Chciałam zapytać o coś, co mnie ostatnio nurtuje. Zaczęłam stosować afirmacje na zdrowie - powtarzam sobie każdego ranka kilka zdań o tym, że moje ciało jest silne i leczy się samo. Mam przy tym jedno duże pytanie: czy to może w jakiś sposób wspierać leczenie, które prowadzi lekarz? Nie chodzi mi o zastąpienie leków, tylko o takie... dopełnienie. Czy ktoś to stosował razem z normalnym leczeniem i miał z tego coś konkretnego?
To jest bardzo sensowne rozróżnienie, które robisz - między zastępowaniem a dopełnianiem. W pracy z czakrami często spotykam się z podobnym pytaniem. Ciało ma warstwy - fizyczną i energetyczną. Medycyna trafia w fizyczną, afirmacje działają na poziomie przekonań i energii. Jedno nie wyklucza drugiego. Pytanie brzmi raczej: w jakim stanie jest twój układ nerwowy, bo to on pośredniczy między tymi dwoma poziomami. Mam jednak pytanie do ciebie - jak długo to stosujesz i czy zauważyłaś jakąkolwiek zmianę, choćby małą, w samopoczuciu?
Dorzucę coś z innej strony. Mam dość długie doświadczenie z medytacją i czakrami i patrząc na to z perspektywy bioenergii - afirmacja to nie tylko słowa. To intencja skierowana do konkretnych obszarów ciała. Czakra splotu słonecznego reguluje między innymi układ trawienny i odpornościowy. Jeśli afirmacje pomagają utrzymać tę czakrę aktywną i niezablokowaną, to fizyczne skutki są jak najbardziej realne. Nie zamiast leków - razem z nimi.
A jak właściwie rozróżnić, czy afirmacja działa na poziomie energetycznym, czy to po prostu efekt placebo? Pytam serio, nie ironicznie. Bo słyszałem różne opinie i nie wiem, jak to od siebie odróżnić.
Zgadzam się z Arbogim co do zasady, ale chce dodać ważną rzecz praktyczna. Afirmacje zdrowotne najlepiej działają kiedy są konkretne i wiarygodne dla osoby która je stosuje. Jak ktoś powtarza 'jestem całkowicie zdrowa' a czuje ból - to umysł to odrzuca, bo jest sprzeczność z rzeczywistością. Lepiej stosować zdania w stylu 'moje ciało robi wszystko co może żeby mi pomóc' albo 'każdego dnia czuję się trochę lepiej'. To jest do przyjęcia przez podświadomość.
Zmień brzmienie, ale nie rezygnuj z praktyki. Miroslawa.pl ma rację w tym, że podświadomość rejestruje dysonans. Mózg nie lubi sprzeczności i potrafi odrzucić afirmację zanim jeszcze zdążysz ją przetworzyć. Natomiast nie wpadaj w panikę - kilka tygodni pracy z niedopasowaną afirmacją to nie katastrofa. Po prostu skalibruj przekaz. Spróbuj czegoś w rodzaju: 'moje ciało zna drogę do zdrowia i podąża nią każdego dnia'. To jest i pozytywne, i prawdziwe jednocześnie.
Wchodzę w ten wątek, bo pracuję z afirmacjami od dłuższego czasu i mam jedno spostrzeżenie, którego tu jeszcze nie widzę. Mówicie o treści afirmacji, ale nie o porze i stanie, w jakim się je wykonuje. Afirmacja powiedziana mechanicznie, na odczepnego, między jednym a drugim zadaniem - ma zupełnie inną siłę niż ta sama afirmacja powiedziana po pięciu minutach spokojnego oddechu, w ciszy, tuż po przebudzeniu. Stan relaksacji otwiera dostęp do podświadomości. Treść to jedno, ale kontekst to drugie.
Wchodzę, bo mam trochę inne zdanie niż większość tutaj. Afirmacje zdrowotne to nie jest złe sposób... przepraszam, zły sposób pracy - ale widzę w tym wątku pewne uproszczenie. Mówicie o nich jakby działały na każdą chorobę tak samo. A to nieprawda. Przy stanach przewlekłych, autoimmunologicznych, przy chorobach nowotworowych - podejście 'moje ciało się leczy' może być naprawdę szkodliwe, bo zwalnia czujność i opóźnia szukanie pomocy medycznej. Znacie kogoś, kto przez nadmierne zaufanie do afirmacji zaniedbał leczenie?
Słucham tej rozmowy i mam takie podstawowe pytanie, może głupie. Ile razy dziennie trzeba te afirmacje powtarzać, żeby miały jakiś sens? Bo czytałem różne rzeczy - jedni piszą trzy razy, drudzy sto razy, a jeszcze inni że wystarczy raz ale z pełnym przekonaniem. Kto ma rację?
Czytam to wszystko i jedna rzecz mi nie daje spokoju. Mówicie o podświadomości, o stanie alfa, o czakrach - ale czy jest jakiś sposób, żeby w ogóle stwierdzić, że afirmacja zadziałała na zdrowie a nie po prostu choroba przeszła sama? Jak odróżnić te dwie sytuacje? Bo jeśli nie można tego odróżnić, to skąd pewność, że to nie jest przypadek?
Zgadzam się z Klimcią, ale powiem tez z własnego doświadczenia - miałam dość poważny problem z tarczycą rok czy dwa lata temu i stosowałam afirmacje równolegle z leczeniem endokrynologicznym. Lekarze robić swoje, ja swoje. Nie twierdzę ze to afirmacje mnie wyleczyły, ale byłam spokojna, mniej się bałam i chyba przez to lepiej odpowiadałam na leki. Mój lekarz nawet zapytał co robię bo postęp był szybszy niż się spodziewał. Nie wiem czy to zbieg okoliczności ale nie żałuję.
A czy ktoś tu kiedyś przestał stosować afirmacje i zauważył że cofnął się do wcześniejszego stanu? Bo zastanawiam się, czy to jest praca jednorazowa, czy coś, co trzeba robić właściwie bez końca żeby efekty się utrzymały.
Przepraszam że wejdę z boku, ale mam pytanie trochę od strony praktycznej. Czy afirmacje zdrowotne można mówić na głos czy tylko w myślach? Bo mieszkam z rodzina i czułabym się głupio gdyby ktoś to usłyszał, więc może są jakieś inne metody?
Wracam do wątku bo przez całą tę rozmowę zaczęłam inaczej myśleć o tym co robiłam. Zmieniłam swoje afirmacje tak jak tu radziliście - usunęłam 'jestem całkowicie zdrowa' i zastąpiłam czymś w stylu 'moje ciało ma zasoby żeby się regenerować'. I wiecie co - już samo ich mówienie jest inne. Nie muszę walczyć sama ze sobą żeby w to uwierzyć. Mam pytanie do tych co praktykują dłużej - czy to normalne że samo przeformułowanie afirmacji zmienia odczucia już przy pierwszym powiedzeniu?
Dominiczka.ka, to ciekawe że sama to zauważyłaś - że zmiana sformułowania zmieniła coś w odbiorze. Bo tu jest właśnie sedno całej dyskusji o afirmacjach przy zdrowiu. Nie chodzi o to żeby coś sobie wmówić, tylko żeby przestać sobie zaprzeczać. Pytanie tylko - czy po tej zmianie coś konkretnie poczułaś, czy bardziej chodziło o to, że przestałaś się czuć źle z tymi słowami?
To co opisujesz - odpuszczenie napięcia - może być ważniejsze niż sama treść afirmacji. Chroniczne napięcie wokół choroby, takie ciągłe monitorowanie 'czy już lepiej, czy jeszcze nie lepiej' potrafi samo w sobie podtrzymywać problem. Afirmacja może tu działać nie tyle jako przekaz, co jako przerwa w tym zapętleniu. Ale to mnie zastanawia - czy wy rozróżniacie afirmacje skupione na ciele od tych skupionych na procesie zdrowienia? Bo to chyba nie jest to samo.
A mnie zastanawia coś innego. Skoro afirmacje przy zdrowiu mają być uzupełnieniem, a nie zamiennikiem leczenia, to jak w ogóle wiadomo że to afirmacje cokolwiek zrobiły, a nie po prostu leczenie? Czy da się to w ogóle rozróżnić?
Zgadzam się z Klimcia i dodam jeszcze jedno. Ten mechanizm obwiniania samego siebie za brak efektów - 'nie wyzdrowiałem bo myślę negatywnie' - to jest chyba najgorsza rzecz jaka może się stać z pracy z afirmacjami. Osoba chora nie potrzebuje dodatkowego poczucia winy. Widziałam to i to naprawdę robi krzywdę.
To co Miroslawa.pl i Klimcia opisują to jest znany problem w środowiskach self-help - tzw. victim blaming wbudowany w system. Twoje życie jest złe bo za mało się starasz, twoja choroba trwa bo masz zły mindset. To jest odwrócenie logiki i wygodne dla tych, którzy sprzedają te systemy, bo nieważne co się stanie - winny zawsze jest klient. Afirmacje same w sobie nie są złe, ale ten sposób myślenia wokół nich potrafi być szkodliwy.
Ale jak w takim razie używać afirmacji żeby nie wpaść w tę pułapkę? Bo z jednej strony mówicie że pomagają, z drugiej że mogą zaszkodzić. Trochę się gubię.
Ja mam takie pytanie praktyczne. Czy afirmacje przy zdrowiu powinny być robione o konkretnej porze dnia? Słyszałam ze rano jest najlepiej bo umysl jest bardziej otwarty ale nie wiem czy to coś znaczy.
A jak długo ty to robisz? Bo zastanawiam się czy kilka tygodni to za mało żeby poczuć różnicę, czy to kwestia miesięcy.
Ja chyba z cztery miesiące, ale nie liczyłam dokładnie. Na początku robiłam bardzo nieregularnie, raz na kilka dni. Dopiero ostatnio weszło mi to w nawyk i dopiero wtedy poczułam że coś się zmienia - ale bardziej w głowie niż fizycznie.
To ciekawe co mówisz o regularności. Mam wrażenie że większość osób rzuca afirmacje właśnie przez nieregularność, a potem mówią że 'nie działają'. Ale żeby być precyzyjnym - co konkretnie zmieniło się w głowie? Bo to jest chyba sedno tej dyskusji.
To co opisujesz brzmi jak zmiana w reakcji na stres, nie na samą chorobę. I to jest akurat realistyczny obszar działania afirmacji. Pytanie, czy zauważyłaś że to przekłada się jakoś na sam przebieg leczenia, czy pozostaje na poziomie samopoczucia?
A można w ogóle mieszac afirmacje z medytacja? Czy to nie jest za dużo naraz i się nie gryzą ze sobą?
Wracając do tego co mówiła Klimcia o pułapce - skąd w ogóle wiadomo że się w nią wpada? Czy jest jakiś znak, że zaczynam traktować afirmacje zbyt serio jako leczenie, a nie wsparcie?
