Mnie zastanawia jedno: ile osób naprawdę robi ten przegląd, o którym mówi Kunisia97? Mam wrażenie, że większość po prostu powtarza, bo 'tak trzeba' i czeka na cud. I może właśnie to jest ten moment, w którym brak terapii albo kogoś z zewnątrz najbardziej daje o sobie znać.
To, co pisze Talizmanik, jest moim zdaniem kluczowe dla całego wątku. Afirmacje mają zdolność do wygładzania powierzchni, ale nie zawsze sięgają głębiej. I jeśli ktoś nie ma żadnego zewnętrznego punktu odniesienia, czy to terapeuty, czy chociaż kogoś, kto zna go dobrze i powie wprost, to może nie wiedzieć, że ta powierzchnia jest tylko powierzchnią. To nie jest argument przeciwko afirmacjom. To jest argument za tym, żeby nie używać ich jako jedynego lustra.
A powiedz, bo jesteś w tym wątku od początku i masz chyba największy ogląd tej rozmowy, czy widzisz jakiś moment, w którym afirmacje mogą stać się wręcz przeszkodą? Nie tylko niedostateczną pomocą, ale aktywną przeszkodą w pracy z psychologiem?
Czy to znaczy, że przed terapią lepiej nie robić afirmacji? Albo przynajmniej ich nie zaczynać?
To rozróżnienie między afirmacją, która otwiera, a taką, która zakleja, to jest coś, czego nigdzie nie czytałam wprost. Czy wy macie jakiś sposób na to, żeby sami siebie sprawdzić, po której stronie tej granicy jesteście?
Słucham tej rozmowy i zaczynam myśleć, że pytanie z tytułu wątku, 'czy afirmacje mogą zastąpić terapię', ma odpowiedź, tylko nikt jej wprost nie chce powiedzieć. Bo odpowiedź brzmi: nie. Ale nie dlatego, że afirmacje są złe, tylko dlatego, że to są zupełnie inne poziomy pracy. Nie porównuje się schodów z windą tylko dlatego, że oboje prowadzą wyżej.
To pytanie o dostępność jest uczciwe i nie chcę go zbagatelizować. Ale mam wrażenie, że czasem argument 'nie mam dostępu do psychologa' jest też używany jako powód, żeby nie szukać. Są bezpłatne poradnie, są fundacje, są grupy wsparcia. Nie zawsze idealne, ale istnieją. Afirmacje mogą być mostem, ale nie powinny być wyjaśnieniem, żeby mostu nie szukać.
A jeśli ktoś naprawdę próbował i trafił na złego psychologa? Bo chyba nie każda wizyta jest pomocna. Znam kogoś, kto wyszedł po pierwszej sesji z poczuciem, że nic z tego.
A co jeśli terapeuta jest sceptyczny wobec takich rzeczy? Mam znajomego, który powiedział terapeucie, że medytuje i robi wizualizacje, a ona skomentowała to w sposób, który dał mu do zrozumienia, że to dziecinada. Trochę to zniechęca do otwartości.
Słucham tej rozmowy od początku i mam takie wrażenie, że to, co tu pada, jest bardziej pomocne niż niejeden artykuł, który czytałem na ten temat. Tylko nadal nie wiem jedno: czy jeśli ktoś nie jest w kryzysie, ale po prostu chce się rozwijać, to afirmacje są wystarczające? Czy zawsze potrzebny jest psycholog, nawet kiedy nie dzieje się nic złego?
Słucham tej rozmowy od początku i mam takie wrażenie, że to, co tu pada, jest bardziej pomocne niż niejeden artykuł, który czytałem na ten temat. Tylko nadal nie wiem jedno: czy jeśli ktoś nie jest w kryzysie, ale po prostu chce się rozwijać, to afirmacje są w pełni wystarczające? Czy mimo wszystko psycholog przydałby się też w takim 'spokojnym' przypadku?
A czy da się w ogóle samemu ocenić, której warstwy się potrzebuje? Bo mam wrażenie, że właśnie w tym jest pułapka. Jak ktoś nie wie, że ma nieświadomy blok, to skąd będzie wiedzieć, że afirmacje do niego nie docierają?
Dokładnie o to chodzi. Afirmacja bez refleksji to trochę jak wlewanie wody do naczynia, nie sprawdzając, czy ma dziurę. Journaling, rozmowa z kimś zaufanym, sesja z terapeutą, wszystko to pełni funkcję sprawdzania, czy coś faktycznie zatrzymuje. Sama afirmacja nie ma mechanizmu weryfikacji, o czym Mariuszek75 mówił wcześniej i miał rację.
Cieszę się, że to wybrzmiewa, bo miałem wrażenie, że ten wątek się gdzieś zgubił. Mam jeszcze jedno pytanie do grupy: czy ktoś świadomie połączył afirmacje z terapią i widział różnicę w porównaniu do samej terapii bez afirmacji? Albo odwrotnie?
