Mam do was pytanie, bo trochę się na tym gubię. Słyszałem, że z afirmacjami trzeba siedzieć i powtarzać je po godzinie dziennie, żeby coś z tego wyszło. Ale szczerze - nie mam tyle czasu. Pracuję dużo, wracam zmęczony i jak mam wycisnąć z siebie jeszcze godzinę skupienia, to już wolę spać. Czy 5 minut rano, zaraz po przebudzeniu, ma w ogóle sens? Czy to jest tak jak z ćwiczeniami - jak za krótko, to jakby nie ćwiczyć? Pytam szczerze, bo nie chcę sobie robić złudzeń.
Ja też zaczynam i właśnie to mnie blokowało - myślałam, że skoro nie mam czasu na długą praktykę, to nie ma co zaczynać. Tylko że gdzieś czytałam, że liczba minut to nie wszystko, że chodzi bardziej o regularność. Ale nie wiem czy to prawda, czy to takie pocieszenie dla leniwych 🙂
To co opisujesz z tym 'zombie trybem' to akurat nie jest problem - to może być zaleta. Tuż po przebudzeniu mózg jest jeszcze w stanie między snem a jaźnią i jest wtedy bardziej podatny na sugestie niż w ciągu dnia. Nie potrzebujesz 'wejść w stan', bo po części już w nim jesteś. Dlatego poranek to klasyczna pora dla takich praktyk. Pytanie tylko, co powtarzasz i jak to sformułowane.
Ale jak mam tylko 5 minut, to kiedy w ogóle te efekty mają przyjść? Czy po tygodniu, po miesiącu? Pytam konkretnie, bo jak to jest robota na rok to szczerze mnie to zniechęca.
Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie, bo to zależy od człowieka i od tego, czego dotyczą afirmacje. Afirmacje związane z drobnymi przekonaniami mogą dawać efekty szybciej, te dotyczące głęboko zakorzenionych wzorców - dużo dłużej. Podejście 'ile czasu minie zanim zobaczę wynik' sugeruje, że traktujesz to jak tabletki. To inna mechanika.
A czy te afirmacje mogą być mówione głośno czy wystarczy w myślach? Bo czytałam gdzieś ze głos ma znaczenie ale nie wiem czy to prawda czy mit. Szczegolnie przy 5 minutach różnica może być duża jeśli trzeba jeszcze uważać na głos
tak, to klasyczny mechanizm - afirmacja wyzwala opór umysłu, który szuka dowodów na to, że jest inaczej. To nie jest objaw złej praktyki, to normalna reakcja na początku. Część praktyków radzi wtedy nie walczyć z tym kontrargumentem, tylko go zauważyć i odpuścić. Inni proponują afirmacje w formie pytań - 'dlaczego coraz łatwiej mi się uspokajać?' - bo pytanie nie wywołuje tak silnego oporu jak twierdzenie.
Chcę wejść w ten wątek z pytaniem do Jaromira, bo coś mnie zaniepokoiło. Pisałeś o tej podatności po przebudzeniu - to prawda, ale z tym stanem trzeba uważać. Ta sama podatność, która pomaga wchłaniać pozytywne treści, sprawia że wchłaniane są też negatywne. Jeśli ktoś od razu po afirmacjach włącza telefon i idzie w newsy albo media społecznościowe, może kasować efekt zanim jeszcze zacznie działać. Czy bierzesz to pod uwagę w swojej praktyce?
Mam trochę inne pytanie. Czy afirmacje muszą dotyczyć mnie samego? Chodzi mi o to, czy można robić afirmacje dla kogoś bliskiego - na przykład afirmować zdrowie dla chorego rodzica? Czy to w ogóle ma sens czy to już jest coś zupełnie innego?
Wracając do głównego pytania z początku wątku - 5 minut dziennie to według mnie minimum, od którego ma sens zaczynać. Nie dlatego że to magiczna liczba, ale dlatego że regularność 5 minut jest realna, a regularność godziny dla zajętej osoby - często nie. Robiłem eksperymenty na sobie: 3 tygodnie po godzinie nieregularnie dały mi mniej niż 3 tygodnie po 5 minut każdego ranka bez wyjątku. Regularność bije długość, ale pod warunkiem że te 5 minut jest naprawdę skupionych.
A czy trzeba za każdym razem siedzieć? Bo ja często powtarzam afirmacje w drodze do pracy, w słuchawkach albo nawet bez - po cichu w głowie. Czy to się w ogóle liczy czy muszę być w jakimś specjalnym miejscu?
No ale właśnie - ktoś powiedział wcześniej że przy krótkich sesjach skupienie jest kluczowe. A teraz że w drodze do pracy też można. To jak to jest naprawdę? Bo te porady zaczynają mi się kłócić.
da się, ale wymaga innego podejścia. Łazienka podczas prysznica to jedno z lepszych miejsc w takich warunkach - tam masz chwilę sam, szum wody tłumi dźwięki i dodatkowo ciepło fizycznie rozluźnia. Znam kilka osób, które właśnie tam zaczęły i to działało. Nie jest to idealne środowisko z podręcznika, ale realne.
A czy afirmacje można zapisywać zamiast mówić? Czytałam gdzieś że pisanie ma nawet silniejszy efekt bo angażuje ruchowo. Ale przy 5 minutach ile można w ogóle napisać i czy to nie za mało?
Mam pytanie, bo trochę zgubiłem wątek. Rozmawiamy o 5 minutach jako minimum - ale czy ktoś wie czy jest coś takiego jak za mało czasu, że poniżej jakiegoś progu to po prostu nie ma sensu? Bo czytałem gdzieś o dwóch minutach dziennie i to już brzmi jak żart.
To dobre pytanie, ale myślę że tu nie ma sensu liczyć aż tak precyzyjnie. Jak zaczynasz się zastanawiać czy te 3 minuty to były 3 minuty prawdziwej pracy - to znaczy że umysł jest gdzie indziej. Obserwuj efekty, nie czas.
Hej, chcę wrócić do tego co pisała Brygida o porannej podatności i pilnowaniu co wchodzi do głowy. Mam pytanie praktyczne - co z telefonem? Bo ja po afirmacjach od razu sprawdzam telefon i rozumiem teraz, że to może niszczyć to co zbudowałem. Ile czasu powinno minąć?
nie ma jednej liczby, ale zasada jest prosta - jeśli pierwsze co widzisz po afirmacjach to powiadomienia, newsy i cudze problemy, to tak, możesz kasować efekt zanim zdążył się utrwalić. Część osób robi afirmacje specjalnie przed telefonem właśnie po to, żeby to był bufor. Godzina bez telefonu to ideał, ale rozumiem że to nierealne. Nawet 15-20 minut robi różnicę.
Mam pytanie trochę z innej strony. Czy da się połączyć afirmacje z czymś fizycznym - na przykład trzymaniem kamienia albo przedmiotu, który ma znaczenie? Zastanawiam się czy to wzmocniłoby skupienie czy raczej przeszkadzało.
A co z afirmacjami przed snem? Ktoś w ogóle to robi zamiast rana? Bo u mnie rano jest ten cały chaos o którym mówił Mirek84 i szczerze wieczór brzmi bardziej realnie.
A jak ktoś zasypia przy wieczornych afirmacjach? Bo ja próbowałam raz wieczorem i po trzecim zdaniu byłam już gdzieś między jawą a snem. Technicznie robiłam afirmacje, ale nie mam pojęcia ile z tego dotarło.
to pytanie które w sumie zawsze zostaje bez odpowiedzi, jeśli robisz tylko jedną rzecz na raz. Część osób robi dlatego dziennik - żeby mieć jakiś punkt odniesienia. Ale nawet to nie jest dowód, bo notujesz też nastroje, a nastroje wahają się niezależnie. Możesz jednak zacząć zauważać wzorce po kilku tygodniach, jeśli jesteś systematyczny.
Dziennik przy afirmacjach to coś, o czym rzadko się mówi a moim zdaniem ma dużo sensu. Nie chodzi o opisywanie każdej sesji, wystarczy jeden wiersz dziennie - co czułem przed, co po. Przez miesiąc masz z tego coś, do czego możesz wrócić i sprawdzić czy cokolwiek się przesunęło.
A czy afirmacje można pisać po angielsku jeśli jakaś fraza brzmi lepiej albo mocniej? Bo znam parę zwrotów których po polsku jakoś nie mogę ułożyć żeby brzmiały naturalnie.
Wróćmy do tego 5 minut - bo rozmawiamy już o dziennikach, angielskim, wieczorach. Moje pierwotne pytanie było prostsze. Ktoś tu robi dokładnie 5 minut dziennie od dłuższego czasu i czuje że to wystarczy? Nie teorię, tylko czy ktoś to sprawdził na sobie.
A co z afirmacjami w formie pytań? Słyszałem że zamiast mówić 'jestem spokojny' można mówić 'dlaczego czuję się taki spokojny?' i podobno to lepiej działa bo mózg automatycznie szuka odpowiedzi. Ktoś to stosuje?
akurat to jest jeden z argumentów za nimi przy krótkich sesjach. Masz trzy, cztery pytania przygotowane wcześniej, raz na jakiś czas je odświeżasz, i po prostu je czytasz lub mówisz. Czas potrzebny na samo wykonanie jest podobny do zwykłych afirmacji. Problem jest wcześniej, przy układaniu.
