To pytanie Kasztanki jest na swój sposób kluczowe dla całego wątku. Ludzie sięgają po angielskie afirmacje, bo jest ich po prostu więcej i są lepiej opisane. Polska literatura w tym temacie jest uboga albo jest kalką z angielskiego. Więc to nie jest kwestia wyboru języka, tylko dostępności materiałów.
Dziękuję za to zestawienie, bo sama miałam z tym problem. Przez długi czas powtarzałam afirmacje po angielsku właśnie w stylu takiej mantry, rano, zanim wstałam z łóżka. Potem zaczęłam tłumaczyć na polski i poczułam, że coś się zmieniło, że bardziej do mnie trafia. Dopiero teraz rozumiem, że pewnie właśnie dlatego.
Czy to znaczy, że dla kogoś, kto jest dwujęzyczny od dziecka, ten efekt byłby inny? Bo jeśli obydwa języki są tak samo emocjonalne, to może nie ma dla niego znaczenia, w którym z nich pracuje?
A ile czasu trzeba pracować z afirmacją po polsku, żeby poczuć efekt? Bo czytam ten wątek od początku i nikt nie powiedział konkretnie.
okej, to ma sens. Ale jak to sprawdzić, zanim się zacznie? Bo nie będę wiedział, jak reaguję emocjonalnie, dopóki nie spróbuję przez jakiś czas.
A czy ten opór, o którym mówi Terenia62, to znaczy, że afirmacja nie działa? Bo jak mam opór, to może lepiej zmienić zdanie na łagodniejsze?
A czy to 'uczę się' albo 'staję się' rzeczywiście robi różnicę? Mam wrażenie, że to brzmi jakby się nie wierzyło w to, co się mówi.
Właśnie to chyba czułam, tylko nie umiałam tego nazwać. Po angielsku zdanie leciało gładko, po polsku każde słowo jakby miało wagę. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jest inaczej.
I to jest ważna obserwacja. Kiedy dzień jest zły, angielski może dawać dystans, który ułatwia wypowiedzenie zdania. Polski dotyka za blisko i wtedy opór jest silniejszy. To nie jest wada ani zaleta sama w sobie - to jest coś, co trzeba wziąć pod uwagę przy wyborze języka.
Czyli możliwe jest, że dla jednej osoby w złe dni lepszy jest angielski, a w dobre polski? I że można to miksować?
To jest ważne rozróżnienie, które gubi się w większości anglojęzycznych poradników. Tam afirmacja jest często podawana jako jedna technika do wszystkiego. Tymczasem mamy co najmniej dwa tryby: uspokojenie i zmiana przekonania. I język może działać różnie w każdym z nich.
A skąd wiadomo, który tryb jest komu potrzebny? Czy to się jakoś diagnozuje, czy raczej metodą prób i błędów?
To jest pytanie, na które nie ma jednej dobrej odpowiedzi, bo to zależy od tego, co konkretnie chcesz zmienić. Jeśli masz problem z poczuciem własnej wartości, to inaczej to diagnozujesz niż jeśli chcesz pracować nad spokojem w sytuacjach stresowych. Ale ogólna zasada jest taka: zacznij od obserwacji, co się dzieje w ciele, kiedy wypowiadasz zdanie. Napięcie, skrócenie oddechu, natychmiastowe 'ale przecież nie' w głowie - to są sygnały, że trafił tryb zmiany przekonania. Jeśli zdanie spływa gładko i po prostu trochę uspokaja, to tryb relaksacyjny. Metoda prób i błędów jest tu jak najbardziej uzasadniona.
Z tym zapisywaniem to jest dobry pomysł, ale ja bym jeszcze dodał, żeby robić to rano, bo wtedy umysł jest najbardziej podatny - mniej filtrów, mniej nawarstwionych myśli z dnia. Afirmacje wieczorem działają bardziej na poziomie relaksacji, rano na poziomie programowania. To taka podstawa chronobiologii umysłu.
To, co mówi Nikodem71 o poranku, jest zgodne z tym, co sama obserwuję od lat. Nie ze względów naukowych, ale czysto praktycznych - rano zdania brzmią inaczej, zanim umysł wejdzie w tryb reagowania na rzeczywistość. Ale wracając do języka: czy ktoś próbował rano polskiego, a wieczorem angielskiego i obserwował różnicę? Bo mnie to teraz ciekawi.
Właśnie tak robiłam przez jakiś czas i muszę powiedzieć, że rano polski faktycznie był inny niż wieczorem. Wieczorem angielski bardziej mi 'leciał', nie wiem czy to nawyk, czy coś głębszego. Ale po kilku tygodniach przestałam, bo zaczęłam się gubić, który cel do którego języka.
To co opisuje Ilonka_57 jest bardzo konkretnym przykładem czegoś, o czym mało kto mówi wprost: wybór języka to też wybór, ile siebie wkładasz w praktykę. Angielski daje bufor. Czasem bufor jest pomocny, ale jeśli staje się mechanizmem unikania, to przestaje być praktyką zmiany, a zaczyna być rytuałem dla spokoju sumienia. Nie oceniam - sama przez to przechodziłam - ale warto to rozróżnić.
Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie zależy też od tego, jak ktoś w ogóle się uczy i przetwarza. Bo są ludzie, którzy myślą bardziej słowami, i tacy, którzy myślą bardziej obrazami albo odczuciami. Dla tych drugich może język w ogóle nie jest głównym kanałem i cała ta dyskusja o polskim kontra angielskim jest dla nich drugorzędna?
A czy ktoś próbował afirmacji pisanych, nie mówionych? Mnie chodzi o to, że pisanie po polsku to zupełnie inna prędkość niż mówienie, i może to coś zmienia w tym, jak zdanie dociera do środka.
To ciekawe, bo miałam koleżankę, która robiła journaling po angielsku i mówiła, że po polsku za bardzo 'słyszy' własny głos w głowie i to ją rozpraszało. Czyli odwrotnie niż tu większość mówi. Czy to możliwe, że dla niektórych angielski jest głębszy właśnie dlatego, że jest obcy?
Tak, to jest jak najbardziej możliwe i myślę, że to jedna z ważniejszych rzeczy w tym wątku. Dla osób, które dorastały z angielskim jako językiem aspiracji albo kultury, angielski może mieć ładunek emocjonalny nie mniejszy niż polski. Nie ma tu jednej reguły. Jest twój język, i to co on dla ciebie znaczy - i to trzeba rozważyć indywidualnie.
to, co mówisz o angielskim jako języku aspiracji, jest dla mnie nowe. Zawsze myślałem, że to kwestia przyzwyczajenia, ale jeśli ktoś dorastał na angielskich filmach i muzyce, to może ten język faktycznie ma ładunek, którego polski nie ma. Mam pytanie do wszystkich: czy ładunek emocjonalny języka to coś, co można z czasem zbudować, czy on albo jest, albo go nie ma?
Przepraszam, że wchodzę, ale mam głupie pytanie. Jeśli ktoś myśli po polsku, to czy afirmacja po angielsku w ogóle 'dociera' tak samo głęboko? Czy ona nie zostaje gdzieś na poziomie rozumienia słów, a nie odczuwania?
A skąd wiadomo, czy angielski 'czujemy' czy tylko 'rozumiemy'? Bo ja myślę, że znam angielski dobrze, ale nigdy nie zastanawiałam się, czy go czuję. Jak to w ogóle sprawdzić?
To, co opisuje Ilonka_57 z zawieszaniem ręki, jest dla mnie bardziej wartościowe niż płynne przejście. Zawieszenie to nie jest przeszkoda. Często właśnie tam jest coś do przepracowania. Afirmacja, którą piszesz bez żadnego oporu, może po prostu ślizgać się po powierzchni.
ale jak długo można pracować z oporem? Bo jeśli miesiącami piszę coś, przy czym się zawieszam, to może to zdanie po prostu jest fałszywe dla mnie i tyle? Kiedy opór to sygnał do pracy, a kiedy sygnał, żeby zmienić afirmację?
