Ostatnio kilka osób pytało mnie prywatnie o to, czy afirmacje mogą zastąpić terapię. Postanowiłam wrzucić to tutaj, bo myślę, że to ważny temat i warto go przepracować razem. Sama używam afirmacji od wielu lat i widzę efekty, ale mam też swoje granice co do tego, czego afirmacje NIE są w stanie zrobić. Moje pytanie do was: czy ktoś z was próbował zastąpić pracę z psychologiem wyłącznie afirmacjami? I co z tego wyszło? Nie pytam złośliwie, naprawdę chcę wiedzieć, bo widzę różne podejścia i nie chcę generalizować.
Dotknęłaś czegoś, o czym sama myślę od dawna. Przez pewien czas robiłam tylko afirmacje i miałam poczucie, że coś się zmienia, ale to było takie... powierzchowne? Jakbym naklejała plaster na ranę, która wymaga szycia. Dopiero kiedy równolegle zaczęłam rozmawiać ze specjalistą, zobaczyłam, że afirmacje zaczęły faktycznie działać głębiej. Ale czy to oznacza, że same w sobie są bezwartościowe? Nie sądzę. Pytanie brzmi chyba raczej: do czego są odpowiednie, a do czego już nie.
Przepraszam, że się włączam, bo jestem zupełnie nowy w tematach samorozwoju. Chciałem zapytać: czy to znaczy, że afirmacje w ogóle nie pomagają, jeśli ktoś ma traumę? Czy może pomagają, ale w inny sposób? Czytałem gdzieś, że niektóre terapie w ogóle używają afirmacji jako część procesu i nie bardzo rozumiem, gdzie przebiega granica.
Mam inne zdanie w pewnej kwestii. Znam osoby, które miały naprawdę trudne doświadczenia, pracowały z terapeutą, ale afirmacje były dla nich tym, co podtrzymywało ich między sesjami. Taki swoisty most. Więc pytanie 'czy afirmacje mogą zastąpić terapię' może być nieprecyzyjne. Może lepiej pytać, czy mogą z nią współistnieć i kiedy jedno bez drugiego nie wystarczy?
Powiem szczerze, że kiedy przechodziłem przez ciężki okres w relacji, to ani terapia, ani afirmacje nie były moim pierwszym wyborem. Ale kolega zaproponował mi codzienne afirmacje i przez pierwsze tygodnie miałem poczucie, że coś się zmienia. Potem utknąłem w miejscu i dopiero rozmowa z psychologiem pomogła mi zobaczyć, dlaczego. Więc dla mnie to było tak: afirmacje otworzyły drzwi, terapia pozwoliła wejść do środka. Czy tak samo działa to u innych?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy zakładają, że terapia i afirmacje to dwie różne rzeczy. Ale czy terapia poznawczo-behawioralna to nie jest trochę to samo, co afirmacje, tylko w bardziej usystematyzowanej formie? Przepraszam jeśli to naiwne pytanie, ale naprawdę nie wiem, gdzie jest ta różnica.
Ale czy to nie jest tak, że afirmacje mogą być dla kogoś furtką? Mówię o tym, że ktoś zaczyna od afirmacji, czuje że coś się zmienia, i to go zachęca do szukania dalszej pomocy. Czy znacie takie przypadki?
Czytam tę rozmowę od początku i mam pytanie, które mnie nurtuje. Mówicie o afirmacjach i terapii, ale czy praca z czakrami albo medytacja mogłaby tu być jakimś pomostem? Słyszałam, że blokady w czakrze gardła albo serca mogą wpływać na to, jak afirmacje 'wchodzą'. Czy ktoś ma doświadczenie z łączeniem tych praktyk z jednoczesną terapią?
Wracając do głównego pytania z tematu: mnie zastanawia, czy problem nie leży gdzie indziej. Czy ludzie w ogóle wiedzą, czego potrzebują? Czasem ktoś sięga po afirmacje, bo jest mu z nimi wygodniej niż z terapeutą. Nie dlatego, że naprawdę wystarczą, tylko dlatego, że wymagają mniej odwagi. Czy to uczciwe wobec siebie?
A może właśnie to jest problem z afirmacjami jako samodzielnym sposóbm, znaczy jako samodzielną praktyką, przepraszam, że się poprawiam. Pracujesz sama ze sobą, więc nie ma nikogo, kto powie ci 'hej, coś tu nie gra'. Terapia ma tę przewagę, że jest drugi człowiek po drugiej stronie. Czy to nie jest kluczowa różnica?
Dobra, ale wracając do tematu: jeśli ktoś nie ma dostępu do terapeuty z powodów finansowych, bo to jest realna sprawa w Polsce, to co wtedy? Afirmacje są za darmo. Medytacja jest za darmo. Czy są jakieś wskazówki, jak robić to mądrzej, żeby nie wpaść w tę pułapkę, którą opisała Leontynka?
Czytam to wszystko i mam pytanie, może trochę z boku. Czy ktoś próbował łączyć afirmacje z medytacją, taką spokojną, nie prowadzoną? Bo słyszałam, że jeśli afirmacje powtarzasz zaraz po medytacji, kiedy umysł jest już spokojniejszy, to inaczej wchodzą. Czy to ma sens z perspektywy pracy z energią?
A jak rozpoznać, że coś wyniosło się na powierzchnię w taki sposób, który już jest ponad nasze możliwości? Pytam bo ostatnio po jednej dłuższej medytacji miałam bardzo dziwne stany i nie wiedziałam co z nimi robić.
To co mówi Energetyczka o sygnałach z ciała i umysłu pasuje do tego, co pisała wcześniej o oporze wewnętrznym. Mam wrażenie, że w tym wątku powoli wykrystalizowuje się coś ważnego: afirmacje mogą być wskaźnikiem, że coś wymaga głębszej pracy, a nie tylko metodą tej pracy. Czy coś takiego miałyście na myśli?
Słucham i mam wrażenie, że ta rozmowa krąży wokół jednego niewypowiedzianego założenia: że afirmacje to praktyka dla kogoś, kto już zna siebie. A co z kimś, kto jej szuka właśnie po to, żeby siebie poznać? Czy to jest w ogóle dobry punkt startowy?
To co napisałaś o ogólnych i bezpiecznych afirmacjach na start ma sens, ale mam pytanie: jak długo powinno się zostać przy tych ogólnych zanim przejdzie się do bardziej konkretnych? Czy to jest kwestia tygodni, miesięcy, czy raczej poczucia, że te ogólne już coś zmieniły?
Słucham tej rozmowy i myślę, że właśnie dotknęłyście sedna. Kręcenie się w miejscu jest groźne zwłaszcza wtedy, kiedy człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Z mojego doświadczenia wynika, że można miesiącami powtarzać te same afirmacje i czuć, że 'robi coś dobrego', bo sama czynność jest przyjemna. A prawdziwy ruch nie nastąpił ani o milimetr.
Mam pytanie trochę z innej strony. Czy ktoś tu chodził i na terapię, i robił afirmacje równolegle? Bo cały czas rozmawiamy jakby to były dwie opcje do wyboru, a może to po prostu dwa różne poziomy tej samej pracy?
Czy możesz powiedzieć na czym polegała ta różnica? Bo to jest coś, o czym rzadko się mówi konkretnie.
Czyli afirmacja jest skuteczna o tyle, o ile wiesz w co celujesz. A bez terapii albo jakiejś głębszej pracy z sobą, to jest strzelanie w ciemno?
Zatrzymuję się przy tym 'strzelaniu w ciemno'. Bo może właśnie to jest odpowiedź na pytanie z tytułu wątku? Afirmacje mogą działać samodzielnie tylko jeśli masz już jakąś mapę siebie. Bez tej mapy potrzebujesz kogoś, kto pomoże ci ją narysować, czyli terapeuty albo przynajmniej poważnej własnej pracy.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje: czy jest jakaś afirmacja, której absolutnie nie powinno się powtarzać jeśli jest się w złym miejscu psychicznie? Pytam ostrożnie, bo coś mi mówiło, żeby nie używać afirmacji o miłości do siebie kiedy byłam w bardzo trudnym momencie, ale nie wiedziałam czy to ma sens.
Rozumiem to, co mówisz o oporem. Ale jak w takim razie ktoś, kto nie ma dostępu do terapeuty, ma w ogóle zacząć? Bo czytam ten wątek i mam wrażenie, że bez terapii afirmacje są prawie bez sensu. A to chyba nie jest tak?
A mam pytanie, które mnie kręci od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Czy wy w ogóle rozróżniacie między afirmacjami, które ktoś sobie sam ułożył, a tymi gotowymi z internetu? Bo podejrzewam, że to może mieć spore znaczenie właśnie w kontekście tego, czy trafiają w konkretne przekonanie, czy nie.
A jak wy w ogóle wiecie, że dana afirmacja jest dla was właściwa? Czy to jest jakieś odczucie w ciele, czy raczej sprawdzacie głową?
To zdanie 'to nie jest materiał na afirmację' wydaje mi się bardzo ważne. Czy mogłabyś powiedzieć, jak to odróżnić w praktyce? Bo nie każdy od razu czuje, że coś jest za głębokie na samodzielną pracę.
Wracając do pytania Idziego o to, jak rozpoznać właściwą afirmację: ja mam inną metodę niż ciało. Sprawdzam, czy po kilku dniach codziennego powtarzania widzę jakąkolwiek zmianę w tym, jak reaguję na sytuację, którą ta afirmacja miała zmienić. Jeśli nic, to albo za ogólna, albo nietrafiająca.
