Nie mówię że psychologia jest zła, ale afirmacje mają też wymiar energetyczny. Słowo wypowiedziane ma wibrację, ma intencję. Może problem z tym wewnętrznym głosem to nie jest tylko kwestia poznawcza, ale też tego że energia afirmacji jest blokowana przez negatywne przekonania zakorzenione głębiej. Pracowałam z kilkoma osobami przy kamieniach i obserwowałam że połączenie kamieni wzmacniających z afirmacją dawało inny efekt niż sama afirmacja.
Wracając do pytania Ruty o to jak jej znajoma może sobie z tym radzić, chcę powiedzieć że obserwowałam coś ciekawego u siebie. Kiedy byłam w gorszym stanie, afirmacje działały lepiej jeśli były poprzedzone czymś co już kojarzyłam z ulgą, na przykład konkretnym oddechem albo chwilą z kamykiem który lubiłam trzymać w dłoni. Jakby kotwica fizyczna otwierała trochę drzwi przed słowem. Ale nie wiem czy to ma jakieś potwierdzenie czy to tylko moje doświadczenie.
To co Ruta mówi jest chyba jednym z ważniejszych wniosków tej rozmowy. Nie w sensie zamknięcia dyskusji, bo ta jest ciekawa, ale w sensie praktycznym. Chęć pomożenia przez podanie gotowego rozwiązania to nie to samo co pytanie co ta osoba potrzebuje. I to działa niezależnie od tego czy mówimy o afirmacjach, kamieniach, terapii czy czymkolwiek innym.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie które mnie nurtuje. Czy ktoś próbował afirmacji w momencie kiedy jest naprawdę źle, nie stabilnie źle, ale w środku ostrego epizodu? Bo wszystko co tu czytam dotyczy chyba raczej stanów przejściowych albo depresji lekkiej. Zastanawiam się co w takim naprawdę ciemnym momencie.
Właśnie o to mi chodziło od początku. Znajoma mówi mi że próbuje różnych rzeczy ale żadna nie daje efektów i zastanawiam się czy to znaczy że nic nie działa, czy że szuka w złym miejscu. Po tej rozmowie zaczynam myśleć że może problem nie jest w tym co próbuje, ale w tym jak i kiedy.
i to jest zmiana perspektywy którą warto zabrać ze sobą. Bo 'żadna nie daje efektów' to może oznaczać bardzo różne rzeczy. Że technika jest zła, albo że moment jest zły, albo że forma nie pasuje do tej osoby, albo że oczekiwany efekt jest nierealistyczny. Nie wiem nic o twojej znajomej, ale zanim zaproponujesz jej cokolwiek, może warto by zapytała sama siebie czego właściwie szuka po tej próbie.
Wracając do tego co Wisia88 mówiła o kotwicy. Mam wrażenie że bardzo dużo zależy od tego czy w ogóle jest jakiś stały punkt oparcia. Przy ostrej depresji nawet to odpada, nie ma już nic co kojarzyłoby się z czymkolwiek dobrym. Co wtedy?
Myślę że warto w tym miejscu wrócić do tytułowego pytania, bo trochę zawęziliśmy się na ostrych epizodach. Tytuł brzmi 'czy afirmacje działają na osoby z depresją' i to jest bardzo szerokie. Depresja to spektrum. Są osoby które funkcjonują, pracują, żyją w związkach i jednocześnie mają depresję. I to jest chyba ten przypadek w którym afirmacje mają sens, tylko wymagają dostosowania o którym tu mówiliśmy.
Ale jak w praktyce rozmawiać z kimś bliskim który ma depresję o takich rzeczach? Ruta wspominała że nie wie jak podejść do znajomej. Nawet to 'obok leczenia' może źle zabrzmieć, jakby się sugerowało że coś robi za mało. Jak to powiedzieć żeby nie urazić i nie zminimalizować tego co przeżywa?
i myślę że to jest najuczciwsza odpowiedź jaką możesz jej dać. Że nie masz gotowej rady, ale słyszysz ją. Często to jest więcej warte niż jakakolwiek technika.
