Słucham tej rozmowy i myślę sobie, że może my tu przesadnie komplikujemy. Bibianna pytała o coś praktycznego - czy może używać afirmacji nie czując fałszu. I odpowiedź chyba brzmi: tak, jeśli dobierze odpowiednią formę. Reszta to teologia, do której chyba nie wszystkim jest po drodze.
Regularność jest ważniejsza niż pora. Jeśli rano ci nie wychodzi, bo masz chaos przed wyjściem, wieczór jest równie dobry. Coué zalecał dwa razy dziennie - rano przy wstawaniu i wieczorem przed snem, kiedy umysł jest między jawą a snem i bardziej podatny na sugestię. Ale jeśli jedno z tych wyjdzie ci lepiej, to jeden raz dziennie przez kilka tygodni da więcej niż dwa razy przez trzy dni i przerwa.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie, które chyba nikt nie poruszył - a co z osobami, które są po prostu agnostykami albo ateistami? Czy afirmacje dla nich też mogą być 'sprzeczne z przekonaniami', tylko że z antyreligijnymi? Znam kogoś, kto odrzuca afirmacje właśnie dlatego, że brzmią dla niego jak modlitwa i to go odstrasza.
a jak to jest z islamem? bo mam koleżankę która jest muzułmanką i pyta mnie czy ona w ogóle może robić afirmacje, nie wiem co jej odpowiedzieć
A czy buddyzm jakoś się do afirmacji odnosi? Pytam, bo mam wrażenie, że mantry to jest chyba to samo, tylko inaczej nazwane?
Słuchajcie, ta rozmowa bardzo się rozrosła i to jest super, ale chciałam wrócić do czegoś, co mnie osobiście nadal trochę blokuje. Próbowałam tej formuły z dziękczynieniem, o której pisał Zielarz - 'dziękuję za...' zamiast 'mam...' i na początku czuję się z tym dobrze, ale po chwili pojawia się ta sama myśl co wcześniej: za co właściwie dziękuję, skoro tego jeszcze nie ma? Czy to jest normalne na początku?
To bardzo normalne. Umysł jest przyzwyczajony do sprawdzania spójności między tym, co mówisz, a tym, co widzisz wokół. Ten opór to nie błąd - to znak, że praktyka w ogóle coś robi. Przy medytacji jest podobnie: na początku głowa bardziej 'hałasuje' właśnie dlatego, że zaczynasz zwracać na nią uwagę. Daj sobie kilka tygodni i obserwuj, czy intensywność tego oporu się zmienia, nie czy zniknął od razu.
Te 21 dni to mit spopularyzowany przez Maxwella Maltza - chirurga plastycznego, który obserwował, że pacjenci potrzebowali mniej więcej tyle czasu na oswojenie się ze zmianą wyglądu. Potem ktoś to wyrwał z kontekstu i zaczął stosować do wszelkich nawyków. Badania nad neuroplastycznością pokazują, że zakres jest dużo szerszy - od kilku tygodni do kilku miesięcy, zależnie od złożoności zachowania i osoby. Nie ma jednej liczby.
Ale czy tu w ogóle chodzi o czas? Mam wrażenie, że ważniejsze jest to, co czujesz kiedy to powtarzasz, nie ile razy. Znam osoby, które latami powtarzały te same zwroty i nic się nie zmieniło, bo robiły to mechanicznie.
a jak to się ma do religii? bo jeśli ktoś wierzący zaczyna zasypiać z afirmacją zamiast z modlitwą wieczorną, to czy to nie jest trochę zastępowanie jednego drugim?
Mam zupełnie inne doświadczenie z tym tematem. Jestem osobą wierzącą i przez długi czas miałam dokładnie ten problem co Bibianna - czułam, że afirmacje są sprzeczne z modlitwą, bo modlitwa to prośba do Boga, a afirmacja to jakbym sama sobie coś obiecywała. Przełom był taki, że zaczęłam traktować afirmacje jako wyrażanie wdzięczności za to, co jest, a nie za to, czego jeszcze nie ma. Coś w stylu 'jestem wdzięczna za zdrowie, które mam' - nawet w trudnym dniu. To mi nie koliduje z niczym.
Powiem szczerze - najpierw przestałam się borykać, a dopiero potem zaczęło coś zmieniać. Jakby najpierw musiałam usunąć ten wewnętrzny tarć, żeby w ogóle cokolwiek mogło zadziałać. Kiedy robiłam afirmacje z poczuciem winy, to nawet jeśli mówiłam odpowiednie słowa, to pod spodem było napięcie. A napięcie chyba nie pomaga.
ale czy siostra zakonna naprawdę rozumiała co to afirmcja? bo mam wrażenie że jak się tłumaczy to osobom religijnym to oni słyszą coś zupełnie innego niż my mamy na mysli
A czy są jakieś tradycje chrześcijańskie, w których coś podobnego do afirmacji było używane? Bo wydaje mi się, że te psalmiczne powtórzenia albo litanie to trochę ten sam mechanizm, tylko nikt tak tego nie nazywa.
Właśnie to mnie zatrzymuje. Jak mówię sobie 'jestem spokojna i pewna siebie' to gdzieś z tyłu głowy pojawia mi się myśl, że to pychą trąci. Że pewność siebie to nie moja zasługa tylko dar. Nie wiem czy to zdrowe podejście teologicznie, ale tak to czuję.
A czy próbowałaś przeformułować tak, żeby to nie brzmiało jak przypisywanie sobie zasług? Na przykład 'jestem wdzięczna za spokój, który we mnie jest' zamiast 'jestem spokojna'? Wtedy afirmacja staje się bardziej dziękczynieniem niż deklaracją własnej mocy.
Granica jest płynna i chyba nie ma sensu jej sztywno wyznaczać. Jeśli ta forma ci działa i nie wywołuje oporu wewnętrznego, to czemu nie. Mechanizm powtarzania i kierowania uwagi jest wspólny, reszta to kwestia ramy, w jakiej to umieszczasz.
A co z islamem? Czy tam jest jakieś podobne napięcie? Znam kilka osób muzułmańskich i zastanawiam się jak one w ogóle odnoszą się do tego tematu.
Mam wrażenie, że w tej dyskusji trochę mieszamy dwa poziomy: psychologiczny i metafizyczny. Bo afirmacja może działać czysto psychologicznie, przez zmianę narracji wewnętrznej, i wtedy kwestia religii jest prawie nieistotna. Ale jeśli ktoś wierzy, że słowa mają moc sprawczą w sensie realnym - wtedy religia bardzo dużo wnosi, bo każda tradycja inaczej definiuje źródło tej mocy.
to jak właściwie wygląda afirmacja, która jest neutralna religijnie? bo słyszałam o takich, ale nie wiem jak je odróżnić od tych, które mogą komuś wierząceemu sprawiać problem
Afirmacja neutralna religijnie to taka, która nie odwołuje się ani do żadnej siły zewnętrznej, ani do własnej sprawczości w sposób, który mógłby kogoś uwierać. Coś w stylu 'w moim życiu jest miejsce na spokój' zamiast 'jestem spokojna' albo 'mam pełno energii'. Forma bezosobowa albo opisująca stan, nie deklarująca zasługi. Almandynka, to odpowiedź na twoje pytanie - czy to pokrywa się z tym, czego szukałaś?
Mam wrażenie, że dyskutujemy o formie, a pomijamy treść. Jeśli afirmacja jest niezgodna z tym, w co ktoś wierzy na poziomie wartości, to żadna przeróbka gramatyczna tego nie naprawi. Bibianno, ty pisałaś o pysze - to nie jest problem formuły, tylko głębsze napięcie między przekonaniem o sobie a przekonaniem o tym, skąd pochodzi dobro.
Dokładnie tak to czuję. Forma wdzięczności, którą Wozka90 zaproponowała wcześniej, działa lepiej właśnie dlatego, że przesuwa środek ciężkości. Ale zastanawiam się, czy to w ogóle jeszcze afirmacja, czy to już jest po prostu modlitwa w nowej opakowaniu.
A czy to rozróżnienie jest ci potrzebne? Pytam serio, bo mam wrażenie, że jeśli coś działa i nie wywołuje wewnętrznego sprzeciwu, to może niepotrzebnie przyklejamy etykietki. Dla jednej osoby to afirmacja, dla drugiej modlitwa - mechanizm jest podobny.
Mam pytanie z trochę innej strony - czy astrologia ma coś do powiedzenia o tym, kto w ogóle bardziej skłonny jest mieć takie napięcia między wiarą a technikami pracy z umysłem? Bo zakładam, że Koziorożce albo osoby z silnym Saturnem mogą bardziej opierać się na strukturach i zasadach.
Wracając do pytania Bibianny o granicę między afirmacją a modlitwą - w wielu tradycjach ta granica jest kulturowa, nie teologiczna. Modlitwa Jezusowa, o której pisałem wcześniej, jest powtarzana bez prośby - to nie 'Panie daj mi X', tylko sama obecność formuły. W tym sensie jest bliżej afirmacji niż prośby. I mimo to nikt jej nie kwestionuje jako modlitwy.
