Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że dla wielu osób problem nie leży w samej afirmacji, tylko w tym, że nigdy nie ćwiczyły myślenia o sobie poza kontekstem cudzych oczekiwań. Sama przez długi czas nie umiałam odpowiedzieć na pytanie, czego chcę, bez poprzedzania tego słowem 'ale'. Czy ktoś miał podobnie?
To, co opisuje Adept, jest dla mnie ciekawe, bo podobnie rozpoznaję, czy dana afirmacja ma sens na danym etapie. Jak zdanie brzmi sztucznie nawet we własnej głowie, to dla mnie sygnał, że skok jest za duży. Wtedy szukam czegoś bliższego. Nie 'jestem pewna siebie', tylko 'uczę się słuchać siebie'. To drugie czuję jako prawdę, pierwsze jako życzenie.
A czy to znaczy, że afirmacje powinny opisywać to, co już trochę jest, a nie to, do czego dążymy? Bo ja myślałam, że chodzi właśnie o cel, o to, czym chcemy być.
To trochę zmienia moją perspektywę. Myślałam, że robię coś źle, bo afirmacje nie działają, a może po prostu wybrałam za duże zdania na za wczesny etap. Czy ktoś próbował zaczynać od bardzo małych, niemal oczywistych stwierdzeń i stopniowo je zwiększać?
Dobra, to mam jedno praktyczne pytanie: jak długo pracować z jednym zdaniem, zanim przejść do mocniejszego? Bo obawiam się, że albo za szybko zmienię, albo utknę w miejscu z tym samym zdaniem przez miesiące.
Zastanawiam się, czy dla kogoś takiego jak ja, kto przez lata dostosowywał się do rodziny, te okienka w ogóle się pojawią. Czy jest jakiś punkt, od którego zaczyna się robić łatwiej? Bo teraz każda sytuacja z rodzicami to jest dla mnie taki duży wydatek emocjonalny, że nie wiem, czy mam zasoby na jeszcze afirmacje.
Słucham tej rozmowy o zasobach i przypomina mi się, że zanim zacznę jakąkolwiek pracę z runami, sprawdzam swój stan. Robiłam raz runiczną pracę intencyjną przy silnym wyczerpaniu i intencja była rozmazana, wyniki nieczytelne. Może z afirmacjami jest podobnie, że stan, w którym je tworzysz i powtarzasz, ma znaczenie?
Ja próbowałam różnych pór i ostatecznie wyszło mi, że najlepiej działa moment po jakiejś drobnej aktywności fizycznej, spacer, parę minut rozciągania. Głowa jest wtedy spokojniejsza, a zdania brzmią bardziej wiarygodnie. Nie wiem, czy to fizjologia, czy skojarzenie, ale efekt jest.
Czytam i zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle kiedykolwiek byłam w odpowiednim stanie, żeby afirmacje mogły zadziałać. Zawsze robiłam to w pośpiechu, między obowiązkami. Czy to znaczy, że przez ten czas zmarnowałam ten czas całkowicie?
To, co Freja_R opisuje, przypomina mi moje początki z medytacją. Też były okresy, gdy siadałam i nic nie docierało. Odkryłam, że krótsze sesje robione regularnie dawały więcej niż dłuższe robione ze zgrzytem. Przy afirmacjach mam podobne odczucie, trzy zdania z uwagą lepiej niż dwadzieścia z automatyzmu.
Mam pytanie do całej rozmowy, bo trochę się pogubiłam. Czy zaczęłyście od jednej afirmacji, kilku, całego zestawu? Bo wszędzie czytam co innego i nie wiem, od czego rozsądnie zacząć, szczególnie gdy chodzi o tę presję ze strony rodziny.
