To brzmi jakby afirmacje działały tylko na tych co już wierzą w to co mówią. A co z tymi którzy mają głęboki sceptycyzm? Szczególnie jeśli chodzi o zdrowie psychiczne i rodzinę — tam sceptycyzm jest chyba naturalny.
Ta forma 'być może' to jest coś czego w żadnej książce nie widziałam. Wszystkie piszą żebyś mówił z pełnym przekonaniem bo inaczej nie zadziała. I właśnie to mnie blokowało przez długi czas, bo tego przekonania po prostu nie miałam.
Właśnie i to jest jeden z największych błędów w popularnym podejściu do afirmacji. Zakładanie że musisz czuć przekonanie zanim zaczniesz to jest odwrócenie kolejności. To jest tak jakbyś miała czuć że umiesz pływać zanim wejdziesz do wody. Przekonanie przychodzi przez powtarzanie, nie przed nim — i dlatego te formy miękkie, otwarte, bez wymogu pewności mają sens szczególnie na początku.
A czy ktoś miał doświadczenie z tym, że afirmacja w pewnym momencie wywołała coś trudnego — nie spokój, tylko jakiś stary lęk który nagle wypłynął? Pytam bo czytałam że to może się zdarzać i zastanawiam się czy to jest coś do zatrzymania czy raczej znak że coś się ruszyło.
A czy ktoś miał doświadczenie z tym, że afirmacja w pewnym momencie wywołała coś trudnego — nie spokój, tylko jakiś stary lęk który nagle wypłynął? Pytam bo czytałam że to może się zdarzać i zastanawiam się czy to jest coś do zatrzymania czy raczej znak że coś się rusza.
Mnie też to spotkało kilka tygodni po tym jak zaczęłam. Używałam afirmacji dotyczących dziedziczności i nagle wyskoczył mi taki lęk że jest nie do zniesienia, siedział ze mną chyba dwa dni. Nie wiedziałam czy kontynuować. Skończyłam na tym że zrobiłam sobie przerwę i zmieniłam afirmację na coś znacznie łagodniejszego. I dopiero wtedy poczułam że cokolwiek w ogóle działa.
To co opisujesz to jest właśnie dobra decyzja, nawet jeśli nie wiedziałaś że jest dobra. Wiele osób uczy się na własnej skórze że pracując z tematem zdrowia psychicznego i rodzinnej historii tempo ma ogromne znaczenie. Zbyt szybko, zbyt głęboko naraz — i dostajemy od układu nerwowego odpowiedź której nie oczekiwaliśmy. Twój instynkt żeby zwolnić był trafny.
A czy to nie jest przypadkiem tak że samo skupianie się na 'rodzinnej historii chorób' w afirmacji jest błędem? Tzn. wprowadzamy ten temat do świadomości i może dlatego lęk się nasila, bo afirmacja de facto cały czas przypomina nam o tym czego się boimy?
Czytałam że w ogóle najlepsza metoda to afirmacje pisane ręcznie, bo angażuje to więcej obszarów mózgu niż mówienie. Podobno przy rodzinnych traumach to ważne bo zapis zostaje bardziej.
A co z nagrywaniem własnego głosu i słuchaniem? Bo słyszałam że słuchanie siebie samej ma inne działanie niż mówienie do siebie na żywo. Ktoś to robił?
Wracając do tego co pisała Teofilka — ta zmiana na łagodniejszą afirmację po trudnym doświadczeniu to jest coś co rzadko pojawia się w popularnych opisach tej praktyki. Zazwyczaj mówi się 'wytrwaj' albo 'to znaczy że działa'. Ale wytrwanie w czymś co nas destabilizuje przy wrażliwości wynikającej z rodzinnego kontekstu to może być naprawdę zły pomysł.
No ale skoro tak ostrożnie to czy afirmacje w ogóle mają sens dla takich osób? Bo z tej rozmowy wyłania mi się obraz że trzeba tyle uważać, tyle modyfikować, tyle obserwować — to ile czasu zostaje na samą praktykę?
To jest właśnie to czego mi brakowało na początku. Myślałam że afirmacja musi dotykać sedna problemu żeby cokolwiek zmieniła. A tymczasem może być że zaczniesz od czegoś prawie banalnego i to buduje jakiś fundament pod trudniejsze rzeczy.
I to jest chyba jedna z ważniejszych rzeczy które padły w tym wątku. Afirmacje jako budowanie od małych pewników, nie jako szturmowanie największego lęku na raz. Przy rodzinnej historii chorób to ma szczególne znaczenie bo ta historia często siedzi bardzo głęboko i próba dotknięcia jej od razu może skończyć się właśnie tym co opisałaś — reakcją której nie spodziewałaś się i nie wiedziałaś jak obsłużyć.
A wracając do tego co mówił Seba86 o budowaniu od małych pewników — czy to znaczy że np. przez pierwszy miesiąc w ogóle nie dotykamy tematów rodzinnych i pracujemy tylko na takich neutralnych afirmacjach? Pytam bo nie bardzo wiem jak długo trzymać się tego 'bezpiecznego' zakresu.
Ja miałam dokładnie ten wariant co Faustynka — sen lepszy, dzień gorszy. I faktycznie miałam ochotę wracać, więc zostałam przy praktyce tylko trochę skróciłam czas. Z perspektywy czasu myślę że to była dobra decyzja, chociaż tamten okres był trudny.
A jak skróciłaś czas to masz na myśli że np. robiłaś afirmacje krócej, mniej razy dziennie czy coś innego?
I to jest dużo mądrzejsze podejście niż całkowita przerwa, bo przerwa często powoduje że trzeba zaczynać od początku pod każdym względem — i motywacyjnie, i pod kątem tego że ciało i umysł musiały się na nowo przestawić. Mała dawka utrzymuje ciągłość.
Czytałam że przy traumach dziedzicznych w ogóle najlepiej pracować z afirmacjami podczas pełni bo wtedy energia jest najwyższa i afirmacja głębiej wchodzi. Ktoś to stosował?
Mam inne pytanie do całej rozmowy. Tyle mówimy o ostrożności i modyfikacjach — ale czy ktokolwiek miał tutaj pozytywne doświadczenie z afirmacjami w tym konkretnym kontekście? Tzn. nie 'udało mi się nie zaszkodzić' tylko naprawdę coś się zmieniło na lepsze?
To ciekawe że właśnie takie afirmacje bez 'jestem' mogą być skuteczniejsze. Mam pytanko — czy to znaczy że unikamy słowa 'jestem' w ogóle, czy tylko przy trudnych tematach?
