Ostatnio siedzę nad tym tematem i nie daje mi spokoju jedna rzecz. Zaczęłam afirmacje jakieś dwa lata temu, dość niewinnie, bo chciałam popracować nad poczuciem własnej wartości. I przez jakiś czas było świetnie. Ale potem zauważyłam, że zaczęłam liczyć ile razy powtórzyłam daną afirmację w ciągu dnia, ustawiać budziki, żeby nie pominąć sesji, a jak z jakiegoś powodu nie zdążyłam, to miałam poczucie winy jakbym coś zrobiła nie tak. To jeszcze ambicja czy już coś innego? Czy ktoś miał podobnie?
To, co opisujesz, brzmi bardzo znajomo. Sama przez jakiś czas robiłam afirmacje dwa razy dziennie i jak opuściłam wieczorną sesję, to nie mogłam spokojnie zasnąć. Jakby mózg przekonał się, że bez tego rytuału dzień jest nieważny. Pytanie, które sobie wtedy zadałam: czy robię to z wewnętrznej potrzeby, czy już tylko dlatego, żeby nie czuć lęku, że czegoś nie zrobiłam? Bo to jest dla mnie ta granica.
Czytam i zastanawiam się, bo sama chciałam zacząć afirmacje. Ale teraz trochę się boję, że mogę wpaść w coś takiego. Czy na początku da się w ogóle ocenić, czy robi się to zdrowo? Czy jest jakiś sygnał ostrzegawczy już na starcie?
Czy nie jest tak, że samo powtarzanie bez przekonania i tak nie działa? Bo słyszałam, że afirmacje muszą być poczute, nie tylko mechanicznie mówione. Więc jeśli ktoś powtarza z lęku, to chyba te afirmacje w ogóle nie mają siły?
A co z ambicją jako taką? Bo tytuł mówi o ambicji, a my piszemy głównie o lęku. Dla mnie ambicja to coś innego niż lęk. Można być bardzo ambitnym w stosunku do afirmacji, liczyć postępy, mieć listy, planować, i to jeszcze niekoniecznie musi być obsesja, prawda?
Ale czy to nie zależy też od osobowości? Słońce w Skorpionie albo silny Mars w horoskopie urodzeniowym to tendencja do wszystkiego-albo-nic. Dla takiej osoby intensywna praktyka może być naturalna i zdrowa, nie patologiczna. Nie każda obsesja to problem, nie?
Wracając do tego co pisała Darka na początku, bo mi to siedzi w głowie: liczyć ile razy się powtórzyło. To jest dla mnie konkretny sygnał. Sam kiedyś miałam podobne coś z inną praktyką, nie z afirmacjami, i zauważyłem, że jak zacząłem liczyć i optymalizować, to gdzieś po drodze zgubiłem to, po co w ogóle to robiłem.
Czy afirmacje mogą w ogóle zaszkodzić, jeśli robi się je spokojnie i bez tej presji? Pytam, bo chciałam spróbować w kontekście medytacji, żeby wzmocnić skupienie. Ale teraz czytam tę rozmowę i zastanawiam się, czy nie lepiej to omijać.
A co jeśli ktoś robi afirmacje, bo rzeczywiście coś ważnego próbuje zmienić w swoim życiu i naprawdę mu na tym zależy? U mnie to kwestia pracy i poczucia własnej wartości, i nie wyobrażam sobie tego traktować lekko. Czy silna motywacja zawsze musi gdzieś przerodzić się w tę obsesję?
To pytanie o to, czy dzień byłby gorszy czy inny, jest naprawdę trafne. Ale jak to sprawdzić, nie robiąc eksperymentu? Znaczy, czy ktoś celowo opuszczał sesję właśnie po to, żeby zobaczyć, co poczuje?
A co jeśli ten niepokój po pominięciu jest po prostu dlatego, że naprawdę wierzę, że to mi pomaga? Nie z lęku, tylko z przekonania. Nie wiem, czy potrafiłabym odróżnić jedno od drugiego u siebie.
To chyba najtrudniejszy wariant, bo zewnętrznie wygląda jak zaangażowanie. Ktoś z boku powie, że ta osoba jest konsekwentna i zmotywowana. A wewnątrz może być coś zupełnie innego.
To jest bardzo konkretne i chyba łatwiejsze do zauważenia z zewnątrz, niż reszta. Jak cel znika z rozmowy, to faktycznie coś się odwróciło. Ale czy to znaczy, że trzeba non stop przypominać sobie po co to robię? Czy nie zaburza to samego procesu?
Ale wracając do ambicji z tytułu, bo trochę odpłynęliśmy. Czy ktoś ma doświadczenie z sytuacją, gdzie ambicja była punktem wyjścia, nie lęk? Tzn. ktoś chciał się rozwijać, używał afirmacji jako jednego z elementów i to zadziałało bez wpadania w obsesję? Bo z tej rozmowy można odnieść wrażenie, że każda intensywna praktyka kończy się tak samo.
Czy to nie jest trochę sprzeczne, że żeby afirmacje działały, trzeba być konsekwentnym, a z drugiej strony robić przerwy? Nie rozumiem, jak to pogodzić.
Mam wrażenie, że część tej obsesji bierze się też z tego, co czytamy o afirmacjach. Większość poradników mówi, że efekty wymagają czasu i systematyczności, więc każda przerwa jest interpretowana jako cofnięcie postępów. I jak ktoś w to uwierzy mocno, to przerwa faktycznie staje się czymś zagrażającym, choć obiektywnie nie ma powodu tak myśleć.
Właśnie ten wątek z przypadkową przerwą jest ciekawy, bo u mnie było podobnie. Nie planowałam żadnego testu, po prostu życie wypadło inaczej. I ten dzień rzeczywiście był normalny. Ale zamiast poczuć ulgę, poczułam coś w rodzaju irytacji, że 'no to po co w ogóle to robię'. I dopiero to mnie zatrzymało, bo zobaczyłam, że moje myślenie gdzieś się pokręciło.
Rozumiem tę irytację. Ale mam pytanie, bo nie jestem pewna, czy to co opisujesz to już sygnał ostrzegawczy, czy po prostu normalna reakcja na zakwestionowanie czegoś, w co mocno wierzysz? Jak sama oceniasz, co sprawiło, że potraktowałaś to jako sygnał, a nie jako chwilową złość?
Ale czy ta irytacja nie może wynikać po prostu z tego, że człowiek czuje się niepotrzebnie? Jakby włożył dużo pracy w coś, a okazało się, że nie trzeba było? To nie musi być od razu obsesja, może być zwykłe ludzkie rozczarowanie, że wysiłek był może zbędny.
Wyobraziłam sobie teraz ten tydzień bez afirmacji i poczułam coś w rodzaju pustki. Ale nie wiem, czy to niepokój, czy po prostu że lubię to co robię i nie chcę rezygnować. Jak to odróżnić?
Wracając trochę do tytułu wątku, bo rozmawiamy dużo o obsesji, a mniej o ambicji. Mam wrażenie, że obsesja i silna ambicja wyglądają niemal identycznie przez pierwsze miesiące. Obie napędzają do działania, obie dają poczucie sensu. Różnica zaczyna wychodzić dopiero kiedy pojawia się pierwsza poważna przeszkoda. Ambicja daje elastyczność, obsesja wymaga kontynuacji bez względu na okoliczności. Czy ktoś miał ten moment, gdzie w obliczu jakiegoś kryzysu życiowego praktyka się urwała i mógł obserwować, co z tego wynikło?
Ale wracając do tego, co napisał Jacek - ta różnica między 'żałowałem, że nie mogę' a 'byłem przekonany, że bez tego idzie źle' jest chyba kluczowa dla całego wątku. Bo to pierwsze to tęsknota za czymś lubianym, a drugie to już zależność. Tylko jak ją wychwycić u siebie w czasie rzeczywistym, a nie dopiero z perspektywy?
A może w ogóle nie da się tego wychwycić samemu w czasie rzeczywistym? Mam wrażenie, że o tym już kilka razy mówiliśmy w tym wątku i zawsze wychodzi na to, że potrzeba kogoś z zewnątrz. Czy ktoś ma przykład, że jednak sam to zauważył zanim ktoś mu powiedział?
U mnie był taki moment, że zacząłem oceniać ludzi wokół przez pryzmat tego, czy 'pracują nad sobą'. Znajomy mówił o swoich planach, a ja w głowie już układałem, że 'gdyby robił afirmacje, to by tak nie myślał'. To był dla mnie sygnał, bo wcześniej tak nie myślałem o innych.
To co mówi Rafalek00 przypomina mi jeden konkretny wzorzec, który widziałem u kilku osób. Zaczynają od pracy nad sobą, a kończą na cichym przekonaniu, że oni już 'wiedzą jak myśleć', a reszta nie. I tu właśnie ambicja robi się niebezpieczna, bo przestaje być skierowana do wewnątrz.
Czytam to i trochę się zastanawiam nad sobą, bo lubię opowiadać innym o tym co robię. Ale chyba bardziej dlatego, że mi to pomaga usystematyzować, a nie żeby się chwalić. Czy to jest ta performatywność, o której piszecie?
Mam wrażenie, że weszliśmy teraz w coś ważnego. Bo obsesja na tle afirmacji rzadko wygląda jak klasyczny przymus. Częściej wygląda jak bardzo zaangażowane, pozornie zdrowe dbanie o siebie. I dlatego tak trudno ją zobaczyć, bo każdy zewnętrzny objaw można wytłumaczyć 'no przecież to praca nad sobą'.
