Zaczęłam ostatnio myśleć o tym, jak bardzo większość afirmacji, które krążą w sieci, jest skrojona pod zmianę. 'Jestem szczupła', 'jestem bogata', 'przyciągam miłość' - wszystko zakłada, że teraz jest źle i trzeba to naprawić. Ale co jeśli punkt wyjścia jest odwrócony? Czy afirmacja 'akceptuję siebie taką, jaka jestem' nie jest przypadkiem uczciwsza i skuteczniejsza niż 'jestem piękna', kiedy w środku nie wierzysz w ani jedno słowo? Ciekawi mnie, czy ktoś świadomie przestawił się z afirmacji na zmianę na afirmacje na akceptację i co z tego wyszło. Bo to jednak dwie różne prace.
To jest coś, co mnie też gryzło przez jakiś czas. Próbowałem klasycznych afirmacji przez kilka miesięcy i miałem wrażenie, że mówię coś, czego mój umysł po prostu nie kupuje. Jak można powtarzać 'jestem pewny siebie' pięćdziesiąt razy dziennie, skoro każda sytuacja w życiu temu przeczy? To trochę jak walka z własnym mózgiem. Czy przy akceptacyjnych afirmacjach ten opór jest mniejszy?
Ale czy to nie jest trochę... rezygnacja? Mówię poważnie, bez złośliwości. Jeśli akceptuję siebie taką, jaka jestem, to gdzie jest motywacja do pracy nad sobą? Boję się, że takie podejście może być wymówką żeby nic nie robić.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku, ale chyba istotne. Czy to w ogóle jest różnica na poziomie afirmacji, czy raczej na poziomie intencji? Bo mogę powtarzać 'akceptuję siebie' i robić to z poczuciem bezsilności, albo mogę mówić 'jestem silna' z autentyczną wdzięcznością za to, co już mam. Gdzie tkwi sedno?
Mam inne pytanie do wszystkich. Czy ktoś zauważył, że afirmacje na akceptację działają inaczej w sytuacji kryzysowej niż w spokojnym czasie? Bo kiedy jest dobrze, łatwo mi powiedzieć 'akceptuję siebie'. Ale kiedy coś faktycznie się posypie, te słowa brzmią pusto. I wtedy wracam do starych wzorców myślenia szybciej niż bym chciała.
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale nie do końca rozumiem czym się różni afirmacja na akceptację od zwykłego powiedzenia sobie 'ok, jest jak jest'. Czy jest jakaś zasada jak je formułować, żeby miały faktycznie jakiś efekt?
Czytam i zastanawiam się nad jedną rzeczą. W tarocie jest taki motyw - zanim nastąpi zmiana, musi być jakieś ugruntowanie, przyjęcie tego co jest. Czy afirmacje na akceptację mogą działać podobnie, jak rodzaj przygotowania gruntu przed pracą z kartami albo medytacją?
Wracając do tego, o czym pisała Anahata na początku - ta różnica między 'jestem piękna' a 'akceptuję siebie taką, jaka jestem' to też różnica na poziomie czakry serca kontra czakry splotu słonecznego. Afirmacje na zmianę często pracują z ego i tożsamością (Manipura), a afirmacje na akceptację trafiają głębiej, w Anahatę właśnie. Ktoś jeszcze to obserwował przy swojej praktyce?
Dobra, ale czy ktoś ma jakieś konkretne przykłady afirmacji na akceptację, które NIE brzmią jak coachingowy plakat na ścianę biurową? Bo te, które znam, zawsze brzmią albo banalnie, albo tak bardzo 'pozytywnie', że aż fałszywie. Szukam czegoś, co mogłabym powiedzieć do siebie i nie poczuć się głupio.
Dobra, ale czy ktoś ma jakieś konkretne przykłady afirmacji na akceptację, które NIE brzmią jak coachingowy plakat na ścianę biurową? Bo te, które znam, zawsze brzmią albo banalnie, albo tak bardzo 'pozytywnie', że aż fałszywie. Szukam czegoś, co mogłabym powiedzieć sobie w środku nocy, kiedy jest naprawdę źle, i żeby to miało sens.
Słucham tej części rozmowy i mam wrażenie, że dotykamy czegoś, co wykracza trochę poza same afirmacje. To co opisuje Ulcia90 bardziej przypomina mi techniki z pracy ze snami - takie zatrzymanie się przy obrazie zamiast uciekania od niego. Czy ktoś próbował łączyć afirmacje na akceptację z jakąś pracą z ciałem albo oddechem, nie tylko słowem?
Łączenie afirmacji z pracą z ciałem to osobny temat, ale tak - sama to robię. Kiedy wypowiadam afirmację akceptacji, kładę rękę na sercu. Nie dlatego, że to magiczny gest, ale dlatego że ciało musi być w tym razem z głosem. Słowo bez ciała często pozostaje tylko słowem. Ale Wrotycz - wróćmy też do tego, co powiedziałaś o snach. Co masz na myśli przez 'zatrzymanie się przy obrazie'?
W pracy ze snami jest takie ćwiczenie - kiedy pojawia się coś trudnego, nie uciekasz z tego miejsca, tylko pytasz: co się tu dzieje, czego tu potrzebuję. Analogia do afirmacji akceptacji wydała mi się oczywista. Zamiast zastępować trudne przekonanie pozytywnym, zatrzymujesz się przy tym trudnym i zadajesz mu pytanie. Afirmacja staje się odpowiedzią, nie ucieczką.
Przepraszam, że znowu z podstawowym pytaniem, ale - jak długo takie afirmacje się powtarza? Raz dziennie, kilka razy, przez ile tygodni? Czy to w ogóle ma jakieś ramy, czy każdy robi po swojemu?
Zastanawiam się, czy to rozróżnienie między afirmacją zmiany a afirmacją akceptacji jest w ogóle tak wyraźne w praktyce. Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że w niektórych przypadkach jedno przechodzi w drugie. Zaczynasz od akceptacji, a potem naturalnie pojawia się chęć zmiany - tylko że tym razem bez tego napięcia.
Właśnie - i mam wrażenie, że kiedy ktoś pyta 'jak długo robić afirmacje', to za tym pytaniem stoi założenie, że efekt jest kiedy coś się zmieni. A w afirmacjach na akceptację efektem jest właśnie to, że przestajesz czekać na zmianę. Jak to w ogóle zmierzyć, że to działa?
To pytanie Wolchwa zostało tu bez odpowiedzi, a jest naprawdę ważne. Skąd wiadomo, że to akceptacja, a nie rezygnacja? Dla mnie sygnałem jest to, czy za tym stanem idzie spokój, czy pustka. Rezygnacja ma w sobie coś zimnego, zamkniętego. Akceptacja - przynajmniej w moim doświadczeniu - jest bardziej jak odetchnięcie. Ale nie twierdzę, że to rozróżnienie jest łatwe do zrobienia w środku procesu.
Spokój kontra pustka - to ciekawy sposób podziału. Ale mam wątpliwość: czy nie jest tak, że na początku każda akceptacja trochę smakuje jak pustka, bo po prostu nie wiesz jeszcze, czym ta pustka zostanie wypełniona? Pytam, bo sam miałem takie momenty, gdzie zrobiłem krok wstecz od walki z czymś, i przez chwilę to wyglądało na kapitulację.
Słucham i wydaje mi się, że ta rozmowa o tym, skąd wiadomo że to akceptacja, ma jeszcze jeden poziom. W pracy ze snami jest coś podobnego - zanim zaakceptujesz trudny obraz ze snu, najpierw musisz go w ogóle uznać za swój. Może z afirmacją jest analogicznie: najpierw uznanie, że to zdanie dotyczy mnie, a nie kogoś idealnego, do kogo aspiruję.
Dokładnie to miałam na myśli, gdy pisałam wcześniej o ciele. Kiedy mówię afirmację i kładę rękę na sercu, to jest sygnał dla mnie, że mówię o sobie teraz, nie o jakimś projekcie na siebie. Ciało nie zna przyszłości, zna tylko to, co jest. Dlatego to połączenie pomaga zakorzenić afirmację w teraźniejszości.
Dokładnie, i to jest też zgodne z tym, co się pojawia przy pracy z Anahatą - czakrą serca. Nie przypadkowo ten gest pojawia się intuicyjnie u wielu osób. To nie jest wyłącznie symbolika, to skierowanie uwagi na obszar, który w wielu tradycjach łączy się z samoprzyjęciem. Ciekawa jestem, czy osoby, które mają trudność z tymi afirmacjami, czują jednocześnie jakiś opór czy napięcie w klatce piersiowej podczas ich wypowiadania.
To, co Ulcia90 opisuje, brzmi dla mnie bardziej jak praca z ciałem albo technika uważności niż afirmacja jako taka. Czy nie zacieramy tu granicy między afirmacją a medytacją? Pytam, bo mam wrażenie, że te pojęcia dość swobodnie tu się mieszają.
Dorzucę trochę inny kąt do tej rozmowy. W różnych tradycjach mądrościowych - od stoickich po wschodnie - rozróżnienie między akceptacją a rezygnacją sprowadza się do pytania, skąd pochodzi ruch. Rezygnacja to ruch od zewnątrz do wewnątrz - coś mnie pokonało. Akceptacja to ruch od wewnątrz - wybieram to, co jest. To rozróżnienie może być przydatne przy ocenie własnej praktyki: czy to zdanie mi się przydarzyło, czy je wybrałam.
To rozróżnienie między ruchem zewnętrznym a wewnętrznym, które zacząłem wcześniej - chcę je doprecyzować, bo czuję, że urwałem w połowie. Akceptacja jako ruch od wewnątrz nie oznacza, że wszystko, co jest, jest dobre. Oznacza, że widzę to takim, jakie jest, bez zniekształcenia przez opór. Afirmacja 'jestem wystarczająca' w tym kontekście to nie twierdzenie o doskonałości - to twierdzenie o tym, że istnienie nie wymaga uzasadnienia. I to jest zupełnie inny kierunek pracy niż 'stać się lepszą wersją siebie'.
To co Ulcia90 opisuje jako gradację - w pracy ze snami też coś podobnego funkcjonuje. Zanim zaakceptujesz trudny obraz z nocy, najpierw po prostu opisujesz go bez oceniania. Tak samo z afirmacją - może chodzi o to, żeby najpierw po prostu nazwać stan, zanim zaczniesz go przekształcać. Czy to ma sens w kontekście tego, o czym rozmawiacie?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie może naiwne - czy afirmacja na akceptację może w ogóle zmienić coś zewnętrznego, czy to wyłącznie praca z tym, jak siebie widzisz wewnątrz?
To nie jest naiwne pytanie, tylko bardzo konkretne. Moim zdaniem praca z akceptacją zmienia przede wszystkim to, jak działasz - bo kiedy nie walczysz z sobą, masz więcej energii na realne decyzje. Czy to jest 'zmiana zewnętrzna'? Zależy jak patrzeć. Nie przyciągasz czegoś z zewnątrz przez samo powtarzanie zdania. Ale zmieniasz to, jak reagujesz na to, co już jest.
