Mam wrażenie, że ta dyskusja cały czas krąży wokół jednego pytania, które chyba nie ma jednej odpowiedzi - ile afirmacja jest w stanie zrobić sama, a ile wymaga czegoś obok. I to jest chyba właśnie punkt, który w tytule nie jest oczywisty. Pytałam o przeszłość, a tu wychodzi że granica nie jest w przeszłości czy teraźniejszości, tylko w tym, czy afirmacja działa na powierzchni czy dotyka czegoś głębiej.
Ale czy to nie jest trochę tak, że wszystko zależy od tego, skąd pochodzi dane wspomnienie? Bo inne jest wspomnienie z dzieciństwa, które leżało w nas latami, a inne coś z niedawna, co jeszcze boli świeżo. Afirmacja na jedno i drugie może działać zupełnie inaczej.
Zostańmy przy tej przeszłości, bo Adeptka miała rację, że tu leży sedno. Mam pytanie do Igorka albo Norberta - czy jest w ogóle jakiś sens afirmować coś o konkretnym zdarzeniu z przeszłości, np. 'to co mnie spotkało miało sens', czy to już jest zbyt duże naginanie rzeczywistości?
Janeczko, myślę że to jest właśnie to pytanie, które w tym temacie jest kluczowe. Bo 'to co mnie spotkało miało sens' - to nie jest afirmacja o sobie, tylko o zewnętrznym zdarzeniu. I tu widzę wyraźną różnicę. Afirmacja o sobie może stopniowo zmieniać wewnętrzną narrację. Afirmacja o zdarzeniu... to już bardziej racjonalizacja. Nie wiem, czy to jeszcze leży w tym, co afirmacja faktycznie robi.
Ulga kontra napięcie - to mi coś otwiera. Mam swoje przykłady, gdzie właśnie to napięcie powinno było mnie ostrzec, że afirmacja jest przedwczesna. A ja to napięcie interpretowałam jako 'opór przed zmianą', który trzeba przebić powtarzaniem. Może to był błąd.
Dobra, ale wróćmy do Adeptki, bo ona pytała konkretnie o przeszłość. Bo te wszystkie rzeczy o oponie, napięciu, pieczeciach - to ma sens gdy afirmujemy coś o sobie teraz. Ale co jeśli chcesz afirmować, że przeszłość wyglądała inaczej? Że było okej, gdy nie było? Czy to w ogóle ma sens?
Właśnie o to mi chodziło. Nie o to, żeby kłamać sobie że coś było dobre gdy było złe. Raczej o to, czy przez zmianę nastawienia w teraźniejszości można zmienić to, jak przeszłość na mnie działa. Tzn. samo zdarzenie zostaje, ale jego ciężar - czy to się da przepisać?
To, o czym mówisz, jest moim zdaniem możliwe, ale nie przez afirmację samą w sobie - raczej przez zmianę perspektywy, do której afirmacja może być jednym z wejść. Bo ciężar wspomnienia to nie jest właściwość samego zdarzenia, tylko sposób, w jaki je trzymamy. I to się zmienia. Ale powoli, i nie zawsze przez powtarzanie zdań.
Czy nie jest tak, że większość ludzi, którzy pracują z afirmacjami, nigdy tej próby nie robi? Czyli właśnie nie wraca celowo do wspomnienia, żeby sprawdzić - tylko po prostu stara się żyć dalej i zakłada, że jest lepiej. A jak pytanie wraca, to wracają też emocje.
Ale jak często tę weryfikację robić? Bo jeśli mam co tydzień wracać do czegoś bolesnego żeby sprawdzić czy przestało boleć - to brzmi jak odwrotność terapii. To chyba by tylko nakręcało.
A co z afirmacjami, które dotyczą nie tyle konkretnego wspomnienia, co ogólnego wzorca? Np. 'byłam traktowana dobrze' albo 'ludzie w moim życiu mnie wspierali' - kiedy to nie jest prawda obiektywnie, ale chcesz przepisać to ogólne przekonanie o przeszłości. Czy to jest w ogóle etyczne wobec siebie?
Kazia, to jest właśnie to pytanie, które mnie tu przyciągnęło. Bo ja nie szukam kłamstwa - szukam czy można zmienić to, jak przeszłość działa na moje dzisiejsze decyzje. Nie przepisać faktów, tylko ich wpływ. I ciągle nie jestem pewna, czy afirmacja jest do tego właściwym środkiem, czy tylko daje złudzenie zmiany.
Myślę że to, o czym mówisz, jest możliwe - ale wymaga czegoś, czego sama afirmacja nie ma: konkretnego zdarzenia, które potwierdza nowy wzorzec. Tzn. możesz mówić 'byłam traktowana dobrze', ale jeśli nie masz żadnego realnego przykładu, na którym możesz to oprzeć - afirmacja będzie wisieć w powietrzu. Natomiast jeśli znajdziesz choć jeden przykład, który pasuje do tej nowej narracji - afirmacja może zacząć się do niego przyklejać. I to jest ten moment, gdzie zaczyna działać inaczej.
No ale Elwirka, skąd wziąć ten przykład, jeśli przeszłość rzeczywiście była w większości zła? Piszesz, że trzeba mieć coś realnego, na czym można oprzeć nowy wzorzec - ale co jeśli ktoś tego nie ma? Że naprawde nie było takiego momentu, do którego można by sięgnąć?
A co jeśli ktoś po prostu nie pamięta? Albo nie chce grzebać w przeszłości żeby szukać tych dobrych chwil, bo ryzyko jest takie że wyciągnie przy okazji coś gorszego? Mówicie o tym jakby to było proste ćwiczenie, a dla niektórych ludzi to jest kopanie w bardzo niestabilnym gruncie.
Słuchajcie, ja rozumiem ten podział, ale zastanawiam się czy nie wpadamy w pułapkę zakładania, że afirmacja to jedyne wejście do zmiany przekonań o przeszłości. Bo ja zmieniłam kilka głęboko zakorzenionych przekonań z dzieciństwa - i nie przez żadną afirmację, tylko przez rozmowy. Jeden człowiek, który inaczej zinterpretował zdarzenie, które ja nosiłam jako swój wstyd.
To, co Dianka napisała, dużo mi wyjaśnia. Może stawiałam afirmacji za wysokie wymagania - że ma sama zainicjować zmianę. A może jej rola jest bardziej konserwująca niż inicjująca. Ale wtedy pytanie wraca do początku tego wątku: czy w ogóle można afirmować przeszłość, skoro afirmacja jedynie utwierdza to, co już zmienia się skądinąd?
Może to jest właśnie odpowiedź na tytuł tego tematu? Że nie afirmujesz przeszłości jako faktu, tylko afirmujesz swoje aktualne nastawienie do tego faktu. 'Przeszłość mnie ukształtowała, ale mnie nie definiuje' - to jest zdanie o teraźniejszości, nie o przeszłości. Fakty nie zmieniają się, zmienia się tylko miejsce, z którego na nie patrzysz.
Myślę że decyduje właśnie to zakorzenienie, o którym wcześniej mówiła Elwirka. Sama zmiana sformułowania z 'byłam traktowana źle' na 'przeszłość mnie ukształtowała' to za mało. Ale jeśli masz już ten jeden realny przykład, jedno wspomnienie, które potwierdza nową wersję - wtedy ta afirmacja dostaje jakiś grunt pod sobą. Bez gruntu to rzeczywiście tylko ładna formułka.
Pawełku, ale co z sytuacją, gdzie ktoś ma same złe wspomnienia i próbuje afirmować przez lata, żeby zmienić wzorzec? Czy to w ogóle może zadziałać bez żadnego zewnętrznego kotwiczenia? Bo Dianka mówiła o rozmowie, Elwirka o mikrozdarzeniu - ale nie każdy ma dostęp do takich rzeczy na zawołanie.
