Siedzę od jakiegoś czasu z jednym problemem i nie mogę go przepracować sama. Stosuję afirmacje regularnie, już kilka miesięcy. Rankiem, wieczorem, czasem w ciągu dnia. I działa — tzn. przez chwilę po powtórzeniu czuję się lepiej, spokojniejsza. Ale potem wraca ten głos. Taki wewnętrzny krytyk, który mówi, że to wszystko nieprawda, że powtarzam sobie bajki. I nie wiem, czy afirmacje w ogóle mogą to zmienić, czy właśnie z tym głosem trzeba pracować osobno. Bo może sama afirmacja to za mało?
Mnie też to dotyczy. Przez długi czas myślałam, że jak będę powtarzać wystarczająco długo, to głos sam ucichnie. Ale on nie cichnie — on się jakby chowa na chwilę, a potem wraca głośniej. Zastanawiam się, czy to nie jest kwestia tego, że afirmacja i wewnętrzny krytyk działają na różnych poziomach. Jakby jedna była w głowie, a drugi gdzieś głębiej.
To jest jeden z najczęstszych błędów w pracy z afirmacjami. Afirmacja to nie jest zagłuszenie krytyka — to jest budowanie nowego kanału. Jeśli powiesz sobie 'jestem spokojna i pewna siebie', a jednocześnie masz silne przekonanie, że to nieprawda, twój umysł natychmiast to zweryfikuje i odrzuci jako fałsz. Efekt jest odwrotny do zamierzonego — krytyk dostaje argument. Problem leży w tym, że większość ludzi zaczyna od afirmacji zbyt odległych od swojego obecnego stanu. Zamiast 'jestem najpiękniejsza', lepiej 'mogę nauczyć się widzieć w sobie coś dobrego'. To mniejszy skok i umysł go nie odrzuca.
Dobry wątek. Ja pracowałem z afirmacjami przez jakiś czas i też miałem ten problem. Ale mi pomogło coś prostego — zacząłem pisać afirmacje w notesie zamiast tylko powtarzać na głos. Jak to widzę na papierze, to jakoś inaczej to wchodzi. Może to kwestia czakry gardła, że samo mówenie to za mało? Piszę i jednoczesnie czuję że to jest moje. Choc nie zawsze oczywiscie.
to jest dobre pytanie. Najprostszy test — powiedz afirmację na głos i obserwuj reakcję ciała. Jeśli czujesz lekki opór, ale coś mimo wszystko drgnęło pozytywnie, to jest dobry dystans. Jeśli natychmiast pojawia się wewnętrzny śmiech albo coś w środku mówi 'nie kłam' — afirmacja jest za daleka. To jest kwestia czucia, nie intelektu. Umysł analityczny zawsze będzie znajdował powody do sprzeciwu, więc nie on jest tu wskaźnikiem.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chciałam zapytać — a co jeśli w ogóle nie wiem, co mówi mój wewnętrzny krytyk? Tzn. czuję, że coś jest nie tak, że mi nie wychodzi, ale nie słyszę konkretnych zdań, tylko takie ogólne złe przeczucie. Czy w takim przypadku afirmacje w ogóle mają sens?
Wracając do tego, co pisał Anastazy56 o odległości afirmacji — ja próbowałam kiedyś techniki pomostowej. Czyli zamiast skakać od 'nienawidzę siebie' do 'kocham siebie', idę małymi krokami. 'Uczę się być dla siebie łagodniejsza', 'coraz lepiej rozumiem swoje potrzeby'. Ale mam pytanie do kogoś bardziej doświadczonego — czy istnieje ryzyko, że te pomostowe afirmacje zostaną w nas za długo i nie przejdziemy do tych mocniejszych? Czy to się samo reguluje?
Słucham tej rozmowy i mam trochę inne spojrzenie. Ja podchodzę do tego astrologie przez pryzmat tranzytów i przez ten czas zauważyłam, że skuteczność afirmacji bardzo zależy od momentu, w którym je zaczynamy. Jak ktoś ma trudny Saturn na ascendencie albo ciężki tranzyt, to żadna afirmacja nie przebije się przez to, co wtedy myślimy o sobie. Czy ktoś z was brał pod uwagę cykl księżyca albo osobistą astrologię przy pracy z afirmacjami?
Chciałam zapytać o coś praktycznego, bo trochę zgubiłam się w tej dyskusji. Czy afirmacje trzeba powtarzać na głos, czy wystarczy myśleć? I ile razy dziennie? Bo gdzieś czytałam, że minimum 21 dni, ale nie wiem, czy to ma jakieś podstawy, czy to taki mit.
Mam pytanie do tego, co pisała Elwirka92 wcześniej o szukaniu sytuacji, gdzie to złe przeczucie jest najsilniejsze. Próbowałam to zrobić i zauważyłam, że to najczęściej chodzi o kontakt z ludźmi — rozmowy, gdzie czuję, że mówię coś głupiego albo za dużo. Tylko co z tym dalej robić? Jak to przełożyć na konkretną afirmację?
Wracając do wątku Celinki i tego krytyka — mnie uderzyło coś, co napisała Filomena.1, o tym żeby go zauważyć zamiast wyciszać. Próbowałam czegoś podobnego, ale problem w tym, że mój krytyk jest bardzo hałaśliwy. Tzn. jak tylko zaczynam afirmację, on zaczyna wyliczać wszystkie dowody na to, że to nieprawda. Konkretne sytuacje, konkretne przykłady. I wtedy afirmacja brzmi jak kłamstwo przy tych wszystkich kontrprzykładach. Ktoś miał coś takiego?
tak, i to jest jeden z trudniejszych wariantów. Ten krytyk, który podaje dowody, jest szczególnie przekonujący, bo operuje faktami. Mnie pomogło nie zaprzeczanie tym faktom, tylko zmiana ramy — tzn. 'tak, to się zdarzyło, i mimo to...'. Nie wiem czy afirmacje są na to najlepszym narzęd... no, najlepszym rozwiązaniem. Może ktoś inny miał inne podejście do tego?
u mnie było podobnie. I w którymś momencie pomogło mi podejście, które gdzieś wyczytałam — zamiast mówić 'jestem', mówić 'wybieram'. Czyli nie 'jestem pewna siebie', tylko 'wybieram pewność siebie w tej sytuacji'. Umysł mniej się opiera, bo to nie jest twierdzenie o faktach, tylko deklaracja intencji. Krytykowi trudniej to obalić kontrprzykładem.
dokładnie. Słowa są punktem startowym, nie efektem końcowym. Efekt końcowy to zmiana reakcji — jak twoje ciało i emocje odpowiadają na sytuację, która wcześniej wywoływała krytyka. Afirmacja bez tej zmiany to trochę jak etykieta przyklejona na stare słoiki.
Mam wątpliwość do tej metafory ze słoikami. Etykieta przyklejona na stary słoik to jednak coś — pokazuje, w którą stronę chcesz iść. Czy nie ma wartości w samym kierunku, nawet zanim cokolwiek się zmieni w środku?
To co mówi Elwirka92 brzmi sensownie, ale mam pytanie — czy ktoś próbował tego na sobie i może powiedzieć, ile czasu zajęło, zanim zaczął zauważać różnicę? Nie chodzi mi o gwarancję, tylko o jakieś realne odczucia.
Słucham tej rozmowy i chcę dopowiedzieć jedną rzecz, bo myślę, że wątek się nieco przesuwa. Mówimy dużo o tym, jak reagować na krytyka w trakcie albo po fakcie. Ale jest jeszcze jedna warstwa — intencja przed afirmacją. Zanim powiesz cokolwiek, warto się zatrzymać i sprawdzić: czy powtarzam to, bo wierzę że może być prawdą, czy powtarzam żeby zagłuszyć strach? To dwa zupełnie różne stany startowe.
właśnie dlatego ciało jest lepszym barometrem niż umysł w tym miejscu. Powiedz afirmację i zanim zaczniesz ją oceniać — co czujesz fizycznie? Ulga, nawet mała, to dobry znak. Napięcie, ścisk, przyśpieszony oddech — to znak, że afirmacja jest za daleko od tego, gdzie jesteś teraz. Nie musisz jej porzucać, ale może potrzebujesz kroku pośredniego.
A co to jest ten krok pośredni? Coś między tym co czuję teraz a tą afirmacją? Trochę się gubię w tej całej drabince.
Okej, rozumiem to z tym krokiem pośrednim, ale jak wiem, że wybrałam dobry krok pośredni? Bo mogę się chyba okłamać i wybrać coś, co brzmi lepiej, ale dalej nie jest moje.
Dorzucę coś z własnego doświadczenia do tego oporu. Przez długi czas myslałem, że jak afirmacja wywołuje złość, to znaczy że działa, że dotyka czegoś prawdziwego. I to był błąd. Złość była sygnałem, że mówie sobie coś, w co kompletnie nie wierze. Jak zacząłem schodzic niżej z tym sformułowaniem, złość zniknęła i zacząłem mieć spokojniejszą reakcję, nie euforyczną, ale po prostu spokojniejszą.
dokładnie tak. Emocja to informacja, nie ocena. Silna reakcja mówi tylko tyle, że dotknęłaś czegoś ważnego — w którym kierunku to idzie, musisz sprawdzić sama. Błąd polega na tym, żeby reagować na emocję zamiast ją czytać.
Wracam do czegoś, co Anastazy56 mówił wcześniej o tym, że krytyk nauczy się omijać techniki. Czy to znaczy, że trzeba stale zmieniać metody? Bo to brzmi trochę wyczerpująco — jakby nigdy nie można było po prostu osiąść przy czymś, co działa.
Mam pytanie może trochę z boku, ale zostałam tu wciągnięta przez ten temat. Czy te afirmacje i praca z krytykiem mają jakiś związek z energią, którą rozsyłamy? Bo wydaje mi się, że jak mam silnego wewnętrznego krytyka, to muszę też jakoś inaczej oddziaływać na ludzi wokół mnie.
Dobra, ale wracając do tych afirmacji — czy jest jakaś różnica między powtarzaniem afirmacji głośno a w głowie? Bo ja mam wrażenie że jak mówię głośno, to bardziej mi to ucieka, jakbym słyszała zewnętrzny głos i od razu go krytykowała. W głowie jest jakoś bliżej.
Pisanie ręcznie to po prostu przepisywanie — bez udziwnień. Siadasz z zeszytem i przepisujesz afirmację, powiedzmy dziesięć razy. Ale chodzi o to, żebyś przy każdym zapisie była obecna, nie żeby ręka jeździła automatycznie. Kiedy piszesz, słyszysz afirmację inaczej niż gdy ją tylko myślisz albo mówisz — masz ją przed oczami, widzisz każde słowo oddzielnie. Dla osób, które słyszą własny głos z zewnątrz i od razu go atakują, to bywa skuteczniejsze wejście.
Mam pytanie do tego, co Anastazy56 napisał o tym, że krytyk jest 'starszy i lepiej wytrenowany'. Czy to znaczy, że zawsze będzie szybszy od afirmacji? Bo jeśli tak, to jak w ogóle afirmacja ma szansę zbudować coś trwalszego, skoro krytyk ma taką przewagę startową?
