Czytam i mam jedno proste pytanie bo znowu mi się to wszystko rozjeżdża. Jeśli nie wiadomo co działa - afirmacja czy działanie, i jedno może napędzać drugie w obie strony - to jak w ogóle mamy podejmować decyzję od czego zacząć? Czy to jest po prostu kwestia tego co nam bliższe jako osobowości?
To jest dobre pytanie i uczciwe. Myślę że tak, osobowość ma tu znaczenie, ale też aktualna sytuacja. Ktoś kto jest mocno sparaliżowany może potrzebować najpierw pracy wewnętrznej. Ktoś kto ma tendencję do nieskończonego analizowania i przygotowywania się do działania, a nigdy nie działa - powinien może jednak zacząć od konkretnego kroku zewnętrznego. Afirmacja jako usprawiedliwienie braku działania to pułapka.
Wracam do wątku o afirmacji bez intencji, który zaczął Bard.x. Nekromanta mówił że działa, ale wolniej lub słabiej. Mam do tego pytanie: czy ktoś świadomie sprawdzał co się dzieje jeśli afirmacja jest sprzeczna z równoczesnym działaniem? Tzn. powtarzam 'jestem spokojna' ale cały dzień robię coś co mnie stresuje i nie zmieniam tego zachowania.
ale co jeśli ktoś nie widzi że jego zachowanie jest sprzeczne z afirmacją? ja np. długo nie łączyłam że moje wieczorne nawyki podważają to co powtarzam rano. potrzebowałam kogoś z zewnątrz żeby mi to powiedział
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad czymś innym. Czy my tu mówimy o afirmacjach jako o czymś co ma działać samo, czy jako o wstępie do czegoś? Bo mam wrażenie że co chwilę to się zmienia i przez to nie wiem do czego dochodzicie.
Mnie też to kręci w głowie. Jak słucham tej dyskusji, to wychodzi że afirmacja jest dobra do zmiany wewnętrznej, ale bez działania zewnętrznego nic nie zmieni. Czyli jest warunkiem koniecznym ale nie wystarczającym? Dobrze to rozumiem?
i co wtedy? zmienić afirmację, zrobić przerwę, czy od razu przejść do działania? bo to brzmi trochę jak sytuacja bez wyjścia jeśli ktoś jest w tym momencie
same fakty bez interpretacji - to ciekawe. bo jak piszę dziennik to automatycznie tłumaczę sobie dlaczego tak postąpiłam i wtedy wszystko brzmi logicznie. a bez tej warstwy faktycznie jest inaczej
Mam pytanie które trochę wraca do początku tego wątku. Czy ktoś tu mówi że afirmacje mogą faktycznie zaszkodzić, czy tylko że są niewystarczające? Bo to jest jednak spora różnica.
Przy afirmacjach niezgodnych z aktualnym obrazem siebie badania Joanny Wood pokazywały obniżenie nastroju u osób z niską samooceną. Mechanizm jest taki, że powtarzanie czegoś w co się głęboko nie wierzy aktywuje kontrargumenty. Więc nie tyle że afirmacja szkodzi sama w sobie, co że konkretny typ afirmacji u konkretnej osoby w konkretnym momencie może być contraproductive.
To chyba jeden z podstawowych problemów z oceną czy afirmacje działają - rzadko kiedy robimy tylko jedną rzecz na raz. Zmieniamy afirmację, ale też może zmieniamy rutynę, rozmawiamy z kimś, coś się zmienia w życiu. I potem nie wiadomo co tak naprawdę zadziałało.
Zastanawiam się czy nie wchodzimy tu trochę w pułapkę teoretyzowania. Afirmacje mogą maskować bierność albo nie mogą. Działają albo nie działają. Ale chyba klucz jest w tym po co ktoś po nie sięga i z jakim nastawieniem. Ktoś kto szuka magicznego skrótu - znajdzie rozczarowanie. Ktoś kto traktuje je jako jeden element - może mieć inaczej.
Właśnie o to mi chodziło w tym pytaniu. Bo w tytule wątku jest 'czy wystarczy powtarzać czy trzeba coś robić' i jakoś przez ostatnie kilkanaście postów wychodzi na to że trzeba robić. Ale co konkretnie? Bo to jest chyba najważniejsze pytanie i jakoś ciągle jest obok.
dokładnie to samo myślę. dużo tu teorii o tym że działanie jest potrzebne ale mało o tym co to znaczy w praktyce. bo jak powtarzam że jestem zdrowa to mam zacząć ćwiczyć? zapisać się do lekarza? zmienić jedzenie? wszystkie te rzeczy naraz?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie które może brzmi naiwnie. Czy ktoś z was używa afirmacji regularnie od dłuższego czasu i jednocześnie działał zgodnie z nimi, i może powiedzieć że to coś zmieniło? Nie teorię, tylko własne doświadczenie?
a ja mam inne pytanie, bo trochę zgubiłam się w tej dyskusji. powiedzmy że robię afirmacje i działam, ale efekty są małe albo ich nie widać. to kiedy przestać? czy to kwestia czasu czy po prostu nie te afirmacje?
Mnie się wydaje że w tej dyskusji cały czas traktujemy afirmacje jak coś izolowanego. Ale w praktyce działają zawsze w jakimś kontekście. Nastrój, dzień, co się dzieje w życiu. Ta sama afirmacja może po tygodniu znaczyć coś zupełnie innego niż na początku.
Okay ale tu wychodzi coś ważnego. Czy afirmacja ma być opisem rzeczywistości czy pożądanego stanu? Bo to są dwie różne rzeczy. Jak mówię 'jestem pewna siebie' a nie jestem, to kłamię sobie. Jak mówię 'staję się coraz bardziej pewna siebie' to może być prawdziwsze ale brzmi słabiej.
To jest jeden z najstarszych sporów w tej tematyce i nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Coué pracował z formą 'każdego dnia i pod każdym względem jest mi coraz lepiej' - czyli forma procesowa, nie stanowa. I ta formuła przez długi czas uznawana była za skuteczniejszą właśnie dlatego że nie wymagała wiary w coś nieprawdziwego. Mózg nie musi przyjąć kłamstwa, tylko kierunek.
a co z afirmacjami które są bardzo ogólne? bo wiele tych które widziałam to zdania w stylu 'przyciągam obfitość' albo 'jestem w harmonii'. to w ogóle cokolwiek znaczy czy to tylko ładnie brzmi?
No i wróciłyśmy do sedna. Bo właściwie to jest moje pierwotne pytanie - czy to co działa to sama afirmacja czy wszystko wokół niej. Zatrzymanie, intencja, regularność. A słowa może są drugorzędne?
Ja chyba skłaniam się ku temu że słowa nie są drugorzędne, ale nie są też wystarczające same w sobie. Jakiś czas temu próbowałam powtarzać afirmacje zupełnie mechanicznie, przy okazji, bez zatrzymania. I nic. Potem zaczęłam robić z tego krótki rytuał - chwila ciszy, kilka oddechów, dopiero afirmacja. I coś się zmieniło. Nie wiem czy to kontekst czy treść, ale bez tego otoczenia nie czułam żadnej różnicy.
