Od jakiegoś czasu testuję podejście, w którym afirmacje formułuję nie jako "osiągnę X", tylko "jestem osobą, która Y". I szczerze mówiąc różnica w odczuciu jest spora, ale nie umiem tego dobrze ubrać w słowa. Mam wrażenie, że gdy mówię sobie "jestem osobą spokojną", to potem rzeczywiście częściej zauważam momenty, w których mogę zareagować spokojnie. Jakbym przestawiała filtr uwagi, a nie samą rzeczywistość. Ktoś z Was pracuje podobnie? Bo nie chcę popadać w gadkę o tym, że "wszechświat mi przyniesie", tylko zrozumieć, co tu się właściwie dzieje na poziomie głowy.
A jak długo trzeba to powtarzać, żeby zaczęło coś zauważać? Bo ja próbowałam parę dni i miałam wrażenie, że gadam do siebie bez sensu. Może źle to robię?
Ciekawi mnie jedno. Czy ktoś z Was zauważył, że afirmacje tożsamościowe wpływają też na to, jakie decyzje podejmujemy? Bo u mnie tak było, że po kilku tygodniach pracy ze zdaniem "jestem osobą, która dba o siebie" zaczęłam odmawiać rzeczom, na które wcześniej bym się zgodziła. Jakby zmienił się próg tego, co do mnie pasuje.
Mnie zastanawia, czy te afirmacje tożsamościowe da się łączyć z rytuałem, czy lepiej zostawić je jako czystą praktykę mentalną? Bo czuję, że gdy zapalę świecę i powiem zdanie na głos, to ono inaczej we mnie siada niż gdy mamroczę pod nosem przy myciu zębów.
Dorzucę coś, co u mnie zrobiło największą różnicę. Przestałem używać afirmacji w pierwszej osobie i przeszedłem na formę obserwatorską. Zamiast "jestem osobą cierpliwą" mówię sobie "zauważam, że jestem coraz cierpliwszy". To brzmi mniej spektakularnie, ale działa, bo opisuje fakt, który mogę realnie potwierdzić w ciągu dnia. Pierwsza osoba bywa za mocna, gdy tożsamość jeszcze się nie ułożyła.
Wejdę z innej strony, bo cała ta rozmowa idzie mocno w stronę psychologii i mechanizmów uwagowych, co jest słuszne, ale pomijacie jedną rzecz. Słowo wypowiedziane na głos ma w wielu tradycjach status aktu sprawczego. Nie chodzi o magiczne zaklęcie, tylko o to, że dźwięk wibruje w ciele i wytwarza stan, którego sama myśl nie wytworzy. Stąd różnica między afirmacją w głowie a afirmacją wypowiedzianą.
A co z pisaniem? Bo ja próbowałam mówić, ale czuję się głupio. Czy zapisywanie afirmacji w zeszycie ma podobny efekt, czy to już zupełnie co innego?
Mam pytanie trochę z boku. Czy macie tak, że afirmacje, które działały rok temu, dziś już się nie sprawdzają? Bo u mnie zdania, które kiedyś dawały efekt, teraz są jakby puste. Jakbym je przerosła.
Słucham was i mam wrażenie, że pomijamy jeden aspekt. Otoczenie. Bo można sobie powtarzać "jestem osobą spokojną" do upadłego, ale jeśli żyjesz w środowisku, które codziennie cię wkurza, to praktyka idzie pod prąd. Czy ktoś z was zauważył, że afirmacje tożsamościowe wymuszają z czasem zmianę otoczenia?
Mnie zastanawia jeszcze coś innego. Czy używanie konkretnego imienia w afirmacji ma sens? Spotkałem się z radą, żeby mówić do siebie po imieniu, w trzeciej osobie. "Marek jest osobą wytrwałą". Brzmi to dla mnie sztucznie, ale ponoć działa silniej. Ktoś próbował?
Wracając do wątku tożsamości, bo trochę nam się rozjechała rozmowa. Mam pytanie do wszystkich, którzy długo pracują z afirmacjami. Czy daje się jasno powiedzieć, kiedy zdanie przestaje być deklaracją, a staje się prawdą o tobie? Bo ja ciągle czuję, że jestem gdzieś po drodze i nie umiem określić tego punktu.
Wtrącę się, choć to nie moja działka. W pracy z runami jest podobny mechanizm. Człowiek długo czuje, że niesie runę na sobie, jakby coś zewnętrznego, a potem nagle orientuje się, że nie pamięta, kiedy ostatnio o niej myślał, a mimo to ona pracuje. To samo musi się chyba dziać z afirmacją, jeśli dobrze rozumiem, co tu opisujecie?
A czy są jakieś sygnały ostrzegawcze, że coś poszło źle? Bo z tego, co czytam, wszystko brzmi jak naturalny proces, ale przecież musi być jakaś wersja, w której praca z tożsamością prowadzi do problemów.
Wracając do tego, o co pytała Leonora wcześniej, czy moment przejścia z deklaracji w prawdę można jakoś przyspieszyć, czy to po prostu musi swoje odstać? Bo widzę u siebie, że niektóre zdania siedzą po pół roku, a inne wchodzą w dwa tygodnie.
Dorzucę coś od strony pracy z energią, bo to nie jest tylko mechanizm psychologiczny. Każda powtarzana fraza, szczególnie wypowiadana z intencją, buduje pewną strukturę, którą można nazwać warstwą energetyczną tożsamości. Niezależnie od tego, czy ktoś w to wierzy, czy nie, działa to tak, że im dłużej dane zdanie się powtarza, tym mocniejsze tworzy się pole, które potem oddziałuje na decyzje i otoczenie. Dlatego tak ważne jest, żeby afirmacje formułować z pełną odpowiedzialnością za to, co się w nich zawiera. Bo to nie tylko praca mózgu, to też praca na poziomie subtelnym.
A jak długo zazwyczaj trwa ten etap świadomego nośnika? Bo to chyba kluczowe, żeby wiedzieć, kiedy mniej więcej można przestać się tak mocno pilnować.
Dorzucę coś od strony praktycznej. Najczęstszy błąd, jaki widzę u osób pracujących z tożsamością przez afirmacje, to mieszanie poziomów. Czyli jednocześnie powtarzają "jestem osobą bogatą" i "osiągnę bogactwo". Pierwsze jest tożsamościowe, drugie celowe. Te dwa zdania pracują na innym poziomie i wzajemnie się osłabiają, bo drugie zdanie zaprzecza pierwszemu, sugerując, że jeszcze nie jest tak, jak deklarujesz.
Czyli ta różnica między "jestem" a "osiągam" nie jest tylko gramatyczna, ale wpływa na to, jak się człowiek czuje w trakcie dnia? Bo z tego, co piszecie, wynika, że jedna wersja daje spokój, a druga ciągłe napięcie.
Ten pomost między "uczę się" a "jestem" wydaje mi się kluczowy. Kiedy próbowałam wcześniej z afirmacjami, zawsze się zacinałam właśnie na tym, że nie potrafiłam uwierzyć w mocną formę. Może gdybym zaczynała łagodniej, byłoby łatwiej.
Pomost jest ważny, ale ma jedną pułapkę. Można w nim utknąć na zawsze i mówić sobie w nieskończoność "uczę się", bo to wygodna formuła, która nigdy nie zobowiązuje. Trzeba ustalić sobie wewnętrznie, kiedy zmienia się na "jestem", i przejść tę granicę nawet z lekkim oporem. Inaczej ten etap przejściowy staje się celem samym w sobie.
Ciekawe, że to działa też w drugą stronę. Jeśli ktoś przez lata mówi sobie "jestem osobą, której się nie udaje", to też staje się tożsamością. Czyli ta sama mechanika działa na minus i nikt nas nie ostrzega, że gadanie do siebie w taki sposób tworzy realne skutki.
Z tym podmienianiem jest jeden szkopuł. Stary monolog jest zautomatyzowany i odpala się sam, nowy wymaga uwagi. Więc w pierwszej fazie one współistnieją, a stary wygrywa, bo jest bardziej wprawiony. Dlatego początkowo wydaje się, że afirmacje nie działają, mimo że pracuje się sumiennie. Trzeba przetrwać moment, w którym oba monologi lecą równolegle, zanim nowy zacznie wypierać stary.
A czy ktoś próbował zapisywać te stare monologi, żeby najpierw je w ogóle zobaczyć? Bo dopóki ich nie wypowiem na głos albo nie spiszę, to chyba nie mam świadomości, co dokładnie chciałabym podmienić. Sama bym nie wiedziała, od czego zacząć formułowanie nowych zdań.
