Mam trochę niekomfortowe pytanie, bo wiem, że tu są osoby z różnych tradycji. Chodzi o afirmacje i wiarę. Jestem wychowana katolickiej i zawsze czułam, że afirmacje trochę "kłócą się" z moją wiarą, bo to jakby stawianie siebie w centrum zamiast Boga. Z drugiej strony czytałam, że np. modlitwa różańcowa działa podobnie jak mantra czy afirmacja - przez powtarzanie. Czy ktoś przez to przechodził? Czy da się to pogodzić, czy raczej trzeba wybrać jedno albo drugie?
To napięcie, które opisujesz, zna chyba każda osoba praktykująca cokolwiek poza głównym nurtem swojej religii. Sama przez lata próbowałam pogodzić kilka rzeczy naraz. Kluczowe pytanie brzmi tak: czy afirmacja to modlitwa skierowana do siebie, czy raczej forma skupienia uwagi? Bo jeśli to drugie, to konflikt jest o wiele mniejszy, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.
Powiem Ci, że znam kilka osób głęboko wierzących, które używają afirmacji i nie mają z tym żadnego konfliktu. Kluczowe jest dla nich sformułowanie. Zamiast "Jestem bogaty i szczęśliwy" mówią np. "Otwiera się na łaskę obfitości, którą Bóg mi przeznaczył". Zmiana jednego słowa potrafi całkowicie zmienić to, jak dana formuła pasuje z przekonaniami religijnymi. Nie wiem, czy to Twoja ścieżka, ale widziałem, że u wielu ludzi właśnie tak to działa.
Podrzucę jeszcze jeden kąt, bo mi się nasuwa. W tradycji żydowskiej są tzw. kawanot, czyli intencje wypowiadane przed modlitwą lub rytuałem. Brzmi to bardzo podobnie do afirmacji - skupiasz myśl, formułujesz ją ustnie, powtarzasz. A jednak jest to głęboko osadzone w tradycji religijnej. Więc może kategorie nie są tak szczelne, jak zakładamy?
A jak to wygląda u osób, które praktykują inne religie niż chrześcijaństwo? Słyszałam, że w hinduizmie czy buddyzmie afirmacje są właściwie wbudowane w samą praktykę, ale nie wiem, czy to prawda, czy moje uproszczenie.
To jest pytanie do teologa, nie do mnie. Mogę Ci powiedzieć, jak to wygląda w tradycjach pogańskich lub przedchrześcijańskich, ale co wolno lub nie wolno w sumieniu katolika - nie jestem w stanie tego oceniać. Wiem tylko, że widziałam osoby, które łączyły różne rzeczy i były z tym w zgodzie, i takie, które nie potrafiły. To chyba bardzo indywidualne.
Chcę wrócić do tego, co powiedział Zielarz68 o zmienianiu sformułowań. To faktycznie działa, ale mam wrażenie, że czasem to są tylko kosmetyczne poprawki, które nie rozwiązują fundamentalnego napięcia. Jeśli komuś przeszkadza sama idea, że możesz wpływać na rzeczywistość własną myślą lub słowem, to żadne przeformułowanie nie pomoże. I tu nie chodzi o poziom magicznego zaawansowania, tylko o głęboki światopogląd.
Mam pytanie może trochę z boku, ale mnie nurtuje. Czy afirmacje trzeba wierzyć w to, co się mówi, żeby działały? Bo jeśli mówię "jestem spokojna" a w środku się trzęsę, to nie czuję, żeby mi to pomagało. Czy to kwestia czasu, czy robię coś źle?
Liczba 21 dni to mocno uproszczona wersja badań Maxwella Maltza, który w sumie mówił o minimum 21 dni, a nie o dokładnie 21. Nowsze badania dotyczące nawyków mówią o zakresie od 18 do ponad 200 dni, zależnie od osoby i złożoności nawyku. Więc rano i wieczorem to dobry start, ale ważniejsza jest regularność niż godzina.
Wróćmy może do wątku religijnego, bo mi się kręci jedno pytanie w głowie. Czy ktoś zna przykład tradycji, która wprost zakazuje afirmacji albo czegoś podobnego? Bo z tego, co słyszę, większość napięć wynika z interpretacji, a nie z konkretnych zakazów.
A ja mam pytanie, bo może coś pominęłam. Czy jak ktoś mówi afirmacje, które zaczynają się od 'Bóg mi daje' albo 'Z Bożą pomocą', to to jest jeszcze afirmacja, czy już coś zupełnie innego? Bo chciałabym spróbować, ale słowo 'Jestem' jako sam początek mnie blokuje.
No właśnie, to co Telepata84 pisze trafia dokładnie w to, co mnie gryzie. Nie problem ze słowami, tylko z tym przekonaniem, że ja coś tym sprawiam. Jakbym przejmowała kontrolę, która nie jest moja.
Ale czy modlitwa nie zakłada dokładnie tego samego? Że Twoje słowa mają wpływ na to, co się wydarzy? Różnica jest głównie w tym, do kogo je kierujesz i kto ma wykonać tę pracę - Ty czy Bóg. Przy afirmacji sprawcą jest Twoja psychika. Przy modlitwie - transcendencja. Ale sam akt wypowiadania intencji jest identyczny.
Mam pytanie, bo jestem ciekawa, czy ktoś próbował takich neutralnych formuł i co z tego wyszło. Bo czytam różne opinie i jedni mówią, że bez silnego 'Jestem' afirmacja traci siłę, a drudzy, że forma to drugorzędna sprawa. Kto ma rację?
Myślę, że tak, pod warunkiem, że nie zmieniasz kierunku - np. nie przechodzisz od afirmacji spokoju do afirmacji pewności siebie w środku cyklu, bo to już jest rozproszenie. Ale wariacje językowe w ramach jednego tematu są chyba jak najbardziej w porządku.
A wracając do tej religijnej strony - czy ktoś wie, jak to wygląda w islamie? Bo dużo tu mówiliście o chrześcijaństwie i hinduizmie, ale ten wątek jakby zniknął.
A skąd w ogóle wziął się ten czas teraźniejszy w afirmacjach? Kto to wymyślił i dlaczego? Czy to jakaś konkretna teoria psychologiczna, czy po prostu tradycja?
Jak najbardziej. Zresztą taka forma jest często łatwiejsza do zaakceptowania przez podświadomość, bo nie uruchamia od razu tego wewnętrznego 'ale to nieprawda'. Twój umysł nie protestuje, bo nie mówisz, że coś już jest - mówisz, że staje się. To subtelna różnica, ale dla osób z silnymi przekonaniami religijnymi lub wysokim krytycyzmem wewnętrznym może działać lepiej.
Wracając do wątku religijnego, bo myślę że go nieco zgubiliśmy - ktoś wie, jak to wygląda w buddyzmie? Pytam, bo buddyzm jest często przedstawiany jako 'przyjazny' praktykom zachodnim, ale w klasycznym buddyzmie theravada pojęcie jaźni, która coś afirmuje, jest problematyczne samo w sobie.
Właśnie nad tym siedzę od rana. Wychowałam się w katolickiej rodzinie i kiedy mówię 'Jestem godna miłości', to coś we mnie protestuje, bo brzmi to jak stawianie się ponad Bogiem. Ale 'Niech będę godna miłości' brzmi jak modlitwa. Czy to ma sens jako afirmacja? Czy to już jest modlitwa, a nie afirmacja?
Myślę, że granica między modlitwą a afirmacją jest płynna i nie ma sensu jej za bardzo sztywno wyznaczać. Coué też nie był człowiekiem religijnym, a jego formuła wielu osobom wierzącym pasuje, bo skupia się na procesie, nie na twierdzeniu. Może ważniejsze jest to, czy coś dla ciebie działa, a nie jak to nazwiemy.
U nas w parafii jest pewna pani, która codziennie rano czyta wybrane psalmy i mówi, że to ją 'nastawia na dzień'. Nie wie, co to afirmacja, ale jak jej opisałam, o czym jest ten wątek, to powiedziała, że właśnie to robi. Myślę, że to dobry przykład na to, co Obsydianka napisała.
przepraszam że wchodzę w środku ale mam pytanko - czy te galdr można łączyć z afirmacjami? czyli na przykład śpiewać po staroislandku jakieś słowa i jednocześnie mieć to jako swoją afirmację? czy to byłoby pomieszanie tradycji?
Wracając do kwestii religijnych - bo trochę odpłynęliśmy ku tradycjom pogańskim. Bibianna pytała o katolicki kontekst. Mam wrażenie, że dla osób wierzących najbezpieczniejsza forma to właśnie afirmacja procesowa połączona z dziękczynieniem. Zamiast 'Jestem zdrowa', coś w stylu 'Dziękuję za zdrowie, które wzrasta'. To łączy formę afirmacyjną z postawy modlitewną i nie wymaga wybrania jednego języka.
Podobne formuły opisywała m.in. Louise Hay, choć w innym kontekście - u niej afirmacja z wdzięcznością to jeden z podstawowych wariantów. Ale też w nurcie mindfulness i terapii akceptacji mówi się o afirmowaniu przez uznanie tego, co jest, zamiast twierdzenia o tym, czego nie ma. Zielarz68 trafnie to podsumował, choć warto wiedzieć, że to nie jest jedna konkretna szkoła, tylko kilka tradycji idących w podobnym kierunku.
To 'Science of Mind' - co to właściwie jest? Brzmi naukowo, ale domyślam się, że to jakiś ruch duchowy?
Science of Mind to ruch założony przez Ernesta Holmesa w latach 20. XX wieku w USA, wywodzący się z New Thought. Mieszanka filozofii, teologii protestanckiej i wczesnej psychologii. Ich modlitwa afirmatywna wygląda mniej więcej tak: zaczynasz od uznania, że Bóg istnieje, potem twierdzisz jedność z tym źródłem, a na końcu dziękujesz za to, że zmiana już się dokonuje. Dla osoby wierzącej może być to całkiem naturalna forma, bo zawiera element teologiczny. Dla osoby niereligijnej już mniej.
