Mam pytanie do osób, które dłużej siedzą w afirmacjach. Próbuję od kilku miesięcy i ciągle wpadam w to samo - powtarzam zdanie typu "kocham swoje ciało" i czuję jak coś we mnie się buntuje, jakby drugi głos w głowie mówił "akurat, kłamiesz". Ostatnio przyszło mi do głowy żeby spróbować to śpiewać albo mówić w jakimś rytmie, melodycznie. Czy ktoś próbował tak? Czy melodia coś zmienia, czy to taka sama ściema tylko ładniej opakowana?
To bardzo dobre spostrzeżenie z tym buntem. Mózg się broni przed zdaniem które jest sprzeczne z tym co o sobie myśli i im bardziej dosadne, tym silniejszy opór. Rytm i melodia rzeczywiście mogą obejść tę barierę, bo angażują inne ośrodki - bardziej emocjonalne, mniej krytyczne. Tylko że samo śpiewanie nie załatwi sprawy, jeśli treść dalej brzmi jak kłamstwo. Pytanie czy zmieniłaś też formułę, czy tylko sposób podania?
Formuły nie zmieniałam, bo wszędzie czytam że ma być w pierwszej osobie i w teraźniejszości. Nie wiem czy mogę kombinować z treścią, czy to wtedy przestaje działać?
możesz i powinnaś kombinować. Ta sztywna zasada "ja jestem" w teraźniejszości to skrót myślowy z popularnych książek, nie żelazne prawo. Jeśli twoje ciało reaguje sprzeciwem, to znaczy że formuła jest za daleko od tego co czujesz. Spróbuj zdań pomostowych - "uczę się akceptować swoje ciało", "jestem gotowa zobaczyć w sobie coś dobrego", "pozwalam sobie na życzliwość wobec siebie". To są zdania, którym mózg może uwierzyć, bo nie zaprzeczają temu, co już wie.
Jakim głosem? Nie rozumiem. Mówię normalnie, takim swoim głosem. Czasem szeptem, jak ktoś jest w domu, żeby nie słyszał.
chodzi o ton. Ludzie często mówią afirmacje takim sztywnym, deklaratywnym tonem, jakby czytali przysięgę. I to brzmi fałszywie nawet dla nich samych. Spróbuj mówić tak, jakbyś pocieszała kogoś bliskiego - ciepło, spokojnie, bez nacisku. Albo wręcz przeciwnie - z lekkim uśmiechem, jakbyś żartowała. Sam ton zmienia odbiór bardziej niż treść.
Dorzucę coś o rytmie konkretnie. W tradycjach modlitewnych - czy to różaniec, czy mantry, czy psalmy - powtarzanie w rytmie nie jest przypadkiem. Rytm wprowadza w lekki trans, spowalnia myśli, wyłącza wewnętrznego krytyka. Mózg przestaje analizować treść słowo po słowie i zaczyna ją przyjmować jako całość. Dlatego śpiewane afirmacje często działają tam, gdzie czytane nie ruszają.
A jak długo trzeba to robić, żeby coś poczuć? Bo ja próbowałam tydzień i nic, dałam sobie spokój.
Najczęściej rano w łazience przed lustrem, jak się szykuję do pracy. Wieczorem zapominam, bo padam. Może w tym jest problem?
lustro to dobry pomysł, ale dla osoby z oporem wobec własnego ciała lustro może być akurat tym, co wzmacnia opór - bo widzisz dokładnie to, czego nie akceptujesz, i mówisz coś przeciwnego. Spróbuj na próbę przez kilka dni mówić bez lustra, z zamkniętymi oczami, leżąc lub siedząc spokojnie. Zobacz czy ciało reaguje inaczej. A wieczorem - wystarczą trzy zdania pod kołdrą, nie musi to być żadna sesja.
Wracając do samej melodii - polecam spróbować zamienić afirmację na dwa, trzy tony. Coś bardzo prostego, jak kołysanka. Mózg traktuje melodyjne frazy zupełnie inaczej niż mówione. To nie przypadek, że dzieciom śpiewa się kołysanki zamiast czytać im rozkazy - melodia uspokaja i otwiera. Tak samo działa to na dorosłego, tylko my się tego wstydzimy i czujemy głupio śpiewając do siebie.
Mam, jak mąż wychodzi z psem to mam jakieś czterdzieści minut spokoju. Tylko jeszcze nie wiem od czego konkretnie zacząć. Macie jakąś konkretną propozycję zdania pomostowego, które dałoby się fajnie zaśpiewać? Bo "uczę się akceptować swoje ciało" brzmi mi trochę jak instrukcja obsługi pralki.
to dobra obserwacja, faktycznie te zdania pomostowe bywają drewniane. Spróbuj prostszych obrazów - "dziękuję ci ciało, że mnie nosisz", "jesteś moim domem", "oddycham spokojnie, jestem tu". Krótkie, ciepłe, jak do kogoś bliskiego. I one łatwiej wpadną w melodię niż formułki z poradników. Zacznij od jednego, nie od listy dziesięciu. Co czujesz, jak czytasz teraz "dziękuję ci ciało, że mnie nosisz"?
"Dziękuję ci ciało, że mnie nosisz" - to coś we mnie ruszyło jak przeczytałam. Nie wiem dlaczego akurat to. Może dlatego, że to jest fakt, którego nie da się zaprzeczyć - faktycznie mnie nosi, mimo że ja go nie lubię.
I to jest klucz - afirmacja musi być prawdą, której nie da się podważyć. Mózg nie kupuje kłamstwa, choćbyś powtarzała milion razy. Ale "nosi mnie" to fakt. "Oddycham" to fakt. Od faktów się zaczyna, dopiero potem buduje się wyżej.
A jak rozpoznać, gdzie kończy się to okno? Bo czasem czuję, że coś jest na granicy - niby brzmi prawdziwie, ale jakaś część mnie się buntuje.
Zaczynam rozumieć dlaczego dotychczas miałam tak źle. Mówiłam zdania z poziomu, do którego mi daleko, ciało protestowało, ja się zmuszałam i robiło się jeszcze gorzej. Próbowałam dziś rano "dziękuję ci ciało, że mnie nosisz" szeptem pod prysznicem i naprawdę coś się zmieniło. Mniej napięcia.
Dobrze, że pod prysznicem - tam jest woda, szum, nikt nie słyszy, można sobie pozwolić. Spróbuj teraz dodać do tego zdania bardzo prostą melodię. Dwa tony, w górę i w dół. Nie musisz umieć śpiewać, chodzi o sam ruch dźwięku.
Dodam jeszcze coś o oddechu, bo to się przewija. Jeśli będziesz śpiewać afirmację, oddech automatycznie się wydłuży, bo musisz wziąć powietrze na frazę. A wydłużony wydech aktywuje przywspółczulny układ nerwowy - czyli wprowadza ciało w stan rozluźnienia. To jest fizjologia, nie mistyka.
U mnie zadziałała jeszcze jedna sztuczka - nagrałam sobie afirmacje na telefon swoim głosem i puszczałam wieczorem, kiedy zasypiałam. Wtedy nie muszę nawet ich wypowiadać, słyszę je w stanie półsennym. Wiem, że niektórzy mówią, że trzeba samemu mówić, ale dla mnie nagranie było obejściem oporu.
A nie boi się człowiek, że jak słucha tego we śnie to coś sobie wmówi czego nie chce? Bo jak słyszę o pracy z podświadomością to mam zawsze takie obawy.
Nie wmówisz sobie czegoś, czego nie chcesz, jeśli sama nagrałaś treść. Nagrywasz to, co chcesz wzmocnić. Ryzyko byłoby gdybyś słuchała cudzych nagrań z nieznanymi treściami albo z ukrytymi sugestiami. Twoje własne, świadomie wybrane zdania nie zrobią ci krzywdy.
Wracając do melodii - zauważyłam u siebie, że jak śpiewam afirmację, to po jakimś czasie melodia zostaje w głowie sama. Łapię się na tym, że nucę ją myjąc naczynia albo w samochodzie. I wtedy afirmacja pracuje bez mojego świadomego udziału. To chyba najlepszy znak, że się zakorzeniła.
Spróbuję tak jak Simma mówiła, dwa tony, najprościej. Jutro mąż wychodzi rano z psem, mam wtedy pół godziny dla siebie. Dam znać jak poszło.
Powodzenia. I pamiętaj, że pierwsze próby mogą być dziwne, można czuć się głupio, można się zacinać. To nie znaczy, że coś nie działa. To znaczy, że robisz coś nowego i ciało jeszcze tego nie zna. Daj sobie czas i nie oceniaj efektów po jednym razie.
Czekamy na relację Heleny. A tymczasem zastanawiam się nad jedną rzeczą - czy melodia powinna być wymyślona przez nas samych, czy można podpiąć afirmację pod jakąś znaną melodię? Bo mi przychodzi do głowy np. kołysanka z dzieciństwa.
A ja mam pytanie trochę z boku - czy język afirmacji ma znaczenie przy śpiewaniu? Bo zauważyłam, że łatwiej mi śpiewać po angielsku niż po polsku, mniej się krępuję. Tylko nie wiem czy to jeszcze działa skoro to nie mój pierwszy język.
