Temat może być kontrowersyjny, ale od dawna chciałam go poruszyć właśnie tutaj. Mam koleżankę z diagnozą depresji klinicznej, która od kilku miesięcy zamiast do psychiatry chodzi na warsztaty afirmacyjne. Prowadząca mówi jej, że 'wystarczy zmienić myślenie' i że tabletki to 'blokowanie energii'. Sama afirmacjami się zajmuję i wiem, że mają swoje miejsce w pracy nad sobą, ale coś mnie tu uwiera. Czy ktoś ma zdanie na temat tego, gdzie kończy się sens afirmacji, a zaczyna szkodliwe omijanie prawdziwego problemu? Bo mam wrażenie, że w kontekście depresji to nie jest takie proste jak 'powtarzaj i się zmieni'.
To jest naprawdę ważny temat i cieszę się, że ktoś go otworzył. Problem, który opisujesz z tą koleżanką, to nie jest wyjątek. W środowiskach samorozwojowych jest taka tendencja do sprowadzania depresji do kwestii 'negatywnego myślenia', co jest dużym uproszczeniem. Afirmacje mogą wspierać osobę, która ma chwilowy dołek, problemy z poczuciem własnej wartości, stres. Ale depresja kliniczna to choroba, w której mózg dosłownie inaczej przetwarza bodźce. Mówienie komuś z ciężką depresją, żeby 'myślał pozytywnie', jest trochę jak mówienie komuś ze złamaną nogą, żeby 'myślał, że idzie sprawnie'. Afirmacje to nie jest substytut leczenia. Mogą być uzupełnieniem, ale nie zamiennikiem.
Czytam ten wątek i mam pytanie, bo sama interesuję się afirmacjami, ale nie za bardzo znam się na depresji od tej klinicznej strony. Czy jest jakaś różnica między tym, jak działa afirmacja u osoby zdrowej a u osoby z depresją? Bo skoro mózg inaczej przetwarza, to może afirmacja po prostu... nie dociera tak samo?
Czytam to z zewnątrz, bo za ezoteryka się nie uważam, ale trafiłem na ten wątek i mam pytanie praktyczne. Skąd w ogóle wzięło się przekonanie, że afirmacje działają? Znaczy jest jakieś badanie, czy to bardziej taka tradycja przekazywana z ust do ust w środowiskach samorozwojowych?
Mam wrażenie, że w tej rozmowie trochę mieszamy dwie rzeczy. Bo depresja depresji nierówna, prawda? Jest epizod depresyjny, jest depresja nawracająca, są różne nasilenia. Czy nie jest tak, że przy łagodniejszych stanach afirmacje mogą mieć sens, a przy tych cięższych już nie? Albo inaczej - może ważne jest to, przez kogo są prowadzone? Bo jedno to prowadząca warsztaty, która mówi 'rzuć tabletki', a drugie to terapeuta, który włącza afirmacje jako jeden z elementów pracy. To chyba nie jest to samo?
A ja mam takie głupie pytanie może, ale co właściwie znaczy 'kliniczna depresja'? Bo mówicie o tym cały czas, ale ja do końca nie rozumiem, czym to się różni od zwykłego smutku albo wypalenia. Pytam, bo sama miałam ostatnio bardzo ciężki okres i nie wiedziałam, czy to depresja, czy po prostu życie.
Słucham tej rozmowy i mam takie odczucie, że wchodzi tu kwestia, która mnie niepokoi. Nie chodzi tylko o afirmacje, ale o całe środowisko samorozwojowe, które czasem wydaje się mówić ludziom 'jesteś kowalem swego losu' w sytuacjach, gdzie to przerzuca odpowiedzialność na chorego. Jakby depresja była efektem złego myślenia, a nie chorobą. To musi być dla tych ludzi okrutne.
Ale hej, a czy jest w ogóle jakaś afirmacja, która nie wchodzi w kolizję z leczeniem depresji? Takie coś podstawowego, co nie będzie szkodzić? Pytam bo mam kogoś bliskiego w podobnej sytuacji i nie wiem co mu powiedzieć. Nie chcę polecać czegoś na oślep.
Przepraszam, że wchodzę, bo ten temat jest trochę poza moją działką, ale czytam i mam takie naiwne może pytanie: czy samej osobie z depresją w ogóle chce się powtarzać afirmacje? Mówię poważnie, bo z tego co wiem, jednym z objawów jest brak energii i motywacji do czegokolwiek. To jak to ma działać, skoro samo sięgnięcie po cokolwiek jest problemem?
To co napisała Monisia to jest chyba sedno całej tej dyskusji. Afirmacje są projektowane dla ludzi, którzy mają zasoby, żeby je stosować. A depresja te zasoby odbiera. Więc de facto wymagasz od kogoś, żeby użył siły, której nie ma. To trochę jak mówienie do kogoś ze złamaną nogą: 'wstań i idź, tylko naprawdę chciej'.
Ja mam podobne pytanie. Słyszałam dużo razy o tym przeprogramowaniu, że jak wystarczająco długo powtarzasz coś sobie, to mózg zaczyna w to wierzyć. Ale teraz czytam tutaj, że to nie jest takie proste. Czy to znaczy, że cała ta idea z afirmacjami jest nieprawdziwa, czy tylko w przypadku depresji działa inaczej?
Przepraszam, że wracam do tak podstawowego pytania, ale mnie zastanawia jedna rzecz. Mówimy przez cały czas o tym, co działa albo nie działa na poziomie mózgu. Ale przecież dużo osób stosuje afirmacje właśnie dlatego, że ktoś im polecił, influencer, warsztaty, książka. I co, one wszystkie były w błędzie? Czy może po prostu afirmacje pomagają komuś innemu, a nie osobie z depresją?
Myślę, że Marylka dotknęła czegoś ważnego. Bo jedno to pytanie, czy afirmacje działają w ogóle, a drugie, czy działają akurat przy depresji klinicznej. Te dwa pytania to zupełnie inna rozmowa. I chyba przez cały ten wątek trochę je mieszamy.
właśnie, bo jeśli dobrze rozumiem, to u zdrowej osoby afirmacje mogą mieć jakiś efekt, nawet jeśli niespecjalnie wielki, a przy depresji klinicznej mogą wręcz zaszkodzić. Czy tak to rozumieć? Bo to by zmieniało całą ocenę.
No i to jest właśnie to, o czym pisała wcześniej Danusia, że środowisko samorozwojowe przerzuca odpowiedzialność. Jeśli afirmacje nie działają, to twoja wina, bo za słabo chciałeś. To jest naprawdę okrutne w stosunku do kogoś z depresją.
Słucham tego i mam wrażenie, że problem leży często w tym, że ludzie sięgają po afirmacje właśnie dlatego, że terapia jest nieosiągalna, za droga, za długo się czeka. I rozumiem to. Ale co wtedy? Czy jest coś, co można bezpiecznie robić samemu, gdy dostęp do specjalisty jest trudny?
Wydaje mi się, że w tej dyskusji doszliśmy do momentu, gdzie pytanie z tytułu wątku zaczyna mieć wyraźniejszą odpowiedź. Czy omijanie problemu, czy pomoc, zależy kompletnie od kontekstu. Jako zastępstwo leczenia, przy ciężkim epizodzie, w rękach kogoś, kto i tak ma poczucie winy, to jest pomijanie problemu. Jako bardzo ostrożny dodatek, przy stabilizacji, z realistycznie sformułowanymi zdaniami, pod okiem terapeuty, może być czymś więcej. Ale to są dwa zupełnie różne scenariusze.
Właśnie o tę uczciwość mi chodziło, gdy pisałam wcześniej o influencerach. Bo w przekazach, które widzę w sieci, afirmacje są sprzedawane jako odpowiedź na wszystko od braku pewności siebie po właśnie depresję i lęki. Nikt nie dodaje gwiazdki, że to nie dotyczy stanów klinicznych. Czy w ogóle jest jakiś sposób, żeby to zmienić, czy jesteśmy skazani na ten chaos informacyjny?
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam pytanie, które może być głupie, ale nie mogę się pozbyć wątpliwości. Czy są jakiekolwiek badania, które porównują skuteczność afirmacji z brakiem jakiejkolwiek interwencji u osób z depresją? Pytam konkretnie, nie ogólnie o pozytywne myślenie.
Ale właśnie, to 'coś, w co naprawdę wierzysz' jest chyba niemożliwe przy głębokiej depresji. Przecież jednym z objawów jest to, że nic dobrego nie wydaje się prawdziwe. To błędne koło.
Mam wrażenie, że dochodzimy do czegoś, co mogłoby być takim praktycznym wnioskiem z tej rozmowy. Nie 'afirmacje są złe', ale 'afirmacje nie są neutralne i nie dla każdego'. Czy ktoś kiedyś widział jakiś poradnik, kurs, cokolwiek z tej branży samorozwojowej, który by to jasno mówił?
Szczerze? Rzadko. Trafiają się autorzy, którzy piszą o tym w sposób bardziej wyważony, ale to zdecydowana mniejszość. Większość materiałów o afirmacjach jest pisana z założeniem, że odbiorca to ktoś zdrowy, kto chce poprawić wyniki albo pewność siebie. Depresja kliniczna to nie jest ich target i w sumie może właśnie to jest źródło całego zamieszania, o którym piszemy.
To co mówi Monisia76 ma sens i trochę zmienia moją perspektywę. Bo ja dotąd myślałam, że problem jest w samej technice afirmacji. A może problem jest w tym, że technika skrojona pod jeden cel jest aplikowana do zupełnie innego problemu, i nikt przy tym nie mówi stop.
Właśnie się zastanawiam, czy problem nie leży też w tym, że afirmacje są bezpłatne i natychmiast dostępne, a psychiatra wymaga skierowania, kolejki i pieniędzy. To nie jest kwestia złej woli, tylko systemu. I dlatego ludzie sięgają po to, co mogą.
Słuchajcie, mam wrażenie, że w tej rozmowie afirmacje wychodzą na coś jednoznacznie szkodliwego, a ja bym chciała jednak zaznaczyć, że dla mnie osobiście były pomocne, ale w konkretnym kontekście. Nie przy depresji, tylko przy zwykłym zwątpieniu, przy momentach, kiedy brakowało mi gruntu pod nogami. I to była inna sytuacja niż kliniczna diagnoza.
To co Monisia76 pisze jest chyba kluczowe. Bo dyskusja przez chwilę zaczynała zmierzać w stronę, że afirmacje są złe w ogóle, a to chyba nie jest wniosek, który chcemy wyciągnąć? Chodzi o kontekst, nie o samą technikę.
Czyli de facto afirmacje mogą wzmacniać błędne przekonanie, że to kwestia nastawienia, a nie stanu zdrowia. To jest taki podwójny problem: nie pomagają i jednocześnie podtrzymują fałszywy obraz sytuacji.
