Mam wrażenie, że temat emocji przy afirmacjach jest mocno pomijany w większości poradników. Wszędzie pisze się: powtarzaj, powtarzaj, a zadziała. Ale co jeśli podczas powtarzania czujesz wewnętrzny sprzeciw? Mam na myśli taką sytuację, kiedy mówisz "kocham swoje ciało" i coś w środku mówi: "nieprawda". Nie chodzi mi o brak wiary w afirmacje jako takie, tylko o ten konkretny dysonans, który pojawia się w trakcie. Czy ktoś z was miał podobnie i jak sobie z tym poradził? Czy w ogóle powinno się coś czuć podczas wypowiadania, czy to bez znaczenia?
Ten dysonans, o którym piszesz, to nie jest błąd w praktyce, to jest sygnał. Umysł po prostu nie przyjmuje czegoś, w co jeszcze nie wierzy. I właśnie dlatego afirmacje w stylu "jestem bogata", "jestem piękna", "kocham siebie" tak często nie działają dla większości ludzi, szczególnie na początku. Pytanie jest takie: czy zmuszasz się do czucia czegoś konkretnego, czy tylko powtarzasz słowa?
Zawsze myślałem, że im silniejsze emocje podczas afirmacji, tym lepiej. Że to kwestia zaangażowania. Ale to co piszesz Shangie sugeruje, że może być inaczej. Jak to więc powinno wyglądać? Neutralnie, bez emocji?
Też się nad tym zastanawiam. Czy ten dyskomfort z czasem mija, czy trzeba go od razu eliminować przez zmianę formuły? Bo jeśli zmieniamy afirmację za każdym razem, gdy pojawia się opór, to czy w ogóle dojdziemy do czegoś głębszego?
Mam pytanie, bo trochę się gubię. Czy wy rozróżniacie afirmacje wypowiadane na głos od tych pisanych albo myślanych? Bo mam wrażenie, że to może mieć znaczenie właśnie pod kątem tych emocji, o których pisze Klaudia05.
U mnie działało pisanie właśnie. Głośne powtarzanie zawsze kończyło się tym poczuciem zakłamania. Ale pisanie, szczególnie powolne, zdanie po zdaniu, było inne. Jakby mózg miał chwilę, żeby to przyswajać zamiast od razu odrzucać. Nie wiem czy to ma sens.
A ja mam inne doświadczenie. Pisanie mi nie pomagało, bo skupiałam się na ortografii i na tym, żeby było ładnie. Dla mnie lepiej działało mówienie, ale dopiero po jakimś krótkim medytacyjnym wyciszeniu. Jakby doprowadzeniu się do stanu, gdzie opór jest trochę mniejszy. Czy to jest w ogóle poprawne podejście? Nie mam pewności.
Wracając do tego co pisała Klaudia05 na początku, to mnie najbardziej ciekawi ta kwestia dysonansu. Czy jest jakaś metoda na sprawdzenie, czy afirmacja jest dla mnie "za duża"? Bo rozumiem, że "uczę się akceptować" jest mniejszym skokiem niż "kocham siebie", ale skąd wiem, gdzie jest moja granica?
Czytam i mam jedno zastrzeżenie. Wydaje mi się, że za dużo tu indywidualizujemy, a zapominamy o kontekście, w którym afirmacje są wypowiadane. Bo jeśli ktoś powtarza "akceptuję siebie" siedząc przy biurku między jednym a drugim mejlem, to żaden stan wyciszenia tego nie uratuje. Środowisko i rytualność otoczenia mają swoje znaczenie.
Ale czy to nie jest właśnie powód, dla którego tyle osób porzuca afirmacje po dwóch tygodniach? Nie dlatego, że metoda nie działa, tylko dlatego, że startują z formułą zbyt odległą od tego, w co są w stanie uwierzyć, i nie mają żadnego przygotowania. A potem mówią, że to ściema.
Właśnie o to mi chodziło w oryginalnym pytaniu, tylko nie umiałam tego tak nazwać. Że gotowe afirmacje są pisane z perspektywy końcowego stanu, a nie z perspektywy kogoś, kto jest gdzieś w połowie drogi. I ten rozdźwięk czuć natychmiast.
Tu wchodzi jeszcze jedna kwestia, o której nikt nie wspomniał. Kiedy używasz cudzej formuły, to oprócz treści wnosisz też cudzy rytm, cudzą składnię, często też strukturę emocjonalną kogoś, kto jest w zupełnie innym miejscu niż ty. I twój umysł to wyczuwa, choć nie zawsze świadomie.
Mam inne podejście do tej całej dyskusji. Wy mówicie głównie o tym, co czuć podczas afirmacji i dlaczego coś nie działa. A mnie bardziej ciekawi to, co się dzieje po. Afirmacja to nie moment jednorazowy. Jeśli powtarzasz jakąś formułę przez kilka tygodni, to nawet jeśli przez pierwsze dni jest opór, potem ten opór jest inaczej zabarwiony. Pytanie, czy ktoś z was to obserwował?
To jest jedno z trudniejszych rozróżnień w całej tej praktyce. Rosnący opór ma różne barwy i naprawdę trudno je odróżnić bez chwili zatrzymania. Ale jest jedna rzecz, którą obserwuję u siebie: opór, który prowadzi do czegoś, ma w sobie jakiś ładunek, napięcie. Opór, który jest po prostu zmęczeniem formułą albo jej niedopasowaniem, jest płaski, nijaki, trochę jak mówienie słów bez żadnego echo. Czy to pasuje z czymś, co sama czujesz?
Właśnie to rozróżnienie między oporem "aktywnym" a "płaskim" jest kluczowe i rzadko ktoś o nim mówi. Opór aktywny, który boli albo drażni, często oznacza, że afirmacja uderzyła w przekonanie, które naprawdę tam siedzi. Płaski opór to najczęściej po prostu niedopasowanie formuły do stanu, trochę jak wkładanie klucza w złą dziurkę. Nic nie chce wejść, bo to nie ten zamek.
Ale jest jeszcze jeden wariant, o którym nikt tu nie wspomniał. Co jeśli ktoś nie czuje ani tego aktywnego oporu, ani płaskiego, tylko... nic? Wypowiada afirmację i jest zupełna pustka, zero reakcji. Nie wiadomo nawet, czy to dobry znak, czy zły. Mnie to spotkało kilka razy i za każdym razem byłam bezradna.
To, co Ballen opisuje, to coś, co w pracy z afirmacjami nazywa się czasem przejściem od twierdzeń do pytań albo od stanu do procesu. I dla mnie to jest właśnie sedno całego wątku otwartego przez Klaudię, że gotowe formuły zakładają, że jesteś już na końcu drogi, a praca z umysłem wymaga spotkania go tam, gdzie teraz jest.
Wracając do tego, co Herga i Seid mówili o oporze aktywnym i płaskim. Zastanawiam się, czy ta różnica nie jest też zależna od pory dnia albo stanu, w jakim się jest. Rano, zaraz po przebudzeniu, bywa, że to samo zdanie brzmi zupełnie inaczej niż wieczorem. Ktoś to obserwował?
Zastanawiam się nad tym, co Taurus podniósł, bo to się łączy z tym, co próbowałam opisać na początku. Jeśli rano afirmacja wchodzi łatwo, bo filtr jest niższy, to czy to nie oznacza, że to nie jest naprawdę moje przekonanie, tylko coś, co wchodzi przez otwarte drzwi? I potem kiedy drzwi się zamkną, ono znika. Czy ktoś to obserwował u siebie?
To jest konkretne i dobre pytanie. Różnica jest taka, że jeśli afirmacja zostaje tylko dopóki filtr jest niski, to faktycznie nie ma trwałego efektu. Ale jeśli powtarzasz ją wystarczająco długo w tym oknie, zaczyna ona zostawiać ślad, który z czasem jest dostępny też poza nim. To nie dzieje się po jednej sesji, ale też nie jest tak, że rano to tylko chwilowe złudzenie.
Mam pytanie do kogoś, kto pracował z tymi formułami procesowymi dłużej. Czy jest jakiś moment, w którym powoli przestajesz potrzebować "uczę się" i możesz powiedzieć "wiem" albo "jestem"? Czy to w ogóle jest cel, do którego dąży ta praktyka, czy raczej zostaje się przy procesie na stałe?
I to jest właśnie to, co próbowałam uchwycić pisząc ten temat. Że jest różnica między neutralnością, która jest wyjściem, a neutralnością, która jest ścianą. Ale jak osoba, która zaczyna, ma to w ogóle odróżnić? Bo z zewnątrz wyglądają identycznie.
Różnicę widać w tym, co dzieje się po kilku powtórzeniach, nie po pierwszym. Jeśli po kilku dniach zdanie nadal jest neutralne, ale zaczynasz zauważać, że gdzieś obok niego pojawia się myśl, cokolwiek, nawet sprzeciw, to znaczy, że zdanie żyje. Jeśli po kilku dniach jest tak samo jak pierwszego, to masz ścianę, a nie wyjście.
Widzę tu pewne uproszczenie. Zdanie "pozwalam sobie" też jest deklaracją, tylko mniej konkretną. Umysł i tak może ją porównywać ze stanem faktycznym, szczególnie jeśli od lat się czegoś nie pozwalał. Pytanie do Ballena: czy masz obserwacje, że ten format naprawdę omija ocenę, czy raczej zmniejsza jej intensywność?
Wracając do sedna tematu, bo trochę odeszliśmy od emocji przy wypowiadaniu. Wszystko, o czym rozmawiamy, formuły procesowe, zdania zdejmujące zakazy, poziom prawdziwości, to są strategie doboru afirmacji. Ale pytanie brzmiało też: co powinna czuć osoba, gdy ją wypowiada. I nadal nie padła tu jasna odpowiedź, czy jest coś, co powinna czuć, czy coś, co nie powinno jej niepokoić.
I właśnie to jest, moim zdaniem, jedno z trudniejszych pytań w tej dyskusji. Bo sygnał do zmiany formuły nie jest oczywisty. Ja przez długi czas nie wiedziałam, czy trwać przy zdaniu, czy je zmienić. Co cię przekonało, że czas na korektę?
Przekonało mnie to, że przy pewnych zdaniach po kilku tygodniach nic się nie przesuwało. Żadna myśl obok, żaden opór, żadna reakcja ciała. Czysta pustka przy każdym powtórzeniu. I to nie było kojące, tylko mechaniczne. Jakbym recytowała rozkład jazdy autobusów.
