Ale to co opisuje Ignaś to chyba nie jest kwestia afirmacji tylko psychoterapii. Nie widzę jak powtarzanie zdania ma pomóc komuś u kogo jest prawdziwa żałoba po kimś. To troche jakby plastetr na złamanie.
Zbych, nie chodzi o to że afirmacja zastępuje żałobę. Chodzi o to że żałoba ma etapy i na pewnym etapie afirmacja może być pomocna. Na początku - nie. Ale po pewnym czasie, kiedy człowiek jest już zmęczony noszeniem winy, a nie tą osobą - wtedy zdanie typu 'mogę mi wybaczyć bez zdradzania jej pamięci' może zdjąć bardzo konkretny blok. Nie twierdzę że to wystarczy. Mówię że może być jednym z elementów.
Ta afirmacja 'mogę mi wybaczyć bez zdradzania jej pamięci' - to jest właśnie coś czego szukałam od dawna. Nie wiem czy to działa, ale brzmi jak coś co trafia w realne obawy. Bo chyba właśnie o to chodzi że boimy się że przebaczenie sobie to jest jakiś rodzaj zdrady albo zapomnienia.
Mam pytanie może trochę z boku - czy takie afirmacje jak ta o 'nie zdradzaniu pamięci' należy jakoś połączyć z modlitwą albo intencją dla tej osoby? Czy to są oddzielne rzeczy i nie powinny być mieszane?
A czy można robić afirmacje na przebaczenie sobie za coś co się zrobiło konkretnej żyjącej osobie, z którą nie ma się już kontaktu? Bo właśnie taki mam przypadek i zastanawiam się czy to ma w ogóle sens bez możliwości przeproszenia.
Tu mam inny pogląd. Nie zgadzam się że gotowość jest tak ważna. Afirmacje działają też na zasadzie stopniowego oswajania - mówisz coś przez tydzień i na początku jest tylko sprzeciw, a po czasie sprzeciw maleje. Sama tak miałam z afirmacjami o własnej wartości, na początku fizycznie mi się nie chciało ich mówić.
Wracam do tego co mówiła Klimcia o afirmacji 'mogę mi wybaczyć bez zdradzania jej pamięci' - czy ktoś ma jakieś inne sformułowania które działają w podobnym kierunku? Bo widzę że dużo tu mówimy o tym kiedy i czy afirmacje mają sens, ale mniej o konkretnych zdaniach. A to był chyba oryginalny temat tego wątku.
Ale to co mówi Crystaline o 'zimnych' afirmacjach na początku - to trochę wywraca to co myślałam o tym temacie. Zawsze uważałam że afirmacja ma być pozytywna i ciepła bo inaczej po co ją mówić. A tu wychodzi że może być niemal neutralna i to jest w porządku?
Ale po co nam teoria psychologiczna na forum ezoterycznym. Afirmacje to praktyka duchowa, nie terapia poznawczo-behawioralna. Mieszanie tych rzeczy robi zamęt a nie porządek.
Mam pytanie do Ignaśa - co to dokładnie znaczy że opór przy poczuciu winy jest 'aktywnym procesem emocjonalnym'? Bo wcześniej to powiedziałeś i Monisia przyznała rację, ale ja nadal nie do końca rozumiem na czym ta różnica polega w praktyce.
To co napisała Martynka jest ważne - ta różnica między przebaczeniem a zgodą na fakt. Przez długi czas myślałam że to to samo i dlatego nie mogłam zacząć żadnej pracy z tym tematem. Czy ktoś ma afirmacje które są właśnie po tej stronie - faktu, nie oceny?
Te afirmacje bez oceny brzmią dla mnie jakoś... chłodno. Nie wiem czy to zarzut. Ale mam wrażenie że kiedy je czytam to nie czuję żeby coś się we mnie poruszało. Czy to znaczy że nie są dla mnie? Czy to normalne że coś nie działa od razu?
Mam wrażenie że za dużo tu rozmawiamy o tym czego nie robić i kiedy nie zaczynać. A może prościej - czy ktoś z was ma jakąś konkretną afirmację którą używał regularnie i coś się zmieniło? Niekoniecznie cuda, ale jakaś zmiana w podejściu do siebie?
Glifia trafiła w coś ważnego - afirmacja powinna być odpowiedzią na konkretny głos, nie ogólnym hasłem. Dlatego zestawy gotowych afirmacji z internetu mają taki niski wskaźnik skuteczności. Nie dlatego że afirmacje nie działają, ale dlatego że cudza afirmacja rzadko trafia w twój konkretny wewnętrzny sprzeciw.
to co napisałaś o cudzej afirmacji - że nie trafi bo to nie jest twój głos - to chyba właśnie mój problem. Próbowałem kilku zestawów z internetu i zawsze było tak, że czytałem je mechanicznie i nic. Ale jak sam coś sformułowałem, nawet niezgrabnie, to jednak coś drgnęło. Jak się w ogóle podchodzi do tworzenia własnej? Czy jest jakiś punkt startowy?
Ale jak masz zacząć od atakującej myśli, to nie wpadasz od razu w to myślenie z powrotem? Pytam szczerze, bo u mnie próba 'zapisu tego co mówi głowa' kończyła się tym że przez pół godziny kręciłam się w kółko po tych samych myślach zamiast cokolwiek z nimi zrobić.
No ale jest granica. Jak ktoś ma naprawdę ciężkie poczucie winy, kliniczne, to afirmacje mogą mu wręcz zaszkodzić bo dają poczucie że coś robi, a problem narasta. Mówiłem już wcześniej że to nie jest takie proste i nikt mi nie zaprzeczył merytorycznie.
Chcę wrócić do tego co powiedział wcześniej Leszek o tworzeniu własnej afirmacji. Bo mnie to trafiło. Moja pierwsza własna afirmacja była gramatycznie okropna, miała za dużo słów i w ogóle nie brzmiała jak 'prawidłowa afirmacja'. Ale działała lepiej niż cokolwiek gotowego. Może właśnie dlatego że była moja - nawet ze wszystkimi niedoskonałościami.
A jak długo mniej więcej? Bo zaczynam się zastanawiać czy to co robię w ogóle ma sens skoro po dwóch tygodniach nadal nic. Znaczy - przy regularnym mówieniu tej afirmacji rano.
Dwa tygodnie to nie jest długo przy poczuciu winy, szczególnie jeśli masz do czynienia z czymś co nosi się latami. Czas nie jest tutaj dobrą miarą. Lepsza miara to - czy afirmacja nadal wywołuje ten sam poziom oporu co na początku, czy trochę mniejszy. Jeśli mniejszy, coś się dzieje. Jeśli identyczny przez kilka tygodni, warto zmienić sformułowanie.
a skąd mam wiedzieć że zmiana sformułowania to dobry pomysł, a nie że po prostu szukam łatwiejszej drogi, takiej którą łatwiej powiedzieć bo mniej boli?
Przepraszam że się wtrącam, ale chciałam zapytać - co jeśli w ogóle nie wiem jak sformułować afirmację bo sama nie do końca wiem za co się obwiniać? Znaczy wiem że coś mnie gryzie, ale nie potrafię tego nazwać konkretnym zdaniem. Czy wtedy afirmacje w ogóle mają sens?
To co napisała Znachorka brzmi sensownie ale ja miałam podobny problem i u mnie pomogło coś innego. Zaczęłam od afirmacji które w ogóle nie mówią o konkretnym czynie, tylko o tym że mam prawo być tu gdzie jestem. 'Istnieję i mam prawo do jutrzejszego dnia' - takie coś. Bez wskazywania co konkretnie wybaczyć. I to jakoś otworzyło drogę do późniejszego nazywania.
A właśnie - mam pytanie do osób które tu piszą od dłuższego czasu. Czy jest jakiś moment w tej pracy kiedy afirmacja przestaje być potrzebna? Znaczy - czy dochodzi się do punktu gdzie myśl o przebaczeniu sobie już po prostu jest, bez powtarzania?
Tak. Ale to nie znaczy że afirmacja 'skończyła pracę' i można ją wyrzucić. To znaczy że weszła głębiej. Część ludzi mówi że w pewnym momencie przestają powtarzać świadomie, a sformułowanie pojawia się samo kiedy zaczyna się stary schemat myślenia. To nie jest cel który się osiąga i gotowe - to raczej zmiana domyślnej odpowiedzi mózgu na konkretny bodziec.
No ale to brzmi trochę jak warunkowanie pawłowskie, nie jak coś duchowego. Bodziec, odpowiedź, nawyk. Gdzie tu miejsce na faktyczną zmianę wewnętrzną, a nie tylko zmianę reakcji?
A co jeśli temat w ogóle nie wraca, bo go unikam? Bo właściwie nie wiem teraz czy moja afirmacja cokolwiek robi, czy po prostu nie wystawiam się na sytuacje które by mnie sprawdziły.
