Zaczęłam z afirmacjami jakieś dwa miesiące temu i szczerze mówiąc zaczynam wątpić, czy w ogóle ma to sens. Czytałam, że efekty powinny przyjść po 21 dniach, bo tyle podobno zajmuje przeprogramowanie umysłu. Minęło znacznie więcej i nic. Chodzi mi konkretnie o afirmacje finansowe - powtarzam je rano, zapisuję w zeszycie, nagrałam nawet własnym głosem i słucham przed snem. Czy po prostu za krótko czekam, czy może robię coś nie tak? Czy ktoś w ogóle miał wrażenie, że 21 dni to realna granica, czy bardziej taka umowna data, żeby ludzie się nie poddawali?
To mit o tych 21 dniach, pochodzi z lat 60. z jakiejś książki chirurga plastycznego i jakoś się przykleił do całej branży samorozwoju. Neuroplastyczność to jest temat znacznie bardziej złożony i różnie to trwa zależnie od osoby i od tego, jak głęboko zakorzenione jest stare przekonanie. Przy finansach szczególnie długo, bo pieniądze dla większości z nas są mocno naładowane emocjonalnie od dzieciństwa. Moim zdaniem cztery do sześciu tygodni regularnej praktyki to absolutne minimum żeby w ogóle zobaczyć jakikolwiek sygnał.
Zgadzam się z tym co pisze Swarog89 o tym micie, ale chcę dodać coś do samej praktyki. Salomejko, piszesz że powtarzasz afirmacje i słuchasz nagrania - a czy czujesz je podczas powtarzania, czy to bardziej mechaniczne odcykanie? Bo z mojego doświadczenia ta emocja dołączona do słów robi ogromną różnicę. Jak powtarzam coś bez żadnego zaangażowania, to po miesiącu nie ma nic. Jak uda mi się poczuć to, co mówię, zmiany są szybsze. Jak ty to robisz?
Zatrzymam się przy tym co napisała Dorotka73, bo to ważny wątek, ale chcę trochę przyhamować z tym przekonaniem, że emocja jest kluczem do szybkich efektów. To prawda, że zaangażowanie emocjonalne sprzyja zmianie przekonań, ale widziałam wiele osób, które tak mocno skupiały się na 'poczuciu' afirmacji, że wchodziły w coraz głębszą frustrację, bo nie umiały tej emocji wywołać na żądanie. I ta frustracja robiła więcej szkody niż pożytku. Salomejko - mechaniczne powtarzanie rano wcale nie jest złe na początku. Nawyk buduje się przez regularność, a nie przez intensywność emocji.
Ale jak nie sprawdzać? Przecież po to się to robi, żeby coś się zmieniło. Jak mam wiedzieć, czy w ogóle iść dalej, czy może coś poprawić w praktyce? Całkowite ignorowanie efektów wydaje mi się bez sensu. Czy nie można po prostu ustalić jakiś rozsądny termin i jeśli nic - zmienić podejście?
Elzunia, a co rozumiesz przez efekt? Bo to jest według mnie clou całej sprawy z terminami. Jeśli szukasz konkretnego zdarzenia zewnętrznego, np. podwyżki albo znalezienia pracy, to może minąć dużo, a jeśli szukasz zmiany w sposobie myślenia o danej sprawie, to możesz to zobaczyć po kilku tygodniach. Problem jest taki, że większość ludzi ustawia sobie poprzeczkę na tym zewnętrznym zdarzeniu i dlatego rezygnuje za wcześnie.
Mam pytanie do całej dyskusji, bo trochę mnie gryzie. Czy nie jest tak, że cierpliwość to jedno, a ślepa kontynuacja czegoś co nie działa to drugie? Skąd wiadomo, kiedy to jest jeszcze 'za wcześnie na efekty', a kiedy to po prostu nie dla tej osoby?
Rozumiem skąd to wrażenie, ale nie. To co opisujesz to jest właśnie znak, że zaczyna się zmiana. Stare przekonanie staje się widoczne, bo nowe już częściowo istnieje i one zaczynają trzeć o siebie. Gdybyś nie miała żadnej nowej perspektywy, stare przekonanie byłoby niewidoczne jak powietrze. Poczucie dyskomfortu w tym miejscu to nie cofanie się.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Słyszałam, że afirmacje trzeba pisać w czasie teraźniejszym, jakby to już było, np. 'mam pieniądze' zamiast 'będę miała pieniądze'. Ale jeśli mój umysł wie, że to nieprawda, to czy on nie odrzuca takiej afirmacji od razu? Bo mi tak jakoś nie po drodze z mówieniem rzeczy, które nie są faktem.
Wtrącę się do wątku Mocarna i Szeptuchy, bo mam dokładnie takie doświadczenie. Pracowałam przez kilka miesięcy z afirmacjami i na początku robiłam te 'mocne' wersje w stylu 'jestem finansowo wolna' i czułam wyraźny opór w środku, dosłownie coś się buntowało. Kiedy zmieniłam na łagodniejsze sformułowania, ten opór zniknął. Efekty były spokojniejsze, ale bez tej wewnętrznej walki. Chcę się zapytać Szeptuchy - czy jest jakaś metoda na sprawdzenie, czy afirmacja jest dla nas za duża, zanim zaczniemy z nią pracować?
Trudno powiedzieć dokładnie, bo nie prowadziłam żadnych notatek na początku. Mniej więcej po miesiącu zmiany formuły poczułam że coś jest inaczej, ale nie byłam w stanie wtedy powiedzieć co konkretnie. Dopiero z perspektywy kilku kolejnych tygodni widziałam że te stare automatyczne myśli trochę tracą na sile. Ale to nie było żadne spektakularne przebudzenie, bardziej takie ciche przesunięcie.
Właśnie to 'ciche przesunięcie' jest chyba najtrudniejsze do wyłapania, bo nie wiemy na co patrzeć. Mam wrażenie, że gdyby ktoś nam powiedział że efekt będzie ledwo zauważalny na początku, to inaczej byśmy do tego podchodzili. Oczekujemy czegoś wyraźnego i przez to nie dostrzegamy małych zmian. Salomejko, czy w ogóle coś notujesz, jakiś dziennik albo chociaż luźne zapiski?
Notowanie może być pomocne, ale ma też swój minus jeśli robi się z tego kolejna forma kontrolowania efektów. Widziałam osoby, które prowadziły bardzo drobiazgowe dzienniki afirmacji i każdego wieczoru robiły sobie coś w rodzaju sesji oceniającej: 'dziś minus jeden, bo byłam smutna'. To nie jest praktyka, to jest audyt. Jeśli już notujesz, to raczej co cię dzisiaj zaskoczyło w sobie, a nie czy afirmacja zadziałała.
A co jeśli ktoś w ogóle nie czuje oporu od początku? Bo to chyba też może się zdarzyć, że afirmacja brzmi dla ciebie neutralnie, ani nie czujesz że 'tak', ani że 'nie'? Czy to jest dobry znak czy zły?
Mam pytanie trochę z innej strony. Czytałam że jedne afirmacje trzeba powtarzać głośno, inne szeptem, inne tylko w myślach i że każda z tych form działa inaczej. Czy to ma jakieś znaczenie, czy to kolejna teoria bez podstaw?
Wracając do wątku cierpliwości, bo mi tu zginął w tej dyskusji o formach. Był tu wątek o terminach i chcę dopytać Szeptuchę o jedno. Mówisz że przestałaś mierzyć i to pomogło. Ale czy kiedykolwiek miałaś moment, kiedy po prostu przerwałaś praktykę na kilka tygodni? I co wtedy?
Tu się w pełni zgadzam. Poczucie winy po przerwie to chyba największy sabotaż. Znam to z własnej praktyki medytacyjnej, nie tylko afirmacji. Wróciłem po miesięcznej przerwie i przez pierwsze kilka dni miałem w głowie 'straciłem wszystko co wypracowałem'. A potem doszedłem do tego że to jest po prostu myśl, nie fakt.
To mnie trochę uspokaja, bo miałam ostatnio kilka dni kiedy kompletnie zapomniałam o nagraniu przed snem i już zaczęłam się zadręczać. A tu się okazuje że to normalne. Ale mam jeszcze jedno pytanie, które mnie gryzie od początku tego wątku: skąd w ogóle wiadomo, że to afirmacje coś zmieniły, a nie po prostu czas albo inne rzeczy, które robiłam równolegle? Jak przypisujesz skutek temu, a nie innemu czynnikowi?
I właśnie to jest pytanie, na które uczciwa odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Nie ma tu kontrolowanego eksperymentu. Możesz zauważyć korelację, na przykład że po trzech miesiącach praktyki zmieniło się twoje zachowanie w jakimś obszarze, ale czy to afirmacje, terapia, nowa praca, nowe relacje, dojrzewanie, to nie sposób rozdzielić. I moim zdaniem to w porządku. Jeśli praktyka wspiera cię w budowaniu nowego nawyku myślenia, to służy swojemu celowi, niezależnie od tego ile 'zasług' jej przypisujesz.
Słucham tej dyskusji i zaczynam się zastanawiać, z którym podejściem ja właściwie pracuję, bo szczerze - nigdy tego tak nie rozróżniałam. Powtarzam afirmacje przed snem i gdzieś z tyłu głowy jest i to psychologiczne 'zmieniaj myślenie' i to trochę bardziej magiczne 'niech to przyciągnie coś dobrego'. Czy to jest problem, że to miesza?
Ja też to mieszam i nigdy mi to nie przeszkadzało. Ale ta rozmowa sprawia że zaczynam się zastanawiać, czy mieszanie nie sprawia że trochę z każdego biorę ale żadnego nie robię do końca. Może dlatego tak trudno mi ocenić czy coś w ogóle się zmienia.
