Dorzucę, że polski ma swoje brzmieniowe trudności - dużo spółgłosek, krótkie samogłoski. Trudniej się śpiewa niż po angielsku czy włosku, gdzie samogłoski się ciągną. Dlatego przy układaniu afirmacji w naszym języku warto wybierać słowa, które mają dłuższe samogłoski albo otwarte zakończenia. "Jestem" śpiewa się ciężko, "mogę" lżej.
Wróciłam z porannej próby. Powiem szczerze - dziwne uczucie, ale nie tak złe jak się spodziewałam. Dwa tony, w górę i w dół, na zdaniu "mogę być dla siebie łagodna". Trzy razy. Za czwartym razem coś we mnie puściło i się popłakałam. Nie wiem czy to dobrze czy źle.
To dobrze. Płacz w takich momentach to znak, że coś się rusza, coś co było zablokowane. Ciało rozpoznało zdanie jako prawdziwe albo bardzo upragnione i puściło napięcie. Nie tłum tych łez przy następnych próbach, pozwól im być częścią praktyki. To nie jest słabość, to jest praca, która właśnie się dzieje.
Czuję się dziwnie spokojna i trochę zmęczona, jakbym po treningu. Mąż wrócił z psem, zapytał czy wszystko ok, bo miałam zaczerwienione oczy. Nie powiedziałam mu jeszcze o czym to wszystko, nie wiem czy w ogóle będę mówić. Chyba chcę to zachować dla siebie na razie.
Dobrze robisz trzymając to dla siebie na początku. Praca z afirmacjami, szczególnie taka, która rusza emocje, lepiej dojrzewa w ciszy. Jak się tym za wcześnie podzielisz, część energii idzie w opowiadanie i tłumaczenie, zamiast w samą praktykę. Po kilku tygodniach, jak już coś się utrwali, możesz zdecydować czy chcesz włączyć w to bliskich.
Dorzucę do tego, że często zmianę w afirmacjach widać dopiero gdy spojrzymy wstecz. W trakcie wydaje się, że nic się nie dzieje, dopiero po dwóch, trzech miesiącach łapiesz się na tym, że już nie mówisz do siebie w lustrze tego, co kiedyś mówiłaś. Dlatego warto zapisywać sobie gdzieś, jakie zdania o sobie miałaś na początku - żeby było z czym porównać.
Tak, dziennik bardzo pomaga, ale prosty. Data, jaka afirmacja, jaka melodia, ile razy, co czułaś w trakcie i co po. Bez analizowania. Po dwóch miesiącach przeczytasz pierwsze wpisy i sama zobaczysz różnicę. To lepsze niż pamięć, bo pamięć dopasowuje przeszłość do tego co czujemy teraz.
A czy ktoś próbował nagrywać siebie podczas śpiewania afirmacji i potem słuchać? Mnie ciekawi czy odsłuch z dystansu daje inny efekt niż śpiewanie na żywo. Zastanawiam się czy nie zacząć tak robić.
Czytam to wszystko i mam wrażenie, że temat afirmacji jest dużo głębszy niż mi się wydawało. Zaczęłam od prostej rzeczy - dwa tony, jedno zdanie - a tu już rozmawiamy o nagrywaniu, dziennikach, porach dnia. Czy nie ma ryzyka, że się tym zatknę i zacznę bardziej analizować niż praktykować?
Jest takie ryzyko i to częsta pułapka. Na początek wystarczy ci to, co robisz - jedno zdanie, prosta melodia, regularność. Reszta to dodatki na później, jak poczujesz że potrzebujesz pogłębienia. Wiele osób zatrzymuje się na etapie czytania o praktyce zamiast praktykowania. Twoja poranna próba z łzami zrobiła już więcej niż miesiąc czytania o tym.
Dorzucę do tego co Rasphul napisał - rozbudowywanie praktyki ma sens dopiero gdy podstawa jest stabilna. Trzy, cztery tygodnie codziennie z jednym zdaniem to fundament. Dopiero potem warto dokładać kolejne warstwy: dziennik, nagrania, inne melodie. Inaczej powstaje chaos i praktyka się rozjeżdża.
To mnie uspokaja, bo bałam się że jak nie czuję efektu po dwóch tygodniach to znaczy że robię coś źle. Ale wracam do mojego pierwotnego pytania - czy rytm i melodia naprawdę coś zmieniają, czy to tylko dodatek który ułatwia powtarzanie? Bo czytając wątek mam wrażenie, że melodia jest głównie po to, żeby nie brzmiało fałszywie.
Melodia robi dwie rzeczy naraz. Pierwsze - omija krytyka, czyli ten głos w głowie który mówi "to nieprawda". Wyśpiewane zdanie trudniej zakwestionować niż wypowiedziane, bo mózg traktuje je bardziej jak ekspresję niż twierdzenie. Drugie - angażuje prawą półkulę, która odpowiada za emocjonalną integrację treści. Sama recytacja zostaje głównie po lewej stronie, czyli analitycznej. To nie dodatek, to inny kanał.
Czyli melodia z czasem staje się sygnałem dla ciała? Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób. To znaczy, że jeśli nucę w stresie tę samą sekwencję co rano, ciało powinno wracać do tego stanu spokoju z poranka?
Dokładnie tak to działa, ale pod warunkiem że budujesz to skojarzenie świadomie przez kilka tygodni. Nie wystarczy zanucić raz i liczyć że zadziała w kryzysie. Musisz mieć stabilne powiązanie melodia-stan, a to wymaga regularności. U mnie zajęło to jakieś dwa miesiące zanim pierwszy raz zauważyłam że samo nucenie w windzie obniża mi tętno.
Mam pytanie trochę z boku - czy melodia musi być zawsze ta sama, czy można mieć kilka melodii do różnych afirmacji? Bo ja zaczęłam jedną afirmację jedną melodią i nie wiem co zrobić jak dołożę kolejną.
Dodam coś z tradycji - w wielu szkołach mantrycznych nie zmienia się melodii w ogóle. Jedna formuła, jedna nuta, czasem przez lata. Idea jest taka, że zmienność rozprasza, a stałość pogłębia. Nie mówię że to jedyna droga, ale warto wiedzieć że są szkoły które idą zupełnie w drugą stronę niż dokładanie melodii.
To ciekawe, bo intuicyjnie czuję że jedna melodia ma w sobie coś uspokajającego. Ale czy to nie staje się monotonne? Po roku tej samej nuty można się chyba zacząć z tym męczyć.
Nie staje, jeśli wchodzisz w to głębiej. Po roku ta sama nuta brzmi inaczej, bo ty jesteś inna. Monotonia jest na powierzchni, pod spodem dzieje się dużo. Ale to wymaga zaufania do procesu, którego na początku nie ma. Dlatego dla zaczynających dokładanie melodii ma sens - daje wrażenie postępu i zapobiega zniechęceniu.
Czyli moja praktyka "kocham siebie taką jaka jestem" - osiem słów - może być za długa? Choć z drugiej strony nie wiem jak to skrócić żeby nie zgubić sensu.
Można skrócić do "jestem" albo "taka jaka jestem". Pierwsze idzie głęboko w ciało, drugie zostawia akceptację bez deklaracji miłości, której jeszcze może nie czujesz. Słowo "kocham" jest najtrudniejsze, bo wymaga zaufania któremu często nie ma jeszcze na czym się oprzeć. Wycięcie go bywa uczciwsze niż udawanie.
Hmm, "jestem" jako cała afirmacja brzmi prawie pusto. Z jednej strony rozumiem o co chodzi, z drugiej boję się że to za mało, że to nic nie zmieni. Macie doświadczenie że jedno słowo faktycznie pracuje?
Pustka której się boisz to jest właśnie to miejsce gdzie afirmacja zaczyna działać. Pełne zdanie zajmuje umysł znaczeniem, a "jestem" nie ma się czego chwycić poza samym oddechem. Spróbuj śpiewać to słowo przez dziesięć minut bez przerwy i zobacz co się dzieje w ciele. Pierwsza minuta jest niewygodna, potem coś się otwiera.
Dorzucę coś o samej barwie głosu, bo to wątek który tu jeszcze nie padł. Śpiewane afirmacje brzmią inaczej kiedy idą z gardła a inaczej kiedy z brzucha. Te z gardła męczą po kilku minutach i często wywołują napięcie, te z brzucha mogą trwać długo i same w sobie regulują układ nerwowy. Jeśli komuś afirmacje brzmią fałszywie, czasem nie chodzi o słowa tylko o miejsce z którego głos wychodzi.
To jak rozpoznać czy śpiewam z gardła czy z brzucha? Wydaje mi się że robię to naturalnie, ale teraz nie jestem pewna.
Połóż dłoń na brzuchu pod żebrami i zaśpiewaj długie "aaa". Jeśli dłoń się rusza, idziesz z przepony. Jeśli czujesz wibracje głównie w szyi i niczego nie czujesz pod ręką, to gardło. Większość osób na początku jedzie z gardła, bo tak mówimy na co dzień. Przepona wymaga świadomego rozluźnienia.
Nucenie z zamkniętymi ustami to u mnie działa lepiej niż słowa. Nie wiem dlaczego, ale jak nucę, czuję drganie w głowie i to mnie uspokaja. Czy to znaczy że ja w ogóle nie potrzebuję słów, tylko samej melodii?
