Mam taki problem, że zaczynam afirmować i wszystko gra, dopóki nie wejdę na Instagram. Widzę, że koleżanka już ma pracę, o której marzyłam, inna właśnie wyjechała w podróż, którą ja sobie "manifestuję" od roku, i cały ten spokój, który budowałam od rana, się sypie. Wracam do punktu wyjścia. Czy afirmacje w ogóle działają, jeśli ciągle oglądamy, co mają inni? Bo mam wrażenie, że mój umysł to jedno, a świat zewnętrzny to drugie i te dwa światy ze sobą nie rozmawiają.
To jest naprawdę częsty problem i cieszę się, że ktoś to w końcu nazwał wprost. Ja przez długi czas robiłam afirmacje rano, a potem przeglądałam media społecznościowe i sama sobie to niszczyłam. W końcu zaczęłam ograniczać telefon na te pierwsze godziny po przebudzeniu i sporo się zmieniło. Nie twierdzę, że afirmacje nagle zaczęły "działać cuda", ale przynajmniej utrzymywałam to nastawienie dłużej. Pytanie jest takie: czy afirmujesz coś ogólnego, jak "moje życie się układa", czy próbujesz afirmować konkretne rzeczy, które widzisz u innych?
Zastanawiam się, czy kwestia porównywania się nie jest głębsza niż sam dobór słów w afirmacji. Czytałem kiedyś o tym, że chęć posiadania czegoś, co ma ktoś inny, to już jest informacja o tym, czego naprawdę chcemy, czy tylko o tym, że zazdrościmy konkretnej osobie. To dość duża różnica. Bo jeśli koleżanka ma tę pracę i to cię boli, to czy chcesz tej pracy, czy chcesz po prostu być dalej w życiu niż teraz? Afirmacje na to drugie będą wyglądać zupełnie inaczej.
A jak w ogóle się robi te afirmacje żeby były na własną ścieżkę a nie na cudze życie? Bo ja próbowałam pisać "jestem na swojej drodze" i czułam, że to brzmi pusto, jakbym powtarzała coś bez sensu. Może źle to sformułowałam?
Mam trochę inne podejście do tego tematu. Afirmacje w próżni to połowa roboty. Jeśli ktoś afirmuje, a jednocześnie ma głęboko zakorzenione przekonanie, że inni mają zawsze więcej albo że szczęście się kończy i trzeba się spieszyć, to żadna afirmacja tego nie przebije. Mówię poważnie. Widziałem ludzi, którzy latami powtarzali afirmacje i nic się nie zmieniało, bo nie dotknęli tego, co siedzi pod spodem. Porównywanie się z innymi często nie jest problemem samym w sobie, tylko objawem. Co jest tym przekonaniem bazowym, które sprawia, że cudzy sukces cię boli, a nie inspiruje?
właśnie to jest dobry trop. To przekonanie o limitowanym sukcesie to klasyczny wzorzec, który można rozbroić, ale nie samą afirmacją. Afirmacja może być etapem, ale jeśli zaczynasz ją powtarzać, zanim to przekonanie zostało choć trochę zakwestionowane, to afirmacja po prostu nie ma się do czego przyczepić. Jeden ze sposobów to zapisać to przekonanie dosłownie i potem spisać trzy sytuacje z własnego życia, które mu zaprzeczają. Dopiero potem afirmacja ma grunt pod nogi.
Ja bym do tego dodała, że przy porównywaniu się pomaga konkretny rytuał na wzmocnienie własnej energii, np. praca z kryształem agatu, który w tradycji metafizycznej odpowiada za poczucie własnego ja i stabilność. Przy afirmacjach trzymanie agatu w dłoni może wzmocnić przekaz, bo ciało też uczestniczy w procesie, nie tylko umysł. Sama tak robię i czuję różnicę.
Słucham tej dyskusji i mam jedno doświadczenie, które może pasować. Przez jakiś czas prowadziłam dziennik wdzięczności równolegle z afirmacjami i zauważyłam, że te dwie rzeczy razem pomagały mi wychodzić z trybu porównywania szybciej niż sama afirmacja. Dziennik wdzięczności bardziej konkretyzował to, co mam, a nie to, czego nie mam. Afirmacja budowała kierunek, ale wdzięczność zatrzymywała tę pętlę "ona ma, ja nie mam". Nie wiem, czy to działa u innych, ale u mnie był wyraźny efekt po kilku tygodniach.
A ja mam takie głupie pytanie, może. Czy afirmacje trzeba mówić głośno, żeby działały, czy wystarczy pisać albo myśleć? Bo czytałam gdzieś, że głos ma znaczenie, bo dźwięk wchodzi głębiej. Nie wiem, czy to prawda.
A co z tym że afirmacje mają byc w czasie terazniejszym? Słyszałam ze "będę" to błąd bo mózg odkłada na potem. Ale jak mam powiedzieć "jestem spokojna" kiedy właśnie płaczę i patrzę na czyjś profil na instagramie? To chyba nie ma sensu?
Wracając do samego tematu porównywania, bo trochę odeszliśmy. Mam taką obserwację z pracy z własnym wykresem, ale myślę, że działa szerzej: porównywanie się napędza się samo, jeśli nie masz jasno zdefiniowanego, co dla ciebie oznacza sukces albo spełnienie. Wtedy domyślnym miernikiem staje się to, co mają inni, bo to jest jedyny widoczny punkt odniesienia. Afirmacja mówiąca o "swojej ścieżce" bez tego jest pusta. Trzeba najpierw wiedzieć, jak ta ścieżka wygląda, choćby zarysowo.
jedno konkretne ćwiczenie, które może pomóc, to nie szukać odpowiedzi na to, czego chcesz, tylko zacząć od tego, czego nie chcesz i co cię drażni u innych. To, że ktoś ma coś, co cię boli, mówi sporo o twoich własnych priorytetach. Zamiast afirmować coś nieokreślonego, możesz zebrać te sygnały i spróbować z nich wyciągnąć, co naprawdę jest twoje. Nie mówię, że to prosta ani szybka robota, ale da się zacząć od czegoś małego, bez roku na górze.
Właśnie próbowałam tego, co proponował Halny77, i wypisałam z pięć rzeczy. I wiem, co mi wyszło. Że właściwie chcę spokoju i poczucia, że posuwam się do przodu, a nie tych konkretnych rzeczy, które mają tamte osoby. Tylko teraz nie wiem, jak to zamienić na afirmację, która brzmi prawdziwie, a nie jak slogan. Jak wy to robicie?
Jak dla mnie to kwestia tego, żeby afirmacja opisywała stan, a nie osiągnięcie. Czyli nie 'posuwam się do przodu' bo to brzmi jak zadanie do odhaczenia, tylko coś w stylu 'czuję, że moje życie ma swój rytm' albo 'moje kroki są moje'. Brzmi prościej niż jest, bo jak to piszę, to zdaję sobie sprawę, że sama musiałam kilka razy przeformułować zanim przestało mi brzmieć śmiesznie.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że poruszamy dwa różne poziomy jednocześnie: jeden to techniczny, czyli jak sformułować afirmację, a drugi to głębszy, czyli skąd w ogóle bierze się potrzeba porównywania. I zastanawiam się, czy afirmacje w ogóle mogą dotrzeć do tego drugiego poziomu. Czy ktoś ma doświadczenie z tym, że praca z afirmacjami zmieniła coś naprawdę trwałego w tym mechanizmie, a nie tylko na chwilę?
Ja się trochę zgubiłam w tej rozmowie o kamieniach, bo moje pytanie było inne. Próbowałam tej afirmacji o własnej drodze i dalej mi nie gra. Cynamonka pisała o 'moim rytmie', ale jak wymyślić coś, co brzmi prawdziwie dla mnie konkretnie, jeśli nawet nie wiem co jest moją ścieżką? Czy można afirmować coś, czego jeszcze nie znamy?
To 'mam zaufanie do swojego procesu' brzmi mi bliżej niż 'jestem na swojej drodze'. Nie wiem dlaczego, ale to pierwsze jakoś mniej zaciska. Spróbuję z tym przez jakiś czas. Tylko pytanie, jak długo trzeba powtarzać, żeby poczuć jakąś różnicę? Czy to jest indywidualne, czy jest jakaś ogólna zasada?
Indywidualne, zdecydowanie. Znam osoby, które po tygodniu mówią, że coś się zmieniło, i osoby, które po miesiącu dalej mówią, że nic. I nie zawsze to kwestia wiary ani starania. Czasem to kwestia tego, czy afirmacja trafia w rzeczywiste przekonanie, które chcesz zmienić, czy tylko w objaw. Jeśli afirmujesz własną ścieżkę, a pod spodem jest przekonanie, że nie zasługujesz na nic dobrego, to ta pierwsza afirmacja może być za płytka.
A co z tym, że stale się porównuję i potem ta afirmacja po prostu pada? Bo widzę kogoś na telefonie i od razu cały ten wewnętrzny spokój się sypie. Mam powtarzać ją wtedy właśnie, w środku tej irytacji, czy poczekać aż trochę opadnie?
To jest właśnie jedno z ważniejszych rozróżnień. Afirmacja jako ćwiczenie rutynowe, które robisz w spokoju, a afirmacja jako interwencja w momencie kryzysu - to dwa zupełnie różne zastosowania i niekoniecznie ta sama afirmacja sprawdza się w obu przypadkach. W środku silnej irytacji wiele osób stwierdza, że standardowe afirmacje po prostu nie mają szans, bo umysł jest już mocno zajęty czym innym.
Wracając do tego, co Janeczka pisała o tym, że spokój się sypie na widok telefonu - może warto pomyśleć o zakotwiczeniu afirmacji w jakimś fizycznym geście albo przedmiocie, który trzymasz przy sobie. Kamień albo koralik, który dotykasz kiedy czujesz, że zaraz wejdziesz w porównywanie. To nie zastępuje samej afirmacji, ale daje ciału sygnał, żeby się zatrzymać.
Czyli brzmi to tak, że afirmacja działa długoterminowo, a kamień albo gest to krótkoterminowy hamulec? Czy te dwie rzeczy mogą się wzajemnie wspierać, czy raczej jedno wyklucza drugie, jak się skupiasz na kamieniu, to mniej robisz wewnętrzną pracę?
Trzy sekundy to naprawdę mało, szczerze mówiąc. Mi się wydaje, że zanim w ogóle uświadomię sobie, że porównuję, to już jestem w środku tej czarnej dziury. Afirmacja wtedy w ogóle nie przychodzi mi do głowy, bo cała uwaga idzie na to, co ta osoba osiągnęła a ja nie.
a czy to może być kwestia tego, że afirmacja nie jest jeszcze dość głęboko zakorzeniona? Czytałem, że powtarzanie w momencie neutralnym, kiedy nie ma stresu, buduje coś w rodzaju toru. I dopiero jak ten tor jest wystarczająco przetarty, to w trudnym momencie masz szansę go złapać. Ale na początku to nie działa, bo tor jeszcze nie istnieje.
A wracając do tego porównywania konkretnie - zastanawiam się, czy nie pomogłoby afirmowanie czegoś związanego z procesem, nie z wynikiem. Bo kiedy widzisz kogoś, kto 'już tam jest', to porównujesz wyniki. A afirmacja w stylu 'rozwijam się we własnym tempie' odnosi się do procesu i jest trudniejsza do obalenia przez jedno zdjęcie w telefonie.
A czy da się w ogóle przestać porównywać? Bo czytałem gdzieś, że mózg porównuje automatycznie, to jego podstawowa funkcja - oceniać, hierarchizować. Może zamiast walczyć z porównywaniem, chodzi o to, żeby zmienić co się robi zaraz po tym, jak już się porówna?
To, co napisała Janeczka, że chodzi o tę sekundę po porównaniu - to brzmi prosto, ale w praktyce jest trudne do uchwycenia. Bo ta sekunda jest naprawdę krótka. Zastanawiam się, czy nie warto by mieć jakąś afirmację gotową specjalnie na ten moment, taką awaryjną, żeby nie musieć jej wymyślać w trakcie.
