Mam takie pytanie, bo długo nie mogłam się zdecydować jak to robić. Piszę afirmacje na kartkach od jakiegoś czasu i zawsze je trzymałam, zbierałam w zeszycie. Ale ostatnio słyszałam od kilku osób, że lepiej jest je wyrzucać, spalać albo zakopywać - że sam akt puszczenia coś robi. I teraz nie wiem co o tym myślec. Czy wy je wyrzucacie czy trzymacie? I czy naprawdę ma to jakieś znaczenie, czy to tylko takie rytualne myslenie?
Ja długo trzymałam wszystko w zeszycie i szczerze - po jakimś czasie przestałam w to wierzyć, bo patrzyłam na te same słowa i przestały na mnie działać. Jak zaczęłam je wyrzucać zaraz po napisaniu, to poczułam coś innego. Jakby intencja była skończona, zamknięta, oddana. Ale czy to dlatego, że akt puszczenia coś robi, czy dlatego, że po prostu przestałam się wałkować w tym samym kółko - szczerze nie wiem. To jest coś, o czym dużo myślę.
To jest kwestia energii, którą wkładasz w kartkę. Jak piszesz afirmację, to kartkę ładujesz swoją intencją. Jak ją trzymasz, ta intencja zostaje przy tobie i dalej pracuje. Jak wyrzucasz, oddajesz to universum - i to też działa, ale inaczej. Oba sposoby są skuteczne, to zależy od tego, jaki masz cel.
Pytanie z pierwszego postu dotyczy tego, czy sam akt puszczenia MA znaczenie. I tu bym polemizował z Madzialena_F, ale tylko częściowo. Ten mechanizm psychologiczny, o którym pisze, jest jak najbardziej realny - ale nie jedyny. W wielu tradycjach magicznych pisanie i spalanie lub zakopywanie to kompletny rytuał sam w sobie. Nie chodzi tylko o to, co dzieje się w głowie piszącego, ale o to, że cały akt ma strukturę: intencja - manifestacja - uwolnienie. Wyrzucenie bez intencji to za mało, ale wyrzucenie z pełną świadomością, że to oddajesz - to inna sprawa.
Dorzucę coś z innej strony. Trzymałam przez kilka lat dziennik afirmacji i wracałam do niego regularnie. Wiesz, co mi to dało? Zobaczyłam, które z nich rzeczywiście się spełniły i w jaki sposób. To było coś, czego bym nie miała, gdybym wszystko wyrzucała. Z drugiej strony - mam znajomą, która spala swoje afirmacje przy świecy i przysięga, że to działa na nią lepiej niż cokolwiek innego. Mam wrazenie, że to naprawdę indywidualne, a nie kwestia jednej właściwej metody.
A ja mam zupełnie głupie pytanie - czy wyrzucenie do śmietnika to to samo co spalenie? Bo spalanie brzmi bardziej... poważnie? Ale nie wszyscy mają warunki, żeby palić w domu.
A co jeśli ktoś w ogóle nie czuje żadnych różnic? Ja próbowałam pisać i wyrzucać, pisać i trzymać - i szczerze, nie zauważyłam żadnej zmiany ani w sobie, ani w okolicznościach. Czy to znaczy, że po prostu to nie działa na mnie, czy może robię coś źle?
Mam inne podejście do trzymania kartek. Odkąd zaczęłam je układać w konkretnym miejscu - przy małym ołtarzyku, powiedzmy - to poczułam, że to nie jest archiwum, tylko coś aktywnego. Nie wracam do nich codziennie, ale wiem, że tam są. Czy to ma sens dla innych, czy to tylko moje dziwactwo?
Bardzo dziękuję za tę dyskusję, bo też nigdy nie wiedziałem jak to robić. Zawsze wyrzucałem od razu, bo tak widziałem na filmikach. Ale po tym co tu napisaliście myślę, że chyba robiłem to trochę machinalnie, bez skupienia. To może być ważniejsze niż sama metoda, tak?
Mam pytanie do Helenki - piszesz, że widziałaś, które afirmacje się spełniły. Ale czy to nie jest trochę tak, że widzisz tylko te, które pasują do historii którą sobie opowiadasz? Tzn. te niespełnione po prostu zapominasz albo tłumaczysz inaczej?
to jest uczciwe pytanie i sama je sobie zadawałam. Tak, jest ryzyko selektywnej pamięci. Ale właśnie dlatego dziennik ma przewagę nad samą głową - bo nie możesz przepisać tego, co napisałaś. Wracasz i widzisz, co napisałaś trzy miesiące temu, i czy faktycznie coś z tego wyszło. Nie mówię, że to dowód na działanie afirmacji w sensie magicznym - ale jako sposób obserwacji siebie jest uczciwsze niż sama pamięć.
Wracając do sedna tematu - Madzialena_F ma rację, że odpłynęliśmy. Akt puszczenia ma znaczenie właśnie dlatego, że jest sygnałem dla umysłu: 'oddałem to'. Bez tego sygnału możesz pisać afirmacje w kółko i podświadomie ciągle je 'pilnować', co jest sprzeczne z logiką puszczenia. Dlatego nie jest obojętne, czy wyrzucasz, spalasz, zakopujesz - liczy się intencja i świadomość, że coś oddajesz.
Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od początku tej dyskusji. Czy akt puszczenia w ogóle ma sens, jeśli potem myślisz o tej afirmacji? Bo ja wyrzucam kartkę, a potem przez tydzień i tak myślę o tym, czego chciałam. To puszczenie jest wtedy prawdziwe?
podarcie też działa, i według mnie nieźle - jest w tym coś bardziej bezpośredniego niż wrzucenie do kosza. Koszt wrzucenie to zero energii, mechaniczne. Podarcie wymaga działania, chwila skupienia. Ważne żeby było intencjonalne, nie z frustracji.
Mam wrażenie, że zaczynamy budować coraz bardziej skomplikowane protokoły - ogień, ziemia, woda, papier bibułkowy. Czy nie przesadzamy? Może właśnie chodzi o to, żeby było proste i z sercem, a nie żeby być ekspertem od żywiołów?
jeden prosty test: po wyrzuceniu kartki, siądź na chwilę i pomyśl świadomie o tym, czego dotyczyła afirmacja. Jeśli poczujesz lekki skurcz w piersiach albo napięcie - nie puściłaś. Jeśli myśl prześlizguje się bez oporu, bez ciągnięcia - jest szansa że tak.
Ale czy nie można by wtedy po prostu powiedzieć coś głośno przy wyrzucaniu? Słowo albo jedno zdanie. Zamiast szukać specjalnego papieru czy żywiołu. Zdaje mi się że intencja wypowiedziana głośno wzmacnia gest bardziej niż jakikolwiek materiał.
Wracając do pytania z tytułu wątku - bo trochę zeszliśmy na techniczne detale. Mam wrażenie, że akt puszczenia ma znaczenie, ale nie dlatego, że coś 'wysyła do wszechświata'. Znaczenie jest czysto psychologiczne: dajesz sobie pozwolenie żeby przestać się starać. I to jest prawdopodobnie najtrudniejsza część afirmacji w ogóle.
ja też tak miałam i szczerze powiem że mi pomogło wyobrażenie sobie że kartka niesie intencję zamiast mnie. Tzn. 'teraz ona pracuje, ja już nie muszę'. Brzmi naiwnie, ale dla mnie było to jakieś przestawienie.
Bo jeśli 'oddałem ją kartce' i nic się nie dzieje - to wracam do pisania od nowa, czy czekam? Brakuje mi tu jakiejś logiki co do powtarzalności.
tak, dokładnie. Puszczanie ma sens wtedy, kiedy wcześniej coś faktycznie przyjęłaś. Jeśli afirmacja była odrzucona już na poziomie zapisu - akt wyrzucenia kartki jest pusty. To trochę jak zamykanie drzwi do pokoju, do którego nigdy nie weszłaś.
Słucham tej rozmowy i mam jedno zastrzeżenie do tego co mówi Edmund. Bo on zakłada że afirmacja albo 'wchodzi' albo nie - a to nie jest binarne. Można ją przyjąć częściowo, na poziomie słów, ale nie na poziomie ciała. I wtedy wyrzucenie kartki może domknąć tę część słowną, ale zostawić napięcie fizyczne. Stąd pewnie te skurcze o których pisał wcześniej Nekromanta58.
Wracam do kwestii powtarzalności którą poruszył Norbert76, bo myślę że tu brakuje jednego elementu. Nawet dobrze skonstruowana afirmacja, nawet przyjęta i ładnie puszczona, wymaga czasu żeby cokolwiek zmienić. I tu jest pułapka wyrzucania - bo wyrzucenie daje poczucie zakończenia, a zmiana przekonania to proces tygodni albo miesięcy. Ludzie wyrzucają i po trzech dniach pytają czemu nic nie działa.
To zmienia trochę moje myślenie o całym tym wyrzucaniu. Zaczęłam ten wątek z pytaniem czy akt puszczenia ma znaczenie, a wychodzi na to że puszczenie jest może mniej ważne niż to czy afirmacja w ogóle miała szansę wejść. I że potem trzeba to powtarzać tak długo aż stanie się nudne. Czyli ten kawałek papierku to tylko jeden krok w środku długiego procesu, nie żaden finał.
Wracając do tego co napisała Gracja90 na końcu - mam podobne odczucie. Zaczęłam ten wątek z założeniem że wyrzucanie jest kluczowym elementem, a teraz widzę że to bardziej jak wisienka na torcie. Bez ciasta pod spodem nic nie ma sensu. Ale mam pytanie do bardziej doświadczonych - czy w takim razie wyrzucanie w ogóle jest potrzebne, skoro sama afirmacja i jej przyjęcie robią robotę?
Chcę wrócić do czegoś co powiedział Edmund wcześniej o nudzeniu się afirmacją. Bo mam z tym pewien problem. Nuda może oznaczać że przekonanie się zakorzenione - zgoda. Ale może też oznaczać że po prostu mechanicznie powtarzasz coś od tygodni i wyłączyłaś uwagę. To są dwa zupełnie różne stany, a z zewnątrz - i chyba od środka też - wyglądają podobnie.
To co mówi Helenka99 brzmi logicznie, ale mam wrażenie że te kryteria są bardzo trudne do zastosowania u siebie. Mam afirmację o zaufaniu do siebie i serio nie umiem ocenić czy jestem neutralna bo przyjęłam, czy neutralna bo poddałam się. Czy to jest znak że za wcześnie na wyrzucanie?
