A co z osobami, które mówią afirmacje i czują się po prostu lepiej, bez żadnego głębszego procesu? Czy to jest złudne pocieszenie, jak w tytule tematu, czy też ma jakąś wartość nawet bez tej całej pracy z oporem?
Dobre pytanie, Bolek50, i wcale nie jest oczywiste. Myślę, że to zależy od tego, co rozumiemy przez 'wartość'. Jeśli ktoś czuje się lepiej i ten stan realnie wpływa na jego funkcjonowanie - to nie jest złudzenie. Problem pojawia się, gdy to chwilowe poczucie ulgi zastępuje działanie. Czyli: siadam, mówię 'dam radę', czuję się lepiej, i... nie zaczynam zadania, bo już mi lepiej. To akurat w kontekście odkładania na później może działać wręcz odwrotnie niż planowano. Ale nie twierdzę, że każdy tak reaguje.
To co opisujesz - ulga zamiast impulsu do działania - ja to u siebie obserwowałem przez jakiś czas. Czułem się 'gotowy', ale to uczucie gotowości jakoś... wystarczało. Jakby mózg uznał, że skoro jest OK, to nie trzeba nic robić. Dopiero kiedy zacząłem dobierać afirmacje nie do stanu ('jestem spokojny'), ale do konkretnej czynności ('zaczynam od małego kroku'), coś drgnęło. Chociaż nie wiem, czy to afirmacja zadziałała, czy po prostu zmiana słów wymusiła zmianę myślenia.
Chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czy z tej rozmowy wynika, że afirmacje nastawione na odkładanie na później mają sens tylko wtedy, gdy dotyczą samej czynności - 'zaczynam to zadanie' - a nie ogólnego stanu, jak 'jestem skuteczna'? Bo jeśli tak, to zmieniłabym wszystkie swoje.
Ja akurat to stosowałam i powiem szczerze - na początku brzmi absurdalnie, ale po jakimś czasie przestaje. Najlepiej u mnie działało jedno krótkie zdanie, nie lista. I nie musiało brzmieć dumnie ani motywacyjnie. 'To jest jedno zdanie do napisania' robiło więcej niż 'jestem produktywna i skupiona'. Ale to chyba właśnie to, o czym mówił Lucjan - że treść ma być blisko czynności, a nie blisko poczucia.
