Siedzę od jakiegoś czasu z tematem afirmacji i presji otoczenia, bo sama przez to przeszłam. Moja rodzina ma bardzo konkretne zdanie na temat tego, jak powinnam żyć, gdzie pracować, z kim się spotykać. I przez długi czas afirmacje nic nie dawały, bo każdego wieczoru powtarzałam 'jestem wolna i idę własną drogą', a każdego ranka odbierałam telefon od mamy z kolejnym komentarzem. Zaczęłam się zastanawiać, czy problem leży w samych afirmacjach, czy w tym, że pracuję tylko z jedną warstwą - słowną - a zupełnie pomijam przekonania. Czy ktoś miał podobne doświadczenie? Że afirmacje działają, ale tylko do momentu, kiedy wchodzisz w kontakt z osobami, które wywierają tę presję?
To, co opisujesz, brzmi znajomo. Przez długi czas myślałem, że afirmacje to kwestia częstotliwości powtarzania. Im więcej razy, tym lepiej. Ale to chyba nie jest takie proste. Mnie pomogło dopiero wtedy, gdy zacząłem łączyć afirmacje z czymś, co nazywam 'kotwiczeniem' - konkretnym stanem ciała w momencie wypowiadania. Nie wiem, czy to ma ezoteryczne uzasadnienie, czy czysto psychologiczne, ale różnica była odczuwalna. Problem z presją rodzinną jest taki, że ona działa na warstwie emocjonalnej, nie intelektualnej. Afirmacja wypowiedziana 'na sucho' trafia w intelekt, a presja omija go zupełnie.
Ja mam tak samo z teściową. Powtarzam sobie codziennie rano, że jestem silna i wiem, czego chcę, ale jak ona zadzwoni, to wszystko się sypie. Co to znaczy, że afirmacja działa 'na sucho'? Nie rozumiem tego wyrażenia, przepraszam. Czy chodzi o to, że nie czujemy tego, co mówimy?
Ale tu jest jedno ryzyko, które widzę w tym podejściu. Jeśli do afirmacji trzeba 'wypracować' odpowiedni stan emocjonalny, to dla osoby, która jest głęboko w presji społecznej i czuje się źle, to może być niemożliwe. Wchodzi się w błędne koło - żeby afirmacja działała, musisz się dobrze czuć, ale żeby się dobrze czuć, potrzebujesz afirmacji. Jak to rozwiązać? Bo Wozka90 opisuje sytuację, którą znam z autopsji i to jest właśnie ten pat.
To, co opisujesz, Wozka90, jest zgodne z tym, jak rozumiem pracę z przekonaniami. Duże afirmacje często aktywują coś, co można nazwać wewnętrznym krytykiem - część nas, która natychmiast wyłapuje niezgodność między tym, co mówimy, a tym, co czujemy lub wiemy o sobie. I ta część ma głos bardzo podobny do głosu tych osób, które wywierają presję. Więc zamiast ją uciszać silnymi stwierdzeniami, może lepiej ją najpierw zapytać, skąd pochodzi ten opór. Adept, mam do ciebie pytanie - to 'kotwiczenie' stanu ciała, o którym piszesz, jak to u ciebie konkretnie wyglądało?
Czytam wątek i mam pytanie, może naiwne, ale skąd w ogóle wiadomo, że to afirmacje pomogły, a nie po prostu czas albo zmiana okoliczności? Nie podważam, serio pytam, bo sama zaczęłam powtarzać sobie kilka zdań rano i nie wiem, jak ocenić, czy to robi różnicę.
Słuchajcie, ja pracuję głównie z runami, ale temat presji społecznej jest mi bardzo bliski. Kiedy zaczęłam budować własną praktykę i otoczenie to krytykowało, próbowałam różnych afirmacji. Co mi faktycznie pomogło, to połączenie afirmacji z Raido - runą drogi i ruchu. Nosiłam przy sobie kamień z wyrytą runą i to był dla mnie fizyczny punkt odniesienia. Ale mam pytanie do osób, które mają dłuższą praktykę z afirmacjami - czy ma znaczenie pora dnia? Rano kontra wieczór?
Przepraszam, że wchodzę, bo jestem tu nowa w temacie afirmacji. Mam pytanie może podstawowe - czy afirmacje trzeba mówić głośno, czy można tylko w myślach? I czy ma znaczenie, czy mówimy do lustra? Gdzieś słyszałam, że lustro wzmacnia efekt, ale nie wiem, skąd to pochodzi.
Ja próbowałam z lustrem i czułam się głupio. Śmiałam się sama do siebie i kompletnie nie mogłam tego traktować serio. Czy to znaczy, że ta metoda po prostu nie dla mnie, czy powinnam to jakoś przezwyciężyć? Może to też jest rodzaj oporu przed zmianą?
Wracając do głównego tematu, bo trochę odeszliśmy od kwestii presji społecznej. Mnie zawsze zastanawia jedno: jak afirmacje mają pomagać w niezależności, kiedy sama ich treść jest często przejęta od kogoś innego - z książki, z internetu? Nie jest to trochę ironiczne, że budujemy niezależność cudzymi słowami? Albo jest w tym jakaś logika, której nie widzę?
Słucham tej rozmowy i myślę, że brakuje tu jednego wątku - kontekstu, w którym ta presja społeczna działa. Bo mam wrażenie, że rozmawiamy o afirmacjach jak o czymś, co działa w próżni. A presja ze strony rodziny to coś innego niż presja środowiska zawodowego, presja partnera, presja kulturowa. Czy te same afirmacje sprawdzają się przy każdym rodzaju presji, czy to jednak wymaga różnych podejść? Pytam, bo sama pracowałam nad niezależnością w kilku różnych obszarach jednocześnie i efekty były bardzo różne.
Bo presja zawodowa ma inną dynamikę niż rodzinna. W pracy możesz zmienić pracę. Rodziny nie zmieniasz. I to, co działa jako afirmacja w jednym kontekście, może być zupełnie nieskuteczne w drugim. Ktoś mi kiedyś powiedział, że afirmacje to nie plastry na każdą ranę - i chyba o to właśnie chodzi. Mam wrażenie, że w tym wątku mieszamy dwie różne sprawy: budowanie wewnętrznej niezależności i radzenie sobie z konkretnymi sytuacjami presji. To nie jest to samo.
Słuchając was, zaczynam myśleć, że może problemem nie jest sama afirmacja, tylko to, czego oczekujemy od niej. Jeśli ktoś traktuje afirmację jak zaklęcie, które zmieni zachowanie konkretnej osoby wokół niego, to zawiedzie się. Ale jeśli traktuje ją jak coś, co zmienia jego własny punkt startowy w danej sytuacji, to może działać. Mam rację? Czy to uproszczenie?
A czy ktoś wie, czy jest jakaś różnica między powtarzaniem afirmacji codziennie przez dwa tygodnie a robieniem tego trzy razy dziennie? Pytam, bo nie wiem, czy chodzi o częstotliwość w ciągu dnia, czy o to, żeby był ciągły rytm przez wiele dni. Trochę się w tym gubię.
Chcę wrócić do tego, co pisała Fela73 o różnych kontekstach presji. Zastanawiam się nad czymś konkretnym: czy ktoś z was miał sytuację, gdzie afirmacje działały wyraźnie w jednym obszarze, a w innym kompletnie nie? U mnie tak było z pracą i z rodziną - w pracy szło, z rodziną utykałam. I dopiero jak zaczęłam układać osobne zdania pod każdy z tych kontekstów, coś zaczęło się zmieniać.
Dokładnie to mam na myśli i cieszę się, że to piszesz. U mnie podobnie - generyczne zdanie o niezależności nie działało. Ale jak zaczęłam formułować bardziej konkretnie, na przykład: 'moje zdanie ma taką samą wagę jak zdanie moich rodziców w kwestiach, które dotyczą mojego życia', to coś zaczęło drgać. Konkretność ma znaczenie. Czy ktoś inny pracował w ten sposób?
Słucham całej tej rozmowy i mam pytanie trochę z boku. Czy te afirmacje, o których mówicie, są jakoś związane z intencjami, które się ustawia na przykład w rytuale? Bo gdzieś słyszałam, że to podobna energia, tylko inaczej nazwana. Czy to jest ten sam mechanizm?
Chyba z jakiegoś tekstu o księżycowych intencjach. Że na przykład w nów pisze się zamiar i powtarza codziennie przez miesiąc. I to brzmiało jak afirmacja, tylko osadzona w rytmie. Może to inna rzecz, tylko mi się skojarzyło?
To skojarzenie Oraklia51 jest ciekawe, bo pokazuje coś, o czym rzadko się tu mówi wprost: że forma ma znaczenie dla tego, jak traktujemy dane słowa. Ta sama treść jako afirmacja brzmi inaczej niż jako rytualna intencja. Może to jest część odpowiedzi na pytanie, dlaczego jedni wolą mówić do lustra, inni pisać, a jeszcze inni łączyć z jakąś symboliką. Chodzi o to, żeby nadać temu wagę w sposób, który ma sens dla konkretnej osoby?
Właśnie o to chciałem zapytać, bo u mnie był taki moment, gdzie zmieniałem za szybko. Pisałem, potem nagrywałem, potem głośno mówiłem rano. I nie wiedziałem, co zadziałało, bo wszystko miksowałem na raz. Dopiero jak usiadłem przy jednej metodzie przez dłuższy czas, zacząłem widzieć coś konkretnego.
A jak w ogóle wiadomo, że to przez afirmacje, a nie po prostu przez to, że czas minął i coś się zmieniło samo? Nie podważam, po prostu nie rozumiem, jak to odróżnić.
To, co mówi Arnold59, jest ważne, bo pokazuje granicę tej praktyki. Afirmacje przy presji społecznej mogą pomagać, ale trudno udowodnić, że to one są przyczyną. Może być też tak, że zaczęłaś je powtarzać w momencie, kiedy byłaś już gotowa na zmianę. Jedno wspiera drugie, ale co było pierwsze, trudno rozstrzygnąć.
Wracam do wątku konkretnych afirmacji przy presji rodzinnej, bo chcę zapytać o coś, co mi od jakiegoś czasu leży. Czy ktoś z was próbował afirmacji, które nie mówią o sobie w pierwszej osobie, tylko o relacji? Nie 'jestem niezależna', ale 'moje granice są ważne w tej relacji'. Zastanawiam się, czy to działa inaczej.
Próbowałam i dla mnie działało słabiej. Kiedy piszę o relacji, to jakoś mentalnie wypatruję potwierdzenia u drugiej osoby, a tej osoby nie kontroluję. Wracam do pierwszej osoby właśnie po to, żeby skupić się na sobie, a nie na tym, czy tamta strona to 'uznaje'.
Słucham tej dyskusji o formie i mam wrażenie, że brakuje tu jeszcze jednego elementu. Kiedy pracuję z runami przy wzmacnianiu granic, zawsze zwracam uwagę na to, czy intencja jest zakorzeniona w tym, czego chcę, czy w tym, przed czym uciekam. Afirmacja 'jestem niezależna od czyjejś oceny' brzmi jakby ta ocena była punktem odniesienia. Może lepsze jest zdanie, które wcale jej nie wymienia?
To, co mówi Freja_R, jest bliskie temu, o czym pisała Madzialena_F wcześniej o formie. Ale mam pytanie do obu: czy to znaczy, że afirmacje z negacją, te ze słowem 'nie', są z góry słabsze? Bo widziałam dużo przykładów w stylu 'nie boję się oceny innych' i zawsze coś mi w tym zgrzytało, ale nie umiałam powiedzieć dlaczego.
To, co napisała Madzialena_F o negacji, zaskoczyło mnie. Zawsze myślałam, że jak powiem sobie 'nie boję się', to mózg to przetwarza jak normalne zdanie. Czyli rozumiem, że to tak nie działa?
