Chcę poruszyć temat, o którym rzadko się mówi wprost. Mam w rodzinie historię chorób psychicznych — babcia miała schizofrenię, mama leczyła się na depresję. Sama jestem pod opieką psychiatry od kilku lat, diagnoza to dystymia. Afirmacje zaczęłam próbować sama, z książek, ale po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać, czy to jest w ogóle bezpieczne dla kogoś takiego jak ja. Niektóre afirmacje w stylu 'jestem całkowicie zdrowa i pełna energii' czuję jako takie... fałszywe. Jakbym kłamała samej sobie i ciało to wie. Czy ktoś miał podobnie? Czy da się robić afirmacje w sposób, który nie wchodzi w kolizję z leczeniem psychiatrycznym?
To jest bardzo ważne pytanie, cieszę się że je zadałaś. Sama nie mam takiej historii rodzinnej, ale czytałam sporo o afirmacjach w kontekście pracy z przekonaniami i dokładnie ten problem — że afirmacje 'za duże' mogą wręcz pogłębiać dyskomfort — jest opisywany. Chodzi o coś co niektórzy nazywają przepaścią między afirmacją a aktualnym stanem. Jeśli mówisz 'jestem zdrowa' a twój umysł krzyczy 'to nieprawda', to efekt może być odwrotny do zamierzonego. Słyszałam o tzw. afirmacjach mostkujących, czyli takich które zaczynają się od 'jestem w trakcie', 'uczę się', 'zaczynam dostrzegać'. Ale nie wiem czy to wystarczy przy psychiatrycznym tle — tu chętnie posłucham kogoś z większym doświadczeniem.
Mam pytanie do Teofilki — czy twój psychiatra wie, że robisz afirmacje? Pytam serio, nie złośliwie. Bo przy dystymii, a tym bardziej przy takim obciążeniu rodzinnym, to jest coś, o czym warto rozmawiać z lekarzem prowadzącym. Nie dlatego, że afirmacje są złe, ale dlatego, że on może ci powiedzieć, na które aspekty uważać akurat w twoim przypadku.
A w ogóle to czy te afirmacje przy chorobach psychicznych mają sens? Czytałem że przy depresji mogą nawet zaszkodzić bo człowiek czuje się jeszcze gorzej że 'nie potrafi' myśleć pozytywnie. Jak się komuś źle dzieje a ma powtarzać że jest szczęśliwy to chyba tylko bardziej widać kontrast.
Znam temat trochę od innej strony. Mam brata, który ma zaburzenia bipolarne, i przez kilka lat próbowałem go namówić na różne praktyki — medytację, afirmacje, bioenergię. Efekt był taki, że w fazie maniakalnej łapał się wszystkiego za mocno i to nakręcało epizod, a w fazie depresyjnej nic nie działało bo nie miał siły w ogóle otworzyć ust. To nie jest prosta sprawa. Teraz uważam, że przy poważnych diagnozach psychiatrycznych — nie dystymii, ale właśnie schizofrenii, bipolarności — decyzja o jakichkolwiek praktykach powinna być skonsultowana z terapeutą. I to nie z ezoterycznym, tylko klinicznym.
Brat teraz pracuje z psychologiem i robi coś co wygląda jak zmodyfikowana mindfulness — ale to prowadzi specjalista, nie on sam z książki. To jest chyba klucz — nadzór kogoś, kto wie co robi. Samodzielne praktyki przy ciężkich diagnozach to ryzyko, które można ograniczyć właśnie takim wsparciem.
Przepraszam że wchodzę, bo znam się głównie na numerologii, ale mam pytanie ogólne — czy te afirmacje mostkujące o których pisała Faustynka muszą być mówione głośno, czy można je zapisywać? Bo gdzieś czytałam że pisanie ma inny efekt na mózg niż mówienie.
Wracając do sedna — bo rozmowa idzie w kilku kierunkach naraz. Przy rodzinnej historii chorób psychicznych, ale przy braku własnej ciężkiej diagnozy (dystymia jest poważna, ale to inny poziom niż schizofrenia), afirmacje mogą być bezpieczne pod warunkiem kilku rzeczy. Po pierwsze: treść afirmacji nie powinna być sprzeczna z rzeczywistością doświadczaną ciałem. Po drugie: żadna afirmacja nie powinna zastępować myśli o lekach albo sugerować, że praktyka duchowa wystarczy. Po trzecie: warto unikać afirmacji, które skupiają się na 'normalności' czy 'zdrowiu psychicznym' jako celu — to może wywołać dodatkową presję. Bezpieczniejsze obszary to afirmacje na spokój, zasoby, obecność, relację z własnym ciałem. Co do pisania kontra mówienia — obie formy mają swoje miejsce, nie ma jednej dobrej.
Ja mam inne zdanie i powiem szczerze. Miałam w rodzinie wujka z problemami psychicznymi i sama przez lata miałam lęki. Psychiatra mi powiedział wprost, że afirmacje mogą pomagać ale jako uzupełnienie, nie zamiast. I to co mówi Magicystka o treści — to jest prawda z mojego doświadczenia. Jak zaczęłam od 'jestem bezpieczna' i 'moje ciało wie jak wracać do spokoju' zamiast od 'jestem zdrowa i szczęśliwa' to poczułam różnicę. To pierwsze brzmiało jak coś możliwego, to drugie jak bajka.
A czy jest jakiś konkretny rodzaj afirmacji albo słowa których absolutnie trzeba unikać przy tym typie historii rodzinnej? Pytam bo czytałam gdzieś że przy predyspozycjach genetycznych do chorób psychicznych niektóre techniki mogą być bardziej ryzykowne.
Dodam że według numerologii, jeśli ktoś ma w datach urodzenia dużo czwórek albo siódemek, to jest bardziej podatny na 'wchłanianie' energii słów i afirmacje działają na niego silniej, więc tym bardziej trzeba uważać na treść. To nie jest moje wymysły, to dość znana teoria.
Wracam do tego co pisała Teofilka o psychiatrze. Rozumiem obawę przed bagatelizowaniem, ale coraz więcej psychiatrów jest otwartych na rozmowę o praktykach wspierających — mindfulness weszło do mainstreamu klinicznego, protokoły MBSR są stosowane w leczeniu depresji. Nie musisz tego nazywać 'afirmacjami ezoterycznymi', możesz powiedzieć po prostu że pracujesz nad przekonaniami poznawczymi. To jest język, który psychiatra zrozumie i nie zbagatelizuje.
Dobra, rozumiem że 'jestem szczęśliwy' nie działa jak przełącznik. Ale ile czasu realnie trzeba żeby takie afirmacje mostkujące dały jakiś efekt? Bo jak mam codziennie to robić to chciałbym wiedzieć kiedy w ogóle ma sens oceniać czy pomaga.
Wróciłam do tego co pisała Magicystka kilka postów wyżej — te trzy warunki bezpiecznej praktyki. Jeden mi się kręci w głowie: 'nie zastępuj kontaktu z rzeczywistością'. Jak konkretnie to wygląda w praktyce? Pytam bo nie zawsze wiem gdzie jest granica między zdrowym przeprogramowaniem myślenia a właśnie tym uciekaniem od rzeczywistości.
Teofilko, to jest naprawdę dobre pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi, ale spróbuję. Przeprogramowanie myślenia to praca z tym, jak interpretujesz rzeczywistość — np. zamiast 'zawsze coś mi się nie uda' pracujesz nad 'zdarzają mi się trudności, ale daję sobie z nimi radę'. Uciekanie od rzeczywistości to coś innego — to kiedy afirmacja służy do tego, żeby nie widzieć problemu w ogóle. Przykład: masz naprawdę trudną sytuację finansową i powtarzasz 'jestem bogata i obfita' bez żadnego działania — to nie jest przeprogramowanie, to jest zaprzeczanie. Granica nie jest zawsze ostra, ale pytanie diagnostyczne jest takie: czy ta afirmacja sprawia, że chcę coś zrobić, czy że nie muszę nic robić?
To co opisuje Chryzoprazka pasuje do mechanizmu, który znam z bioenergoterapii — ciało rejestruje niespójność między tym co mówisz a tym co rzeczywiście czujesz. I ta niespójność może się ujawniać właśnie jako napięcie, a nie ulga. Dlatego zawsze mówię, że praca z umysłem bez słuchania ciała to połowa roboty.
A czy można to jakoś przetrenować to słuchanie ciała? Bo ja np mam wrażenie ze moje ciało cały czas jest spięte i nie wiem jak odróżnić normalne napięcie od tego 'sygnału ostrzegawczego' o którym piszecie.
Wracam do wątku o tym psychiatrze — bo zaczęłam myśleć o tym, co pisała Salomea, że mogę mu powiedzieć 'pracuję nad przekonaniami'. Tylko mam inne pytanie: czy jeśli powiem mu o afirmacjach wprost i on uzna że to bez sensu, to mam go posłuchać i przestać? Czy to jest jego kompetencja?
Teofilko, to jest ważne pytanie. Psychiatra ma kompetencje w zakresie leczenia farmakologicznego i diagnozy — i w tym jego słowo jest wiążące. Przy czymś takim jak afirmacje czy techniki pracy z myśleniem, jego opinia jest istotna, ale nie jest ostatecznym wyrokiem. Jeśli uzna że ci szkodzą — warto zapytać dlaczego, co konkretnie go niepokoi. Jeśli powie ogólnie 'to bez sensu' bez żadnego argumentu — możesz dopytać. Ale jeśli ma konkretny powód związany z twoją diagnozą — to ja bym słuchała. Lekarz zna twój przypadek, my tutaj nie.
Ale czy psychiatra w ogóle jest od tego żeby oceniać afirmacje? To trochę jakby pytać go czy joga jest ok. Chyba wychodzi poza jego zakres?
Mam może głupie pytanie, ale zastanawiam się — czy to ma znaczenie o jakiej porze dnia się robi te afirmacje? Czytałam coś o poranku jako najlepszym czasie bo mózg jest wtedy bardziej 'przyjmujący', ale nie wiem czy to prawda czy mit.
Do rannej pory dodałabym jeszcze to, że według numerologii dzień tygodnia też ma znaczenie — np. środa jest dużo bardziej sprzyjająca pracy z umysłem niż poniedziałek. Jeśli ktoś zaczyna afirmacje, warto żeby zaczął w środę lub piątek, szczególnie przy numerze drogi życia 3 lub 7.
Dobra, wracam do tego co napisała Magicystka — że opinia psychiatry jest istotna, ale nie jest ostatecznym wyrokiem w sprawie afirmacji. Tylko jak to w praktyce wygląda? Mówię mu 'pracuję nad przekonaniami', on pyta co konkretnie robię, mówię 'afirmacje' i co dalej? Czy on ma prawo mi zakazać? Czy to bardziej kwestia rozmowy?
Nie ma prawa zakazać, ale ma prawo wyrazić zastrzeżenia i naprawdę warto je wysłuchać. Psychiatra nie zarządza twoim życiem poza leczeniem — ale jeśli widzi, że dana praktyka może wchodzić w konflikt z terapią albo pogłębiać objawy, jego obserwacja ma wartość kliniczną. To nie jest tak, że albo go słuchasz w stu procentach, albo ignorujesz. Możesz powiedzieć 'pracuję na pozytywnym myśleniu, chcę wiedzieć czy to koliduje z czymś co robię w terapii' — i posłuchać odpowiedzi.
Dodam jeszcze jedno — ja miałam sytuację gdzie psychiatra nie znał afirmacji z nazwy, ale kiedy mu opisałam co robię, powiedział że to brzmi jak technika restrukturyzacji poznawczej i nie widzi problemu. Czyli czasem wystarczy opisać praktykę bez używania specyficznego słowa, żeby rozmowa była sensowna.
To jest dobry punkt praktyczny. Choć muszę powiedzieć, że nie każdy psychiatra ma to samo nastawienie — znam osoby, które miały lekarzy otwartych na takie rozmowy, i takich, którzy zbywali temat jednym zdaniem. Pytanie do Teofilki: jak dotąd masz wrażenie, że twój lekarz jest typem który słucha dłużej czy raczej sprawnie zamknął kilka twoich pytań?
To jest uczciwe. Przy tak napiętych wizytach trudno oczekiwać filozoficznej dyskusji. W takim razie — jeśli miałabyś powiedzieć jedno zdanie, to powiedziałabym coś w stylu 'pracuję też na swoim nastawieniu poza wizytami, czy jest coś na co powinienem zwrócić uwagę'. To zostawia mu drzwi otwarte, ale nie wymaga od niego rozbudowanej odpowiedzi. Odpowiedź 'niech pani uważa' jest też odpowiedzią — przynajmniej wie i nie jest zaskoczony.
