Mam takie pytanie, bo nie mogę znaleźć na to jasnej odpowiedzi. Chodzi o afirmacje, kiedy coś już częściowo masz, ale jeszcze nie w pełni. Na przykład – pracuję nad pewnością siebie i naprawdę czuję, że coś się zmieniło w porównaniu do roku temu. Ale jeszcze nie jestem tam, gdzie chcę być. Czy w takiej sytuacji afirmacje w czasie teraźniejszym ('jestem pewna siebie, czuję się silna') nie kłócą się z tym, co podświadomość wie, że jest nieprawdą? Bo czytałam, że jeśli umysł 'nie wierzy' w afirmację, to ona nie działa albo nawet działa odwrotnie. I nie wiem, jak to ugryźć, kiedy jestem gdzieś w połowie drogi.
To jest właśnie jeden z tych tematów, gdzie różne szkoły mówią zupełnie różne rzeczy i można się pogubić. Z mojego doświadczenia – ten problem z 'wewnętrznym oporem' jest realny. Sama miałam etap, kiedy powtarzałam 'jestem spokojna i zrównoważona' i gdzieś w środku coś krzyczało 'no nie jesteś'. Efekt był taki, że czułam się jeszcze gorzej, bo jakby kłamałam sama sobie. Zaczęłam wtedy eksperymentować z formą 'coraz bardziej jestem...' albo 'uczę się być...' i to o dziwo szło łatwiej. Ale nie wiem, czy to jest metodologicznie 'poprawne', czy po prostu moje własne obejście problemu. Może ktoś bardziej obeznany z tematem się wypowie, czy takie modyfikacje mają jakieś uzasadnienie?
Dołączam się, bo mam podobne dylematy. Słyszałam kiedyś, że afirmacja ma działać jak 'zaszczepienie przekonania', a nie jak życzenie. I że im bardziej jest konkretna, tym lepiej. Ale z drugiej strony widziałam też opinie, że zbyt szczegółowa afirmacja może ograniczać – że wtedy zamykasz się na inne drogi dojścia do celu. Nie wiem, które podejście jest bliżej prawdy. Malachitka, co o tym myślisz?
Dziękuję za ten wątek, bo dokładnie o to się pytałam sama siebie od tygodni i nie wiedziałam, jak to sformułować. Mam jedno pytanie do tego, co napisała Malachitka – czy ta zasada 'stanu wewnętrznego vs. zewnętrznego rezultatu' dotyczy wszystkich afirmacji, czy tylko tych procesowych? Bo np. słyszałam o afirmacjach na zdrowie i tam ludzie mówią 'jestem zdrowa', a to przecież i stan i rezultat naraz.
Wchodzę w temat, bo mam trochę inne doświadczenie. Przez jakiś czas pracowałam z afirmacjami na pewność siebie i na początku robiłam dokładnie to, o czym tu piszecie – modyfikowałam formy, żeby 'ominąć opór'. I faktycznie czułam mniejszy sprzeciw wewnętrzny. Ale po kilku tygodniach zauważyłam, że tkwię w tym samym miejscu. Że ta 'bezpieczna' forma stała się dla mnie wymówką, żeby nie stawiać sobie wymagań. W pewnym momencie wróciłam do czasu teraźniejszego i coś zaczęło się ruszać. Więc teraz myślę, że opór niekoniecznie jest wrogiem – może być sygnałem, że afirmacja dotknęła czegoś ważnego.
Czytam ten wątek i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy jeśli afirmacja 'nie trafia' do podświadomości, bo jest zbyt daleka od prawdy, to może zrobić jakąś szkodę? Pytam bo trochę się obawiam, że coś się 'pokręci' jeśli umysł dostaje sprzeczne sygnały przez dłuższy czas.
Wchodzę z boku, bo temat trochę mnie wciągnął mimo że raczej sceptycznie podchodzę do tych rzeczy. Ale mam konkretne pytanie – czy jest jakiś sposób żeby sprawdzić, czy afirmacja 'działa'? Bo jak mówi się o podświadomości i przekonaniach, to ciężko to zmierzyć. Skąd wiadomo, że zmiana nastąpiła z powodu afirmacji, a nie po prostu z upływu czasu albo z innych powodów?
Bardzo dziękuję za tę rozmowę, naprawdę dużo mi tu rozjaśniło. Mam jeszcze jedno pytanie które mnie nurtuje od początku – jak często powtarzać afirmacje, kiedy jesteśmy 'w połowie drogi'? Czytałam różne rzeczy, jedni mówią rano i wieczór, inni że ciągłe powtarzanie przez cały dzień jest lepsze. Czy częstotliwość ma znaczenie, czy ważniejsza jest jakość tej jednej chwili skupienia?
To co napisałaś na końcu, Malachitko, że pomijałam etap zauważania tego co już jest – to mi mocno zostało. Bo właśnie tak to wyglądało. Siadałam do afirmacji i mówiłam 'jestem pewna siebie', a jednocześnie gdzieś w tle miałam poczucie, że kłamię. I teraz się zastanawiam – te małe potwierdzenia, o których pisałaś, to coś co robisz przed afirmacją, po niej, a może w zupełnie oddzielnym momencie dnia?
Najlepiej przed. Dosłownie dwie, trzy chwile – przypomnij sobie konkretną sytuację, w której coś poszło lepiej niż miesiąc temu. Nie musisz tego rozpisywać. Chodzi o to, żeby podświadomość wchodziła w afirmację z dowodem, a nie z pustymi rękami. Sama afirmacja wtedy ma inne zakotwiczenie.
Słucham tej rozmowy i mam takie poczucie, że cały czas mówimy o pewności siebie jako przykładzie, ale chciałam zapytać o coś innego. Co z afirmacjami na rzeczy bardziej zewnętrzne, nie stan wewnętrzny? Na przykład ktoś ma pracę, ale szuka lepszej – czy 'mam pracę która mnie spełnia' to w ogóle uczciwa afirmacja, skoro tę obecną masz, a tej wymarzonej jeszcze nie?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to co napisała Malachitka o fragmentach – to chyba odpowiada też na moje wcześniejsze pytanie o zdrowie? Bo ja właśnie próbowałam afirmować 'jestem zdrowa' w całości i to nie wychodziło. Ale gdybym wzięła jeden konkretny aspekt, który naprawdę jest w porządku... Nie pomyślałam o tym w ten sposób.
Mam pytanie do tego wątku ze zdrowiem, bo to mnie też dotyczy. Czy afirmacje przy chorobach przewlekłych mają w ogóle sens? Pytam uczciwie, bo nie chcę sobie wmawiać czegoś, co tylko da złudzenie, że coś robię, a tak naprawdę nic się nie zmienia.
Rozumiem tę odpowiedź, ale mam tu pewien problem. Jak ktoś mówi, że afirmacje 'pomagają funkcjonować' – to jak odróżnić, że to właśnie one pomagają, a nie ogólnie pozytywne nastawienie, które i tak by się pojawiło? Bo to brzmi jakby można to przypisać wszystkiemu i niczemu jednocześnie.
Wracając do tego co mówiła Paprotka o pracy – mam podobny dylemat, tylko nie z pracą. Chodzi mi o relacje. Mam kontakt z ludźmi, ale chcę głębszych relacji. I nie wiem jak zbudować afirmację, która nie jest ani kłamstwem ani czystym życzeniem. 'Mam głębokie relacje' – nie mam. 'Buduję głębokie relacje' – może, ale jak to sprawdzić?
To jest chyba najtrudniejszy typ, bo relacje są zależne też od innych ludzi. Przy pewności siebie pracujesz tylko ze sobą. Przy relacjach zawsze jest ta druga strona. Ciekawi mnie, czy w ogóle afirmacje na coś, co zależy od innych, działają tak samo jak na stany czysto wewnętrzne.
Dziękuję za to Malachitka, bo to mi bardzo pomogło zrozumieć tamten wątek ze zdrowiem. Mam teraz pytanie z innej strony – czy afirmację można stosować na coś, co się dopiero zaczęło dziać? Jak na przykład ktoś zaczął nową pracę i chce się w niej ugruntować, ale jeszcze nie czuje się pewnie?
Ja to czuję tak, że afirmacje przy nowych sytuacjach działają bardziej jak kotwica niż jak zmiana. Nie zmieniają nic na zewnątrz, ale pomagają nie odpłynąć w spiralę wątpliwości. Przynajmniej u mnie tak to wyglądało kiedy zaczynałam nowe rzeczy.
To wraca do mojego pytania o relacje. Bo ja chyba właśnie to robiłam źle – zamiast afirmować coś konkretnego, co już jest, afirmowałam wynik. I potem to się ze mną nie spajało wewnętrznie, bo wynik jeszcze nie był faktem.
I to jest właśnie sedno tego wątku, który Renia otworzyła na początku. Pracujesz z tym, co masz, nie z tym, co chcesz mieć. To nie znaczy, że nie możesz dążyć dalej – ale punkt startowy afirmacji musi mieć grunt pod nogami.
Ale ile w takim razie trwa, zanim to działa? Bo czytam tu, że trzeba mieć grunt, kotwicę, właściwą formę – a ja po tygodniu nie czuję żadnej różnicy i zaczynam myśleć, że może po prostu to nie jest dla mnie.
Mam podobne pytanie do Guslarza, ale z trochę innej strony. Co jeśli afirmacja brzmi znajomo i naturalnie, ale sytuacja zewnętrzna się nie zmienia? Czy to znaczy, że praca działa tylko na poziomie wewnętrznym i tyle?
Potwierdzam ten kierunek. Afirmacja nie teleportuje cię do wyniku. Zmienia to, jak patrzysz, jak reagujesz, co zauważasz. A to z kolei może zmieniać decyzje i relacje. Ten łańcuch bywa długi i nie zawsze widoczny na bieżąco.
A co jeśli ta jedna relacja jest z kimś bardzo bliskim, na przykład z mamą, i nie wiadomo czy to coś o mnie mówi, czy po prostu ten człowiek by mnie kochał niezależnie od wszystkiego? Czy taki dowód w ogóle się liczy?
Właśnie o to mi chodziło na początku tego wątku. Ja afirmowałam 'mam dużo bliskich relacji' i to brzmiało pusto, bo tych relacji nie było. Ale kiedy zaczęłam myśleć o tym, co już jest – że potrafię słuchać, że ludzie mi ufają – to coś się zmieniło wewnętrznie. Nie wiem jeszcze czy na zewnątrz, ale w środku na pewno.
No dobra, ale skąd wiadomo, że ta zmiana wewnętrzna to efekt afirmacji, a nie po prostu upływ czasu albo inne rzeczy, które się działy w tym samym czasie? Bo może byś się tak samo czuła bez afirmacji.
Wróćcie na chwilę do tego, co mówiła Malachitka o tym, że afirmacja przestaje brzmieć obco. Ja po kilku dniach nadal mam wrażenie, że mówię coś, w co kompletnie nie wierzę. Czy to normalne tak długo?
