Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Czy afirmacje w ogóle mają sens w momencie, kiedy człowiek jest w środku paniki? Próbowałam kilka razy powtarzać sobie 'jestem spokojna, jestem bezpieczna' podczas napadu lęku i to po prostu nie działało. Czułam się wręcz głupio, bo mój mózg krzyczał co innego. Może źle to robię, może nie te afirmacje, a może w kryzysie emocjonalnym to w ogóle nie jest odpowiedni moment? Ciekawa jestem, czy ktoś ma inne doświadczenia.
To nie jest kwestia złych afirmacji ani złego wykonania. W momencie ostrego stresu układ nerwowy przełącza się na tryb walki lub ucieczki i kora przedczołowa, czyli ta część mózgu, która odpowiada za racjonalne przetwarzanie języka i przekonań, dosłownie traci pierwszeństwo. Ciało nie słyszy słów, bo jest zajęte przeżywaniem zagrożenia. Dlatego klasyczna afirmacja powtarzana mechanicznie w szczytowym momencie paniki rzadko kiedy cokolwiek zmienia. To nie jest mit ani wymówka, to neurobiologia. Pytanie nie brzmi więc 'czy działają w kryzysie', tylko 'kiedy i jak je stosować, żeby w ogóle dotarły'.
Zgadzam się z Irgą co do mechanizmu, ale trochę inaczej to widzę w praktyce. Nie chodzi o to, żeby afirmacja zmieniła coś w środku paniki od razu. Chodzi o kotwicę. Jeśli regularnie pracujesz z konkretną afirmacją w spokojnym stanie, to w momencie kryzysu powtórzenie jej może zadziałać jak sygnał dla układu nerwowego, że to znane, bezpieczne. Nie jako magiczne zaklęcie, ale jako skojarzenie. Tylko że to wymaga wcześniejszego zakotwiczenia tej frazy w spokoju. Kornelia, czy regularnie używałaś tych samych słów przed napadem, czy sięgałaś po nie dopiero w kryzysie?
Poczekajcie, nie do końca rozumiem. Mówicie, że afirmacje twierdzące mogą działać odwrotnie? To po co w ogóle wszyscy polecają 'jestem zdrowa, jestem szczęśliwa' i tak dalej? Czytałam o tym w kilku miejscach i nigdzie nie widziałam żadnego ostrzeżenia.
A co z dźwiękiem? Słyszałem, że powtarzanie afirmacji na głos jest bardziej efektywne niż w myślach. Czy w momencie paniki to w ogóle jest możliwe, żeby powiedzieć coś głośno? Bo jak mam napad lęku, to mam problem z mówieniem w ogóle.
Dorzucę coś z innej strony. Pracuję czasem z kamieniami i zaobserwowałem, że w momentach silnego stresu samo trzymanie konkretnego kamienia w dłoni, który kojarzę z praktyką, działa szybciej niż jakiekolwiek słowa. Jakbym miał afirmację zakodowaną w przedmiocie. Nie wiem czy to placebo czy coś więcej, ale ciało reaguje na dotyk i na skojarzenie zanim zdąży przetworzyć słowa. Może to coś podobnego do tej kotwicy, o której pisała Wierzbina.
Ja mam inne pytanko, trochę z boku. Czy afirmacje można łączyć z oddechem, tak żeby jedna fraza przypadała na wdech i jedna na wydech? Gdzieś to widziałam ale nie wiem czy to ma sens czy nie. Bo może samo spowolnienie oddechu robi robotę a afirmacje są przy okazji?
Mam wrażenie, że rozmawiamy głównie o tym co zrobić w szczycie paniki, a ja mam inne pytanie. Czy są afirmacje, które warto robić regularnie właśnie po to, żeby zmniejszyć częstotliwość tych napadów albo ich intensywność? Tzn. praca prewencyjna a nie gasienie pożaru w trakcie. Bo to jednak dwa różne zadania.
Słucham tej rozmowy i chcę zapytać o coś, co mi się tu nie zgadza. Mówicie o neurobiologii i o korze przedczołowej, i rozumiem ten kierunek, ale czy ktoś rozważa też to, że afirmacja może działać na poziomie energetycznym niezależnie od tego, czy umysł ją świadomie przetwarza? Pracuję z intencją i z przestrzenią i widzę efekty, których nie tłumaczy sam mechanizm poznawczy. Nie twierdzę, że neurobiologia się myli, ale może to nie jest pełen obraz.
Ta rozmowa dużo mi dała. Rozumiem teraz, że mój błąd polegał na tym, że sięgałam po afirmacje jak po tabletkę w środku kryzysu, nie budując wcześniej żadnej praktyki. Mam pytanie do Irgi albo do Wierzbiny: od czego zacząć tę regularną pracę, żeby w ogóle miała szansę zadziałać jako ta kotwica? Czy jest jakaś minimalna częstotliwość albo forma, którą polecacie?
zacznij od jednej frazy, nie zestawu. Wybierz coś, co jest dla ciebie prawdziwe teraz, nie ideał do osiągnięcia. Coś w stylu 'potrafię wrócić do siebie' jest bliższe temu, co mózg zaakceptuje, niż 'jestem absolutnie spokojna'. Powtarzaj ją rano przez kilka minut, najlepiej z ręką na klatce piersiowej, żeby dodać bodziec dotykowy. I ważne: rób to codziennie przez co najmniej kilka tygodni zanim sprawdzisz, czy zadziała jako kotwica w trudnym momencie. To nie jest kwestia dni.
zanim skocznę do konkretów, chcę się upewnić, że dobrze rozumiem twój punkt startowy. Masz teraz jakieś momenty w ciągu dnia, gdzie jesteś względnie spokojna i mogłabyś usiąść z tą frazą na kilka minut? Bo to jest pierwszy warunek, żeby w ogóle cokolwiek zadziałało.
dokładnie. I tu jest ważna rzecz, którą Wierzbina już sygnalizowała. Nie chodzi o długość sesji. Trzy minuty rano, regularnie, przez kilka tygodni, zbudują więcej niż godzina raz w tygodniu. Mózg uczy się przez powtórzenie w czasie, nie przez intensywność jednorazową.
Słucham tej dyskusji od początku i mam jedno podstawowe pytanie, które mi się kręci w głowie. Skoro afirmacje głównie działają przez nawyk i kotwicę, a nie przez samą treść, to po co w ogóle dbać o słowa? Czy nie wystarczyłoby powtarzać dowolną frazę?
Słucham tej wymiany między Irga a Krysztalem i mam wrażenie, że mówicie o dwóch ścieżkach do tego samego. Ja trafiłem na podobny podział przy pracy z kamieniami. Jedni mówią: działa bo wibracje, drudzy: działa bo fokus i placebo. A kamień leży w kieszeni i robi swoje niezależnie od tego, którą teorię przyjmiesz.
A ja chcę wrócić do wątku, który otworzyłam wcześniej, bo chyba nie dostałam pełnej odpowiedzi. Mówiliśmy o afirmacjach prewencyjnych, czyli pracy regularnej, zanim przyjdzie kryzys. Ale mnie interesuje coś konkretniejszego: czy są takie frazy, które szczególnie nadają się do tej prewencji, czy to jest czysto indywidualne i każdy musi wypracować swoje?
Ale właśnie to mnie od początku nurtuje. Ja próbowałam te afirmacje podczas jednego napadu paniki i kompletnie nie mogłam się skupić na słowach. Liczyły się tylko te sekundy żeby jakoś oddychać. Czy to znaczy, że po prostu nie miałam wystarczająco dużo tej wcześniejszej praktyki, czy może w prawdziwej panice to w ogóle nie ma szans?
To ważne pytanie i powiem uczciwie: badania nad napadem paniki pokazują, że przy pełnym pobudzeniu układu współczulnego, czyli tym co popularnie nazywamy trybem walki lub ucieczki, werbalne przetwarzanie jest mocno ograniczone. Kora przedczołowa dosłownie traci pierwszeństwo. Więc nie, to nie jest kwestia tego, że za mało ćwiczyłaś. To fizjologia.
nie powiedziałam, że nie zadziałają w ogóle. Powiedziałam, że werbalna warstwa jest ograniczona. Ale ciało zapamiętuje kotwice sensoryczne szybciej niż słowa. Jeśli afirmacja była zawsze połączona z konkretnym oddechem, konkretną pozą, to ten bezwerbalny element może zadziałać nawet wtedy, gdy słowa są niedostępne. To dlatego sam oddech bywa skuteczniejszy niż zdanie.
Wracam do pytania, które zadałam wcześniej i które trochę się zgubiło. Mówiliście o frazach prewencyjnych, o budowaniu nawyku. Ale czy ktoś ma konkretne doświadczenie z tym, że dana fraza działała albo nie działała w ostrym stresie, nie w napadzie paniki, ale w takim nagłym, silnym stresie, na przykład w pracy, kłótnia, zła wiadomość? Chodzi mi o coś konkretniejszego niż teoria.
Słucham tego wszystkiego i mam wrażenie, że rozmawiamy już bardziej o psychologii niż o afirmacjach w sensie, w jakim o nich słyszałam. Ja zawsze myślałam, że afirmacja to takie pozytywne zdanie, które zmieniasz powtarzając. A tu wychodzi, że chodzi głównie o odruchy ciała i sekundy dystansu. Czy to jest nadal to samo, czy już coś innego?
dokładnie tak. I to jest chyba najważniejsza rzecz w tym wątku, którą warto zabrać. Afirmacja budowana tylko jako zdanie do powtarzania nie ma szans w ostrym kryzysie. Ale afirmacja budowana od początku z oddechem, z gestem, z czymś konkretnym w ciele, to już inny mechanizm. Pytanie do Ciebie: czy gdy próbowałaś tamtej afirmacji w napadzie, miałaś jakąś wersję wcześniejszej praktyki somatycznej, czy to było pierwsze zetknięcie z tą frazą na poważnie?
i to jest właśnie ten błąd, który najczęściej widzę. Ludzie sięgają po afirmacje dokładnie w tym momencie, gdy są do niczego, czyli gdy ciało jest już w pełnej reakcji stresowej. A potem mówią że nie działa. Tylko że to tak jakby zacząć uczyć się pływać w czasie gdy już toniesz.
A ja mam pytanie, które się trochę kręci z tyłu głowy przez całą tę rozmowę. Mówiliśmy o oddech, geście, kamieniu. Ale czy ta kotwica sensoryczna musi być cały czas ta sama? Bo ja mam tendencję do zmieniania praktyki, szukania nowych fraz, nowych metod. Czy to niszczy to co zostało zbudowane?
A co jeśli ktoś ma tak że panika przychodzi bez żadnego ostrzeżenia? Mam koleżankę, która mówi, że u niej to dosłownie sekundy i już jest w środku kryzysu, nie ma żadnego momentu ostrzegawczego w którym mogłaby chwycić kamień albo zrobić oddech. Czy wtedy jest jakakolwiek szansa że to zadziała?
Wracam do wątku, który Iwetka poruszyła z tymi zmianami fraz. Bo mam na to nieco inne spojrzenie. Myślę, że problem nie jest w samej zmianie, tylko w tym że ludzie zmieniają zanim sprawdzą czy działa. Nie dają sobie szansy na obserwację efektu. Gdyby zmiana następowała po świadomym 'ta działa, teraz buduję następną', to byłoby zupełnie inne podejście niż 'ta mi się znudziła, wezmę inną'.
Dziennik obserwacji to coś, co chyba powinnam była robić od początku. Ale się bałam, że jak zacznę analizować, to przestanę czuć. Teraz myślę, że to był błąd w drugą stronę, bo nie miałam żadnego punktu odniesienia.
