Siedzę od jakiegoś czasu z tym pytaniem i nie wiem, czy to ma sens, ale spróbuję. Chodzi mi o to, czy afirmacje na szczęście w ogóle działają - i czy to nie jest tak, że mówimy sobie "jestem szczęśliwa, jestem szczęśliwa", a w środku czujemy zupełnie coś innego? Bo mi się właśnie to przytrafia. Powtarzam, powtarzam, a uczucie nie przychodzi. Albo przychodzi na chwilę, a potem znika. Zastanawiam się, czy komuś innemu to naprawdę zmieniło coś na głębszym poziomie, czy tylko na chwilę poprawia nastrój?
To jest właśnie ten problem z afirmacjami, który mnie od dawna zastanawia. Można mówić sobie coś sto razy dziennie, ale jeśli podświadomość w to nie wierzy, to słowa lecą w próżnię. Sam przez jakiś czas robiłem codziennie afirmacje rano i wieczorem - efekt był taki, że po tygodniu czułem się bardziej sfrustrowany, bo coraz bardziej widziałem przepaść między tym, co mówię, a tym, co czuję. Słyszałem, że trzeba zaczynać od afirmacji, w które MOŻESZ uwierzyć, nie od tych idealnych. Czyli zamiast "jestem szczęśliwy" coś w stylu "jestem otwarty na szczęście". Ale nie wiem, czy to wystarczy, żeby uczucie naprawdę się zmieniło.
A ja mam pytanie trochę z boku - bo nie za bardzo rozumiem, jak to ma w ogóle działać od strony... nie wiem, energetycznej? Czy to jest tak, że słowa mają jakąś wibrację i zmieniają pole wokół nas, czy raczej działa to czysto psychologicznie przez powtarzanie? Bo czytałem różne rzeczy i jedni mówią jedno, drudzy drugie, i nie wiem, w co wierzyć.
Tak, o to mi właśnie chodziło. Ciało i umysł są połączone i ruch fizyczny zmienia stan emocjonalny szybciej niż same słowa. Jeśli afirmujesz leżąc bez ruchu w łóżku, to ciało jest w stanie pasywnym i trudniej o zmianę nastroju. Spróbuj podczas spaceru albo chociażby zmywania. Nie musi być nic ceremonialnego.
A czy te afirmacje trzeba jakoś specjalnie ułożyć, czy można wymyślić własne? Pytam, bo gdzieś widziałam gotowe listy afirmacji i zastanawiam się, czy własne słowa działają inaczej niż te z internetu.
Wedlug mnie to cała ta dyskusja idzie w złym kierunku. Afirmacje na szczęście są najskuteczniejsze kiedy połączymy je z pełnią księżyca i odpowiednią intencją magiczną. Bez osadzenia w rytmie lunarnym to są tylko słowa. Dlatego wiele osób nie odczuwa efektów - robi to bez kontekstu energetycznego i o złej porze.
Wracając do wątku głównego - bo mam konkretną obserwację z notatek. Przez kilka miesięcy testowałam różne warianty afirmacji i zapisywałam, co czuję po tygodniu każdej praktyki. Najsłabsze efekty miały te powtarzane mechanicznie, bez zaangażowania - trochę jak modlitwa, którą mówisz, ale myślami jesteś gdzie indziej. Najsilniejszy efekt - i to mnie samą zaskoczył - dawały afirmacje połączone z wyobrażeniem konkretnej sytuacji, nie jakiegoś abstrakcyjnego "szczęścia", tylko konkretnej chwili. Jakby mózg potrzebował obrazu, żeby w ogóle wiedzieć, do czego ma dążyć.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie - czy afirmacje mogą zaszkodzić? Pytam, bo Franek wspomniał, że po tygodniu czuł się bardziej sfrustrowany, i zastanawiam się, czy istnieje jakiś moment, w którym warto odpuścić zamiast dalej forsować.
A właściwie skąd wiadomo, że ciało "rozpoznaje" afirmację? Pytam poważnie, bo nie rozumiem tego mechanizmu. Czy to jest tak, że umysł produkuje jakiś sygnał chemiczny po powtórzeniu zdania, czy chodzi o coś innego? Bo jeśli to czysto fizjologia, to nie rozumiem, dlaczego miałoby mieć znaczenie, czy afirmacja jest "szczera" czy nie.
Mam trochę inne doświadczenie i chcę je wrzucić, bo może komuś pomoże. Przez długi czas nie umiałam doczepić żadnego wspomnienia do afirmacji, bo miałam wrażenie, że nie mam "zasobu" wspomnień związanych ze szczęściem. Brzmi dramatycznie, ale chodzi o to, że jak próbowałam przypomnieć sobie moment radości, to wychodziły mi rzeczy dawne i odległe. I to nie działało. Pomogło dopiero kiedy zaczęłam od bardzo małych, bieżących chwil - dosłownie "ten kubek kawy smakuje dobrze". To był mój punkt wejścia.
Wracając do tego co Magicwoman pisała o dysonansie - mam pytanie do całej grupy. Czy ktoś miał tak, że afirmacje działały przez jakiś czas, a potem efekt zanikł? I jak sobie z tym poradziliście? Pytam, bo mam wrażenie, że to może być ten moment, o którym Franek mówił - kiedy forsowanie przestaje mieć sens.
Wracając do pytania Jemiolki - myślę, że to zależy też od tego, jak głęboko ta afirmacja weszła. Jeśli jest "kotwicą", to raczej warto wracać do tej samej, bo jej siła polega właśnie na tym, że jest zakorzeniona. Jeśli jest bodźcem, to zmiana wydaje się bardziej uzasadniona. Tylko jak to ocenić z zewnątrz, nie wiem. Może po tym, jak reagujesz na samo usłyszenie tego zdania po przerwie?
No tak, mózg mózgiem, ale zapominacie, że szczęście to nie jest wyłącznie stan mózgu. To jest coś co płynie przez całe ciało, przez energię, przez pole. Same neurony tego nie ogarną. Dlatego afirmacja bez uziemnienia, bez pracy z ciałem i energią, to jest tylko głowy robota - działa technicznie ale nie do końca.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że zbliżamy się do czegoś ważnego. To co Magicwoman opisuje jako "hasło wywoławcze" - sama to stosuję, tylko nigdy tak tego nie nazwałam. Pytanie, które mnie nurtuje: co robić, jeśli nie ma dobrego wspomnienia, do którego można sięgnąć? To był wątek Jemiolki wcześniej, ale nie do końca go rozwiązałyśmy.
Czytam tę dyskusję od początku i właśnie przy tym wątku coś mi zaskoczyło. Zaczęłam ten temat od pytania, czy szczęście można wyzwolić słowami - i teraz widzę, że może pytanie powinno brzmieć inaczej: czy słowa mogą uruchomić coś, co już jest, tylko nie ma do czego się przyczepić? Jakby afirmacja nie tworzyła szczęścia, tylko szukała dla niego zaczepu w tym, co już przeżyłam?
A mnie nurtuje coś innego w tym wszystkim. Wszyscy mówicie o budowaniu, zapamiętywaniu, strukturach. Ale czy nie ma czegoś takiego, że niektórzy ludzie po prostu mają łatwiej z tym "czuciem" afirmacji, bo są inaczej zbudowani emocjonalnie? Nie chodzi mi o pesymizm czy optymizm, bardziej o to, że może to nie jest tylko kwestia techniki.
Wróćmy może na chwilę do pytania z tytułu, bo trochę odeszliśmy. Czy szczęście można wyzwolić słowami. Mam wrażenie, że z tej dyskusji wyłania się odpowiedź raczej "tak, ale nie bezpośrednio". Słowa uruchamiają coś, co prowadzi do stanu - nie są tym stanem same w sobie. Czy ktoś ma inne odczucie po tym wszystkim co tu padło?
To jest chyba uczciwe podsumowanie - nie odpowiedź, tylko lepsze pytanie. I myślę, że właśnie tak to działa. Nie zaczynasz od pewności, że gdzieś dojdziesz. Zaczynasz od jednego zdania i sprawdzasz, co się dzieje. Potem następne. Dlatego to się w ogóle nazywa praktyką, a nie wiedzą.
Ale może właśnie o to chodzi, że nie szukamy dowodu? Może afirmacje to nie jest coś, co "działa albo nie", tylko coś, co zmienia sposób, w jaki patrzysz na rzeczy. Niekoniecznie trzeba temu udowadniać skuteczność jak lekowi.
To jest coś, z czym się bardzo utożsamiam. Kiedy zaczynałam, powtarzałam zdania jak listę zakupów. Dopiero jak zaczęłam to spowalniać i faktycznie słuchać tego, co mówię, coś zaczęło się zmieniać. Nie wiem co dokładnie, ale już nie czułam się głupio.
A czy ktoś próbował pisać afirmacje zamiast mówić? Bo ja jakoś lepiej się czuję z kartką i długopisem niż z mówieniem na głos do siebie. Zastanawiam się, czy to ma w ogóle sens czy to zupełnie inna sprawa.
Przepraszam, że wtrącę się z podstawowym pytaniem - jak właściwie odróżnić to "wyzwolenie szczęścia" od momentu, kiedy po prostu jesteś w dobrym nastroju z innego powodu? Mam na myśli, że jak robię afirmacje i potem się czuję lepiej, to skąd wiem, że to przez afirmacje, a nie przez to, że na przykład dzień wyszedł po mojej myśli?
To mnie zastanawia, bo jak zaczynałam, to czytałam wszędzie, że afirmacje muszą być wypowiadane z pełnym przekonaniem i emocją, żeby działały. A tu wychodzi, że to może przeszkadzać? To kompletnie odwraca to, co myślałam.
To jest właśnie ten punkt, gdzie wiele poradników robi ludziom niedźwiedzią przysługę. "Mów z przekonaniem" brzmi dobrze, ale jeśli masz afirmować "jestem szczęśliwa" w środku trudnego okresu - to napięcie między słowem a stanem wewnętrznym jest tak duże, że mózg to odrzuca. Dlatego część osób ma lepsze efekty z afirmacjami w formie pytań, na przykład "dlaczego czuję się coraz spokojniejsza" - bo pytanie nie wyzwala tego samego oporu.
To jest naprawdę ciekawe sformułowanie. Bo z moich doświadczeń - i z pracą z runami, i z afirmacjami - wynika, że symbol albo słowo rzadko tworzy stan od zera. Częściej aktywuje coś, co już jest, ale jest przykryte. Szczęście, które "wyzwalamy" afirmacjami, może już w nas być - tylko zasypane codziennym hałasem. I wtedy słowo działa jak odgrzebanie, a nie stworzenie.
A czy ktoś próbował afirmacji stricte związanych ze szczęściem, a nie z konkretnymi celami? Bo większość przykładów, które widziałem, to "przyciągam obfitość", "mam świetną pracę", "jestem zdrowy". A afirmacje w stylu "jestem szczęśliwy" bez żadnego powodu - to brzmi jeszcze trudniej do przyjęcia dla umysłu, prawda?
