Przepraszam że przerywam, bo się trochę zgubiłem. Czy możecie mi powiedzieć bardziej wprost - jeśli ktoś chce zacząć pracować z afirmacjami ale ma w głowie taką konkretną osobę, od której wszystko się zaczęło, to od czego powinien zacząć? Czy jest jakaś pierwsza praktyczna rzecz?
Czesia61 właśnie to ostatnie zdanie mnie uderzyło. Bo kiedy to widzę tak postawione, to brzmi absurdalnie - że jedno wyklucza drugie. Ale emocjonalnie tak to czuję i nie wiem jak zbudować most między tym co wiem rozumowo, a tym co czuję.
to jest właśnie miejsce gdzie afirmacja słowna nie wystarczy. Możesz wiedzieć rozumowo że jedno nie wyklucza drugiego i jednocześnie mieć w ciele zakodowane coś zupełnie przeciwnego. I afirmacja uderza w to zakodowanie i odskakuje. Stąd ten opór.
Zastanawiam się nad tym co tu piszecie i mam takie skojarzenie - czy ten mechanizm nie jest pokrewny temu co czasem opisuje się jako cień w sensie jungowskim? Że zawiść wobec konkretnej osoby to jakby projekcja tego co sami uważamy za nieosiągalne dla siebie?
Ciekawe co tu Czesia61 mówi bo wychodzi na to że afirmacja działa jak papierek lakmusowy - pokazuje gdzie jest ładunek, a nie tylko gdzie jest cel. Może zamiast traktować zakażone słowo jako problem do naprawienia, traktować je jako informację?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że to co zaczęło się od mojego problemu z afirmacją odsłoniło coś znacznie większego. Nie spodziewałam się że temat 'słów zakażonych' pójdzie aż tak głęboko. Nadal nie wiem jak to u siebie przepracować, ale przynajmniej wiem już czego szukać.
A ja mam pytanie które może być naiwne - czy te słowa zakażone to zawsze związane z konkretnymi ludźmi? Bo u mnie jest słowo 'sukces' i nie potrafię go powiązać z żadną osobą. Jest po prostu ciężkie samo w sobie.
Ten wątek z sukcesu bez twarzy mi coś otworzył. Mam w notatkach kilka słów, przy których mam właśnie tę mgłę a nie obraz. Zawsze myślałem że to słabe zakotwiczenie afirmacji, za mały ładunek emocjonalny. A może to jest dokładnie odwrotny problem - za duży ładunek, ale ukryty?
To co Dzidka81 napisała bardzo mi bliskie. Miałam dokładnie to - kilka dni z afirmacją o dostatku i nagle zalała mnie fala wstydu, nie zazdrości, właśnie wstydu. Zupełnie nie wiedziałam co z tym zrobić. Przestałam na jakiś czas bo się przestraszyłam.
Wstyd jest chyba najtrudniejszy z tych emocji bo zazdrość przynajmniej ma jakiś kierunek, coś od czegoś. Wstyd jest taki okrągły, sam w sobie, nie wiesz gdzie go skierować. I rozumiem tę reakcję żeby przestać, bo wstyd bardzo głośno mówi 'nie patrz tutaj'.
Słucham tego i myślę - czy jest jakiś sposób żeby zacząć afirmować kiedy ta ściana już jest widoczna? Nie żeby ją pominąć, tylko żeby jakoś z nią współpracować. Bo samo rozumienie co to jest nie zmienia jeszcze tego uczucia.
Chcę się do tego odnieść bo Zenek75 i Malwinka dotknęli czegoś co mnie nurtuje od początku tej rozmowy. Mam wrażenie że przez te kilkanaście postów bardzo dobrze nazwaliśmy problem, ale rzeczywiście - co z tym robić? Bo ja jak przestałam z tą afirmacją o dostatku po tym wstydzie, to minęły tygodnie i nadal nie wiedziałam jak wrócić. Czy w ogóle wracać do tego samego słowa, czy omijać je i szukać innego?
To jest dokładnie to miejsce gdzie ludzie utykają. Powrót do tego samego słowa po takim przełomie bywa trudniejszy niż pierwsze podejście, bo teraz wiesz już co tam siedzi. Pytanie do Ciebie - kiedy wróciłaś w końcu, zaczęłaś od tego samego słowa 'dostatek' czy zmieniłaś?
to nie jest omijanie w złym sensie, jeśli świadomie wybierasz bramę boczną żeby w ogóle wejść do środka. Problem jest wtedy gdy brama boczna staje się jedyną trasą na zawsze i słowo ciągle leży nienaruszone. Czy w tym 'mam wszystko czego potrzebuję' czujesz w ogóle coś, czy jest neutralne?
neutralne to znaczy bez oporu, ale też bez paliwa. Afirmacja działa kiedy jest ładunek - albo pozytywny, albo napięcie które zaczynasz rozwiązywać. Całkowita neutralność to cisza, nie zmiana. Wróć kiedyś do słowa 'dostatek' i sprawdź temperaturę, nawet jeśli tylko w myślach, nie na głos.
A ja mam z tym odwrotny problem - słyszę słowo, czuję od razu w ciele, ale tak gwałtownie że nie zdążam obserwować, od razu mnie to porywa. Przy słowie 'zasługuję' mam sekundę i już jestem w środku emocji, nie ma tej chwili obserwacji. Jak to opanować?
Przepraszam że wchodzę z boku, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówicie że słowo może być zakażone przez środowisko, nie przez osobę - to rozumiałem. Ale teraz mówicie o tempie ekspozycji, o bramach bocznych. Czy to znaczy że praca z zakażonym słowem to tak naprawdę jest coś w rodzaju terapii, a nie ćwiczenia afirmacyjnego?
Cały czas tu czytam i wróce do tego co Powojka powiedziała o wstydzie który przyszedł przy dosatku. Mnie to samo spotkało przy słowie 'pieniądze'. Nie zazdrość, nie poczucie winy za kogoś konkretnego - tylko taki wstyd jakby samo chcenie pieniędzy było czymś złym. I teraz nie wiem czy to jest zakażenie relacyjne, systemowe, czy coś co ma w ogóle inną nazwę.
To mnie zastanawia czy w takim razie zmiana słowa na inne, bardziej neutralne jak 'dostatek' zamiast 'pieniądze' czy 'obfitość' zamiast 'sukces' - to jest obejście tej kulturowej warstwy, czy też te zastępcze słowa z czasem nabierają tego samego ładunku?
A ja wróciłam do słowa 'dostatek' jak radził Krysztal i mam dziwne odkrycie. Temperatura jest... nijaka. Ani opór, ani ciepło. Jakby słowo było z waty. Nie wiem czy to lepiej czy gorzej niż ten wstyd co był na początku przy 'dostatku'.
nijaka temperatura to może być faza przejściowa, ale może też być odcięcie - jakbyś wyłączyła czucie żeby nie czuć tego co trudne. Jak to jest z innymi słowami w tym samym obszarze? Czy ogólnie słowa związane z posiadaniem i braniem dla siebie są teraz płaskie, czy tylko to jedno?
to dość wyraźna asymetria i tak, to wskazuje raczej na odcięcie niż na rzeczywiste oswojenie. Słowo 'dostatek' było tak długo używane jako obejście, że umysł po prostu przestał je przetwarzać emocjonalnie. Odpowiedź na to nie jest powrót do wersji z watą, tylko zapytanie siebie czego tak naprawdę chcesz kiedy mówisz 'dostatek' - co konkretnie masz na myśli?
To co Cohen napisał o konkretności - u mnie to był przełom przy słowie 'zasługuję'. Przez długi czas mówiłam 'zasługuję na miłość' i nic. Jak zmieniłam na 'zasługuję na to żeby ktoś oddzwonił kiedy proszę' to nagle coś drgnęło. Ogólne zasługiwanie było puste, konkret miał temperaturę.
Pytam bo mi też to dotyczy - jak szukam rdzenia, to dochodzę do czegoś tak ogólnego że słowo przestaje cokolwiek znaczyć. Jakbym szukała słowa które jest czyste i w końcu mam tylko 'jestem' i nie wiem co z tym zrobić.
Przepraszam że wtrącę, ale słucham tego od jakiegoś czasu i mam pytanie do całej rozmowy. Czy to w ogóle jest problem z afirmacją jako metodą, czy raczej odkrywacie tutaj coś co jest problemem niezależnie od afirmacji, a afirmacja tylko to pokazuje?
Wracając do słów zakażonych przez kogoś z otoczenia - bo to mi się wydaje osobnym wątkiem niż kulturowe obciążenie. Kostroma mówi o siostrze, wcześniej była zawiść przy dosatku. Czy to jest tak że zawiść i poczucie winy to dwa różne rodzaje zakażenia które wymagają innego podejścia, czy to jest po prostu dwa oblicza tego samego?
