Obserwuję tę dyskusję od dłuższego czasu i mam jedno wrażenie - wszyscy, którzy mówią, że afirmacje im działają, opisują afirmacje, które są bardzo konkretne albo bardzo krótkie. Nikt nie mówi, że pomaga mu 'jestem osobą, która każdego dnia z radością realizuje swoje cele'. Może samo to coś mówi o tym, jakie afirmacje są warte uwagi.
Wracam do pytania z początku dyskusji, bo myślę, że po tych kilkudziesięciu postach można już podsumować coś konkretnego. Afirmacje na motywację działają na prokrastynację wtedy, kiedy za prokrastynacją stoi coś, co afirmacja może zaadresować - lęk, przekonanie o sobie, opór. Kiedy stoi za nią nuda albo brak sensu - nie działają. Czy ktoś ma z tym niezgodę?
Nie mam niezgody, ale chcę dodać jedną rzecz. Nawet kiedy afirmacja nie 'rozwiązuje' prokrastynacji, może pełnić funkcję rytuału przejścia - czegoś, co sygnalizuje umysłowi, że czas zmienić tryb. Niekoniecznie przez swój sens, ale przez samo powtórzenie. Czy to liczy się jako 'działanie'? To już kwestia definicji, ale efekt może być realny.
Malachit77 zadał pytanie, które chyba naprawdę zmienia optykę całej rozmowy. Jeśli może działać dowolny rytuał powtarzalny - to po co w ogóle afirmacje? Co dają konkretnie słowa, czego nie dałoby na przykład trzy głębokie oddechy albo zakręcenie kubkiem kawy w tę samą stronę?
Słowa dają jedną rzecz, której oddech nie daje - nadają znaczenie. Możesz trenować oddech jako rytuał, ale jeśli za nim nie idzie żaden komunikat, umysł nie dostaje sygnału 'wiem, co teraz robię i po co'. Afirmacja - nawet nieidealna - mówi mózgowi coś konkretnego o intencji. Oddech tylko zmienia fizjologię.
Wróciłam do początku tego wątku i zastanawiam się nad jedną rzeczą, która chyba nie padła wprost. Mówimy o afirmacjach na prokrastynację, ale czy ktoś rozróżnia, czy chodzi o prokrastynację przy zadaniach, które się po prostu odwleka, czy przy takich, których się wręcz boi? Bo to chyba zupełnie inny przypadek.
Ale tu wchodzi kolejny poziom problemu. Jeśli zadaję sobie to pytanie i odkrywam, że boję się oceny - to następny krok to afirmacja dotycząca tej oceny? Czy może raczej zmiana zachowania, żeby się przekonać, że ocena nie jest taka straszna? Bo afirmacja 'nie boję się oceny' brzmi jak przyklejanie plastra na złamaną nogę.
Tu jest sedno. Afirmacja sama w sobie nie zmieni przekonania, jeśli zachowanie temu przeczy. Jeśli przez tydzień powtarzam 'nie boję się oceny', ale ani razu nic nie zrobiłem i nie sprawdziłem, jak zareagowałem na feedback - słowa działają w próżni. Afirmacja działa wtedy, kiedy idzie razem z małym dowodem z działania.
Mam pytanie do tych, którzy afirmacje stosują od dłuższego czasu. Czy było coś, co was zaskoczyło - tzn. myśleliście, że afirmacja zadziała w jednym miejscu, a zadziałała w zupełnie innym? Bo słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że te rzeczy rzadko idą tam, gdzie się je posyła.
To ma znaczenie praktyczne. Jeśli zmiana nastąpiła dlatego, że się zatrzymałaś i w ogóle coś sobie powiedziałaś - to możesz osiągnąć ten sam efekt mówiąc cokolwiek. Jeśli natomiast konkretne słowa mają znaczenie, to dobór afirmacji jest kluczowy. Bez wiedzy, co zadziałało, błądzisz po omacku przy kolejnej próbie.
Chcę się tu wtrącić z prostym pytaniem, bo gubię się w tej dyskusji. Czy ktoś z was miał tak, że afirmacja działała na prokrastynację przez jakiś czas, a potem przestała? Albo odwrotnie - na początku nic, a dopiero po kilku tygodniach coś drgnęło? Bo mam wrażenie, że rozmawiamy o tym, czy afirmacje działają w ogóle, a nie jak długo i przy jakich warunkach.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że nikt nie powiedział wprost: co zrobić z momentem, w którym już wiem, że odkładam, mam swoją afirmację, mówię ją - i dalej nic? Tzn. powtarzam zdanie, rozumiem co robię, i siadam dalej do scrollowania telefonu. Co wtedy?
Ale skąd ktoś ma to wiedzieć sam o sobie? Serio pytam - to, co opisuje Perperuna, mogłoby być moją historią i ja naprawdę nie wiem, czy odkładam bo się boję, czy bo nie lubię, czy bo coś innego. Afirmacje brzmią łatwo, ale żeby je dobrać trzeba najpierw zdiagnozować siebie, a to chyba wcale nie jest proste.
To co mówi Lawendowa o puszczaniu przypomina mi coś, o czym słyszałam: że prokrastynacja przy oddawaniu to inny problem niż prokrastynacja przy zaczynaniu. Zastanawiam się, czy w ogóle powinnyśmy te dwa problemy traktować tak samo i szukać jednej metody dla obu. Bo może to nie jest jedna rzecz?
Wracam do tego, co pisała Perperuna kilka postów wyżej - że nawet te dwie minuty nie działają. Zastanawiam się, czy w takim przypadku afirmacja w ogóle ma sens bez jakiegoś zewnętrznego bodźca. Tzn. czy komuś kiedyś pomogło coś, co nie polegało na mówieniu do siebie, tylko na zmianie otoczenia - inne miejsce, wyłączony telefon, cokolwiek?
Zmiana miejsca u mnie działa, ale tymczasowo. Przenoszę się do kuchni, zaczynam, po chwili i tak odpływam. To trochę jak przestawianie problemu z pokoju do pokoju. Ale może łączenie tego z afirmacją byłoby inne - nie próbowałam.
A czy można to przeafirmować? Tzn. za dużo, za często? Bo jak słyszę, że może kilka razy dziennie, to zastanawiam się, czy jest jakiś punkt, w którym zdanie traci znaczenie przez samo powtarzanie.
Podsumowując to, co się tu ułożyło w tej dyskusji - i mam wrażenie, że to jest bardziej złożone, niż się spodziewałem, kiedy otwierałem ten temat - wychodzi, że afirmacja sama w sobie nie rusza prokrastynacji, ale może być częścią sekwencji, jeśli jest konkretna, bliska momentowi działania i naprawdę słyszana. Czy ktoś próbował tego świadomie jako systemu, a nie pojedynczego narzędzia?
Czytam to podsumowanie Karrota i mam jedno pytanie, które mi zostało - on pisał o sekwencji, że afirmacja musi być blisko działania. Ale co jeśli samo ułożenie sekwencji jest problemem? Tzn. ja na przykład wiem, że powinnam powiedzieć zdanie tuż przed otwarciem pliku, ale i tak tego nie robię. Czy to znaczy, że problem jest głębiej?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, czy to znaczy, że przez te kilka tygodni, kiedy mówiłam zdanie rano i nic z tego nie wychodziło, robiłam to po prostu źle? Tzn. nie źle w sensie złych słów, tylko zła forma?
Zastanawiam się jeszcze nad czymś, co gdzieś tu przemknęło, ale nie zostało rozwinięte. Mówiliśmy o afirmacji jako sygnale do startu - ale czy ten sygnał musi być słowny? Czy zdanie jest tu kluczowe, czy może to być jakiś gest, ruch, cokolwiek, co pełni tę samą funkcję?
Może być cokolwiek, co mózg skojarzy z działaniem przez powtarzanie. Zdanie ma tę przewagę, że jest precyzyjne - możesz w nim zawrzeć intencję. Gest czy ruch jest neutralny, dopóki nie nałożysz na niego znaczenia. Więc nie jest tak, że słowo jest kluczowe, ale jest wygodne.
Właśnie o to mi chodziło wcześniej, tylko inaczej to ujęłam. Jak robię coś, co ma dla mnie sens, afirmacja działa jak wzmocnienie. Jak robię coś, co czuję jako narzucone z zewnątrz, żadne zdanie tego nie zmienia. Pytanie więc, czy prokrastynacja jest czasem sygnałem, że coś jest nie tak z samym zadaniem, a nie z nami?
No i tu chyba leży odpowiedź na to, co sam postawiłem na początku. Afirmacje nie są odpowiedzią na prokrastynację jako całość, ale mogą być jednym elementem układanki, jeśli wiemy, gdzie je wstawić. Problem w tym, że większość z nas - ja też - próbowała tego jako jedynej metody i się dziwiła, że nie działa. Pytanie do was: czy ktoś faktycznie stosuje to jako element jakiejś szerszej struktury i widzi różnicę?
Karrot trafnie to podsumował, ale zostaje mi jedno pytanie bez odpowiedzi. Jeśli afirmacja działa jako element sekwencji, a nie samodzielnie - to dlaczego w ogóle musi to być afirmacja? Czemu nie zwykłe przypomnienie w telefonie albo kartka na monitorze? Co konkretnie wnosi to sformułowanie pozytywne, którego nie wnosi neutralny sygnał?
A jak ktoś nie wie, jakich słów użyć? Tzn. rozumiem, że własne jest lepsze niż gotowe, ale ja na przykład jak zaczynam coś formułować, to kręcę się w kółko i wychodzi mi albo coś zbyt ogólnego, albo coś, co brzmi jak rozkaz sam dla siebie. Czy jest jakiś sposób na to?
Słucham tej rozmowy o formułowaniu i trochę mnie to odciąża, bo myślałam, że to ja coś robię nie tak. Ale mam pytanie - czy powtarzanie ma znaczenie? Tzn. wszyscy mówią 'regularne', ale czy to znaczy codziennie, kilka razy dziennie, raz w tygodniu? Czy częstotliwość wpływa na to, czy to w ogóle zadziała przy prokrastynacji?
