Jolanta_M, nie umiem ci podać liczby bo nie liczyłam. Pamiętam że pewnego ranka zdziwiłam się że coś mnie nie zdenerwowało tak jak zwykle i dopiero po chwili skojarzyłam że afirmacje coś mogły mieć z tym wspólnego. Ale szczerze nie wiem czy to był miesiąc czy trzy.
a czy robisz to codziennie od początku bez przerwy, czy miewałaś dni kiedy odpuszczałaś i czy to przerywało ten efekt?
tydzień to całkiem dużo. Czy masz wrażenie że po takiej przerwie trzeba zaczynać od nowa, czy raczej wraca szybciej?
To co mówi Gebda o zmianie treści mnie się czepia. Ja przez długi czas powtarzałam te same zdania bo bałam się że zmiana przerwie coś co się buduje. Teraz myślę że to był błąd bo kilka z tych zdań przestało mi pasować i mówiłam je mechanicznie. Czy ktoś miał podobnie?
Czytam tu od jakiegoś czasu i rozumiem że to ma działać przez powtarzanie i ciało i tak dalej. Ale mam jedno głupie pytanie: czy to musi być rano? Bo mam pracę zmianową i moje 'rano' jest czasem o czternastej.
Wchodzę w ten wątek z boku bo trochę zgubiłam się w tej dyskusji o mechanizmach. Mam prostsze pytanie. Czy ktoś miał tak że afirmacje działały rano, ale po południu i tak wracał do kiepskiego nastroju? Bo u mnie tak jest i zastanawiam się czy to znaczy że coś robię źle czy że po prostu rano jest dobry start a reszta dnia to już codzienny chaos.
Mimoza_85, u mnie na początku tak było dokładnie. Rano lepiej, potem codzienny tryb wracał. Z czasem zauważyłam że ten efekt poranny jakby się rozciągał. Ale powoli, nie z dnia na dzień. Nie wiem czy to kwestia czasu czy tego że zaczęłam dobierać afirmacje bardziej konkretnie do tego co mnie w ciągu dnia wytrąca.
a co masz na myśli 'bardziej konkretnie'? Że zamiast ogólnych zdań typu 'jestem spokojna' masz coś pod konkretną sytuację?
to jest ważna uwaga i dodam do tego że w pracy z runami obserwuję coś podobnego, zbyt szeroka intencja działa słabiej niż precyzyjna. Nie twierdzę że mechanizm jest identyczny, ale zasada precyzji wydaje się działać niezależnie od systemu. Ogólne przekonanie trudno zakotwiczyć w ciele.
Do tej rozmowy o konkretności dodam jeszcze jedno. Afirmacja skrojona pod konkretny lęk albo konkretną sytuację wymaga odrobiny odwagi, bo właśnie tam gdzie nas boli. Ogólne zdania są bezpieczne, nie dotykają miejsca gdzie jest problem. Dlatego łatwiej się do nich przekonać ale też mniej zmieniają. Nie mówię że to reguła bez wyjątku, ale widzę to powtarzające się.
Ale zaraz, to ile tych metod jest? Mam klasyczne zdania, mam pytania, mam krótkie, mam długie... od czego w ogóle zacząć żeby nie kręcić się w kółko przez pół roku zanim cokolwiek sprawdzę?
Mam pytanie do tej dyskusji o pytaniach zamiast twierdzeń. Czy takie pytanie wypowiada się głośno? Bo widzę różnicę między siedzeniem w ciszy i pytaniem siebie w myślach a mówieniem tego na głos. Nie wiem które jest właściwe.
To jest dla mnie dziwne. Żona powtarza zdania do lustra i mówi że jej pomaga. Ja patrząc na to czuję że bym nie mógł tego robić, jakoś głupio mi. Czy to jest tylko kwestia przyzwyczajenia czy są ludzie którym po prostu nie pasuje ta forma?
Wracając do tego o co chodzi w tytule, bo trochę poszliśmy w metody, a ktoś na początku pytał o konkretne formułki. Ja rano mam zazwyczaj dwa albo trzy zdania, nie więcej. Jedno jest ogólne, jedno dotyczy tego co tego dnia konkretnie mnie czeka. To działa u mnie lepiej niż długa lista, bo lista rano przed pracą to jak zadanie domowe.
a jak dobierasz to jedno konkretne zdanie na dany dzień? Codzienna zmiana brzmi jak dużo wysiłku rano kiedy ledwo się człowiek obudził.
Żona zrobiła to samo z budzikiem i mówi że różnica jest ogromna. Mnie to trochę dziwi bo teoretycznie to tylko zmiana miejsca ładowania. Czy to naprawdę aż tyle zmienia czy to bardziej efekt placebo i samo postanowienie działa?
No to teraz rozumiem po co ta cisza rano, ale wciąż nie rozumiem po co konkretnie afirmacje. Dlaczego nie zwykłe planowanie dnia albo po prostu kawka w spokoju?
Do tego wątku o porze dnia dodam jeszcze jedno, bo widzę że ktoś może wyciągnąć z tej dyskusji wniosek że jeśli rano nie uda się to cały dzień stracony. To nieprawda. Rano jest korzystne, ale regularność jest ważniejsza niż perfekcyjna pora. Ktoś kto robi to codziennie w różnych momentach dnia osiągnie więcej niż ktoś kto robi to tylko gdy trafi na idealny poranek.
To co mówi Mimoza_85 jest chyba najczestszym powodem dla którego ludzie w ogóle zaczynają z afirmacjami. To poczucie przed dniem, takie tępe ciężkie, że coś czeka. Ja miałam dokładnie to i pierwsze zdanie które faktycznie coś zmieniło brzmiało bardzo skromnie: 'daję radę temu co dziś przyjdzie'. Nie 'jestem silna', nie 'wszystko mi wychodzi', tylko że daję radę. To brzmiało wystarczająco prawdziwie żeby mózg tego nie odrzucił.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, bo nie rozumiem czegoś. Jeśli afirmacja ma brzmieć prawdziwie żeby działać, to jak ją zmieniać w czasie kiedy coraz lepiej się czujesz? Bo to co było prawdziwe miesiąc temu może już nie pasować.
A ile w ogóle czasu zajmuje zanim cokolwiek poczujesz? Bo czytam ten wątek i mam wrażenie że wszyscy mówią o tygodniach albo miesiącach i mnie to trochę zniechęca.
U mnie pierwsze coś, co bym nazwała zmianą nastroju, poczułam po kilku dniach. Nie żeby wszystko nagle zagrało, ale ten poranny ciężar był nieco mniejszy. Natomiast żeby to zaczęło naprawdę działać na przekonania a nie tylko na chwilowy nastrój, to faktycznie zajęło tygodnie. Nie wiem czy da się to przyśpieszyć, może zależy od osoby.
kilka dni to już coś. A co konkretnie czułaś inaczej, bo ciężar jest i ciężar jest, chętnie bym wiedział czy mówisz o czymś mierzalnym czy to bardziej takie przeczucie.
Ja mam inne pytanie niż Idzik70, bo mnie nie tyle interesuje jak szybko, tylko czy to w ogóle ma sens kiedy afirmacja dotyczy czegoś co absolutnie nie jest teraz prawdą. Przykład: mówię sobie że jestem spokojna, a wiem że jestem kłębkiem nerwów. Czy to nie jest okłamywanie siebie?
U mnie to wyglądało tak: wstawałam, myłam zęby i zanim jeszcze weszłam w telefon mówiłam trzy zdania na głos. Nie długo, dosłownie minuta. Przez pierwsze dwa tygodnie czułam się przy tym głupio, szczerze mówiąc. Potem przestałam to analizować i po prostu robiłam. Zdania nie były 'jestem najlepsza' tylko raczej 'ten dzień nie musi być idealny' i 'mogę zacząć powoli'. Rano idę do pracy spokojniejsza niż wcześniej, nie wiem czy to te zdania czy sam rytuał wstawania, ale przestało mi to być obojętne.
Wracając do mojego pytania bo nie dostałem za bardzo odpowiedzi: te kilka dni to znaczy dwa, trzy, pięć? Bo mam problem z wytrwałością i chciałbym wiedzieć czy w ogóle warto czekać przez weekend.
U mnie to były chyba cztery, pięć poranków zanim cokolwiek poczułam i to był naprawdę subtelny sygnał, nie jakiś przełom. Taki moment kiedy wstajesz i nie od razu lecisz myślami w najgorsze scenariusze dnia. Bardziej cisza w głowie przez chwilę niż coś konkretnego. Czy to dużo, czy mało, nie wiem, ale dla mnie było wystarczające żeby kontynuować.
