Hej, mam pytanie które mnie gryzie od jakiegoś czasu. Mówię bardzo szybko, zawsze tak miałam, rodzina mi mówi że trzeba mnie nagrywać żeby zrozumieć co gadam 🙂 i zastanawiam się czy to przeszkadza w afirmacjach. Bo widziałam różne filmiki gdzie ludzie mówią je powoli, z pausami, prawie jak mantry. A ja jak próbuję to samo, to mi wychodzi jak recytacja tabliczki mnożenia przed sprawdzianem. Czy to w ogóle ma znaczenie, w jakim tempie się mówi afirmacje? Może ktoś miał podobnie?
Ja też mówię szybko i zastanawiałam się nad tym samym. Próbowałam zwalniać, ale po kilku zdaniach wracałam do swojego tempa. Ostatecznie machnęłam ręką i mówię jak mi wychodzi. Efekty podobne jak wcześniej, więc może tempo aż tak bardzo nie robi różnicy?
Z mojej praktyki - tempo mówienia samo w sobie nie jest decydujące, ale wpływa na coś, co jest decydujące, czyli na oddech i na stan ciała w trakcie. Jak mówisz za szybko, oddech robi się płytki i piersiowy, ciało zostaje w trybie gotowości zamiast przejść w tryb odbioru. Afirmacja wypowiedziana zbyt szybko trafia do umysłu analitycznego, który ją ocenia i kwestionuje, zamiast do głębszych warstw. Przynajmniej tak to u mnie działa.
Szczerze, mam podobny problem co Azalia_D, ale moje pytanie jest trochę inne. Skoro afirmacje mają zmieniać przekonania, to czy to nie jest ważniejsze CO mówimy niż JAK szybko? Bo wydaje mi się, że skupianie się na tempie to może uciekanie od właściwego problemu, czyli od tego czy naprawdę w te słowa wierzysz.
Słucham tej dyskusji z ciekawością, bo sama zaczęłam niedawno z afirmacjami. Mam pytanie może naiwne, ale czy jest jakaś różnica między mówieniem afirmacji na głos a myśleniem ich? Bo jak mówię głośno, to automatycznie trochę zwalniam, a w głowie lecą mi z prędkością światła.
Tu wrócę do tego co pisał Tytus00 o oddechu, bo to jest według mnie klucz. Znam technikę gdzie przed każdą afirmacją bierze się jeden głęboki wdech przez nos i wydech przez usta. To naturalnie wymusza pauzę i spowalnia całość bez wysiłku woli. Próbowałaś Azalia czegoś takiego?
tak, to kwestia przyzwyczajenia. Na początku rzeczywiście trzeba bardziej pilnować, ale po kilku dniach oddech staje się bazą a nie dodatkowym zadaniem. Możesz zacząć od samego oddechu bez żadnych słów przez kilka minut, żeby ciało nauczyło się tego rytmu. Potem dołożyć słowa.
A czy ktoś próbował mówić afirmacje przy muzyce w tle? Nie wiem czy tempo muzyki mogłoby pomagać się synchronizować, bo słyszałam że przy runach używa się bębnów żeby wejść w odpowiedni stan. Może to podobna zasada?
Wracając do tego co Tytus00 mówił o stanie ciała, to jest coś w tym. Jak sam robię cokolwiek intencyjnie, czy to z kartami czy z afirmacjami, to zawsze zaczynam od chwili zatrzymania się. Nie chodzi o medytację godzinami, ale o te trzy minuty żeby faktycznie przestać być w biegu. Dla osób które mówią szybko to może być ten brakujący krok na początku, zanim w ogóle zaczną mówić.
Czytam ten wątek i mam takie wrażenie, że szybkie mówienie to może być symptom czegoś głębszego, czyli że umysł jest cały czas zajęty i nie odpuszcza. I wtedy afirmacja szybko wypowiedziana to jak wrzucenie kartki do pełnego kosza. Może problem nie jest w tempie samym w sobie?
Przepraszam że wchodzę z boku, bo jestem trochę z innej bajki jeśli chodzi o tematy. Ale to co mówi Walentynka i Tytus00 bardzo mi pasuje, chociaż nie, zaraz, miałam nie używać tego słowa. Chodzi mi o to że rozumiem to intuicyjnie. Mam pytanie praktyczne, czy afirmacje mówione cicho, prawie szeptem, też działają? Bo szept naturalnie wymusza wolniejsze tempo.
Dobra, próbowałam dziś wieczorem z szeptem i... to było dziwne w dobrym sensie. Automatycznie zwolniłam, bo musiałam kontrolować głos. Ale potem się zastanawiałam, czy to w ogóle ma sens jeśli szepczę, bo może mózg traktuje to inaczej niż pełny głos? Ktoś wie?
Szept działa, bo zmusza do skupienia, to po pierwsze. Po drugie, napięcie w gardle i krtani jest mniejsze przy szepcie, więc ciało siłą rzeczy mniej się spina. Jedyne zastrzeżenie jakie bym miał, to że długoterminowo szept może dawać inny efekt słuchowy niż pełny głos. Ale na etapie uczenia się zwalniania, jak najbardziej.
Mam pytanie z zupełnie innej strony. Czy szybkie mówienie może wynikać z tego, że gdzieś w środku człowiek nie wierzy w to co mówi i chce to jak najszybciej mieć za sobą? Bo u mnie tak trochę działało na początku. Jakiś taki wstyd albo zażenowanie przy powiedzeniu czegoś pozytywnego o sobie.
Okej, ale jak mam nie tłumić tego oporu, to co mam z nim zrobić? Zwolnić i po prostu siedzieć z tym zażenowaniem? Bo to brzmi niezbyt przyjemnie.
Zastanawiam się czy to nie jest podobne do tego co jest przy runach, jak ktoś recytuje ich nazwy bez przekonania. Też słyszałam że wtedy nic nie działa. Może we wszystkich praktykach działa ta sama zasada że tempo i intencja muszą iść razem?
Przepraszam że wracam do podstaw, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówicie że wolniejsze tempo pomaga bo człowiek jest bardziej obecny przy słowach. Ale czy to nie jest tak że jak bardzo staram się mówić wolno, to skupiam się na tempie a nie na treści? I wtedy też nie jestem przy słowach, tylko przy kontrolowaniu głosu.
Czyli de facto przed afirmacjami jest etap nauki oddechu, a dopiero potem afirmacje? To brzmi jak dużo roboty. Pytam wprost: ile dni mniej więcej mija zanim to się połączy w jedno?
A co z samą długością afirmacji? Bo mam wrażenie że jak afirmacja jest długa i skomplikowana, to szybkie tempo jest naturalne, bo umysł próbuje ją objąć całą. Może krótsze afirmacje łatwiej powiedzieć wolno i z przekonaniem?
wydaje mi się że tak, krótsze są łatwiej do zakotwiczenia. Jedna myśl, jedno zdanie, jeden oddech. Jak dajesz trzy rzeczy w jednym zdaniu to mózg przeskakuje między nimi i żadnej nie trzyma za długo. Chociaż nie jestem ekspertem od afirmacji, więc mówię to z pewną ostrożnością.
Wracając do długości afirmacji — to co pisała Walentynka wydaje mi się naprawdę ważne i trochę niedocenione. Sama przez długi czas używałam zdań złożonych i dopiero jak je skróciłam, poczułam że coś inaczej ląduje. Nie wiem czy to tylko efekt uwagi, ale różnica była wyraźna.
A czy to znaczy, że najlepsza afirmacja to taka, którą można powiedzieć na jednym wydechu, bez pośpiechu? Pytam bo to brzmi jak praktyczna zasada, którą można by zapamiętać.
Właśnie próbowałam na bieżąco z tą moją długą afirmacją i serio, musiałam przyspieszyć pod koniec żeby się zmieścić. Może to właśnie jest ten moment w którym tempo mi się wymykało i nawet nie wiedziałam dlaczego. Podzielę ją na trzy osobne zdania i spróbuję jutro.
To co opisuje Azalia_D jest interesujące bo sugeruje, że problem z tempem może wynikać po prostu ze struktury zdania, a nie z tego jak ktoś mówi na co dzień. Czyli może te osoby, które naturalnie mówią szybko, mają po prostu za długie afirmacje, a nie jakiś głębszy problem z oddechem czy sposobem bycia?
Mam jeszcze jedno pytanie bo mi to siedzi w głowie. Wszyscy mówimy o zwalnianiu, ale czy jest jakaś granica? Znaczy, czy można mówić zbyt wolno i to też jest problem? Bo jak sobie wyobrażam bardzo powolne recytowanie afirmacji, to brzmi trochę jak robienie sobie jaj z własnej głowy.
Przepraszam, że wejdę z boku, ale mam pytanie do całej tej dyskusji o trybach mówienia. Czy to nie jest przypadkiem tak, że im bardziej się skupiamy na tym jak mówimy, tym gorzej wychodzi? Trochę jak z chodzeniem, jak zaczniesz o tym myśleć, to się potkniesz.
A mi się nasuwa pytanie, które chyba jeszcze nie padło. Czy ktoś próbował nagrywać siebie podczas afirmacji i potem słuchać? Bo może problem z tempem jest inny niż nam się wydaje, że go słyszymy w czasie rzeczywistym.
