Zaczęłam ostatnio pracować z afirmacjami na wybaczenie sobie i mam wrażenie, że coś nie gra. Powtarzam 'wybaczam sobie wszystkie błędy z przeszłości' i zamiast ulgi czuję jakiś opór, prawie złość. Jakby ta afirmacja była fałszywa. Czy to normalne? Może źle ją formułuję?
To co opisujesz brzmi znajomo. Chyba chodzi o to, że umysł po prostu nie wierzy w to co mu mówisz, szczególnie kiedy wina jest świeża albo sprawa poważna. Afirmacja działa chyba inaczej niż samo mówienie słów, nie? Mnie też zawsze zastanawiało jak to przeprogramowanie miałoby właściwie działać.
Sam miałem podobnie i w notatkach mam kilka spostrzeżeń z własnej praktyki. Opór przy afirmacji na wybaczenie siebie pojawia się najczęściej wtedy, gdy afirmacja jest za bardzo ogólna. 'Wybaczam sobie wszystkie błędy' to dla podświadomości puste zdanie, bo podświadomość myśli konkretem. Próbowałem podzielić to na etapy, najpierw samo nazywanie, co konkretnie chcę sobie wybaczyć, dopiero potem budowanie zdania. Różnica była wyraźna.
nie bój się, powrót do konkretu to właśnie klucz. Afirmacja musi być jak zaklęcie, precyzyjnie sformułowana. Zresztą tu chodzi też o to żeby powtarzać ją 108 razy dziennie, to jest magiczna liczba w wielu tradycjach i dopiero przy takim natężeniu zaczyna działać na energię winy.
A co jak ta wina jest naprawdę duża? Ja mam coś, co ciągnie się od kilku lat i żadna afirmacja tego nie rusza. Próbowałam też pracy z czakrą serca, ale nadal siedzę w tym samym miejscu. Czy jest jakaś kolejność, może najpierw trzeba coś innego, zanim zacznie się afirmacje?
To jest właśnie ciekawy punkt. W wielu tradycjach mądrościowych, nie tylko ezoterycznych, rozróżnia się między żalem, skruchą a wybaczeniem sobie. To trzy różne stany i nie można przeskakować do trzeciego bez przejścia przez dwa pierwsze. Stoicy na przykład kładli nacisk na to, żeby najpierw w pełni przyznać czyn i jego konsekwencje, dopiero potem pracować z akceptacją. Jeśli afirmacja na wybaczenie przychodzi za wcześnie, umysł ją odrzuca, bo brakuje środkowego kroku. Czy ktoś próbował afirmacji opartych na uznaniu błędu, nie od razu na wybaczeniu?
To jest coś, o czym w ogóle nie myślałam. Że zamiast od razu 'wybaczam sobie' można zacząć od uznania co się stało. Tylko jak długo powinno się być na tym etapie? Nie chcę utknąć w uznawaniu bez dojścia do tego wybaczenia.
Nie ma jednej odpowiedzi na to ile czasu. To co mówi Gnostyk ma sens, ale nie każda wina wymaga tych samych kroków w tej samej kolejności. Czasem opór, o którym mówiłaś na początku, to informacja, że nie chodzi o formułę afirmacji, tylko o to, że coś w tobie jeszcze nie jest gotowe na wybaczenie. Pytanie nie 'kiedy dojdę do wybaczenia', tylko 'co jeszcze potrzebuję zobaczyć w tej sprawie, zanim to puszczę'.
Zgadzam się z Zenobią w tym, że pośpiech przy wybaczeniu sobie potrafi odwrócić całą pracę. Sama kiedyś utknęłam przy bardzo podobnej afirmacji i dopiero jak przestałam gonić za konkretnym efektem, coś się ruszyło. Chociaż nie wiem czy to efekt afirmacji czy po prostu czasu.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie, bo jestem sceptyczna wobec afirmacji ogólnie. Czy jest jakieś wyjaśnienie dlaczego to w ogóle miałoby działać, poza 'przeprogramowaniem umysłu', bo to brzmi dla mnie jak metafora bez treści? Co tak naprawdę się dzieje kiedy ktoś powtarza zdanie o wybaczeniu?
Tu jest jedna rzecz, która umknęła w tej rozmowie. Wybaczenie sobie to nie jest stan, który się osiąga przez myślenie o nim. W większości tradycji, które znam, coś takiego wymaga działania, naprawienia, albo przynajmniej symbolicznego zamknięcia. Afirmacja bez żadnego rytuału czy gestu zewnętrznego może utknąć jako pusta formuła. Nie mówię, że afirmacje są bezużyteczne, mówię że sama afirmacja może nie wystarczyć, jeśli za nią nie stoi żaden akt.
To pytanie o zakopywanie kontra wybaczanie jest może najważniejsze w tym wątku. Różnica jest taka: zakopane wraca. Jak coś naprawdę zostało przepracowane, to nie znika, ale przestaje wywoływać ten sam rodzaj napięcia. Możesz o tym myśleć bez tego charakterystycznego ścisku. Marek Aureliusz pisał o tym w kontekście wspomnień jako o 'obrazach bez haczyka'. Afirmacja może pomóc, ale tylko jeśli jest wypowiadana z miejsca, w którym to napięcie już zaczęło opadać. Jeśli wypowiadasz ją i czujesz opór albo fałsz, to znak, że jesteś przed etapem, nie na etapie wybaczania.
Mam pytanie trochę z boku, bo dopiero czytam ten watek od poczatku. Czy afirmacja na wybaczenie sobie musi byc wypowiadana na głos? Bo ja jakoś nie mogę mówic do siebie po cichu, jakos to dziwnie brzmi w głowie.
Wracając do Bluszczyk i tego przyzwyczajenia do uczucia. Ja miałam dokładnie to samo i jakiś czas temu zaczęłam prowadzić coś w rodzaju dziennika napięcia, dosłownie skalę od 1 do 10 po każdym powtórzeniu afirmacji. Przez kilka tygodni widziałam, że liczba stopniowo spada. Wtedy wiedziałam, że coś się rzeczywiście zmienia, a nie tylko minął czas.
Mam pytanie do Gituski i w ogóle do dyskusji. Ta skala napięcia to brzmi dla mnie jak coś sensownego, ale jak rozróżniacie, że zmiana w liczbach wynika z afirmacji, a nie po prostu z tego, że o czymś więcej myślicie i sprawa się oswaja przez sam fakt uwagi? Bo można by było codziennie po prostu zapisywać zdarzenie bez żadnej afirmacji i może napięcie też by opadło.
Dorzucę coś, bo widzę że nikt jeszcze nie wspomniał o numerologii w kontekście dat. Jak masz datę zdarzenia, które chcesz przepracować, możesz obliczyć jej energię numerologiczną i wybrać dzień o przeciwnej energii na pracę z afirmacją. Na przykład zdarzenie z dnia o energii 4 to blokada, więc pracujesz w energii 5, która jest zmianą. To może wzmocnić efekt.
Wracam do tego co mówił Wedrowiec o czytaniu opisu zdarzenia jako świadek. To mnie mocno trafia, bo chyba cały czas byłam albo oskarżycielem siebie, albo uciekałam od tematu. Nigdy nie próbowałam po prostu opisać co się stało bez oceny. Czy taki opis pisać raz i odłożyć, czy wracać do niego?
z perspektywy pracy z przekonaniami, wielokrotny powrót do surowego opisu bez oceniania może faktycznie obniżyć ładunek emocjonalny przez sam proces oswajania. Ale jeśli powroty wywołują spiralę ruminacji, lepiej to z kimś przeprowadzić, nie samotnie. Afirmacja po takim opisie ma sens, tylko pilnuj żeby opis był neutralny. Jak zaczyna wchodzić ocenianie, zatrzymaj się.
Zenobia, rozumiem to o spirali ruminacji. Chyba właśnie dlatego dotąd unikałam tego tematu, bo bałam się, że wejdę w pętlę. Ale skoro to ryzyko, to jak w ogóle poznać moment, kiedy jest się gotową żeby zacząć? Czy afirmacja może być punktem wejścia, czy raczej powinnam najpierw przepracować sam opis?
To nie jest kwestia gotowości w sensie 'jestem gotowa i zaczynam'. Raczej chodzi o to, żeby pierwszy krok był na tyle mały, że nie uruchamia obrony. Jeśli afirmacja 'wybaczam sobie za X' wywołuje natychmiastowy sprzeciw wewnętrzny, to znaczy, że zaczęłaś od za wysoko. Można zacząć od czegoś poprzedzającego, np. 'jestem gotowa przyglądać się temu zdarzeniu'. To nie jest jeszcze wybaczanie, ale otwiera drzwi.
Wchodzę trochę z boku, bo czytałem o tym Norbert76 i jego pomyśle z datami. Gnostyk zakwestionował to od strony numerologicznej, ale mam inne pytanie, chyba bardziej podstawowe. Skąd w ogóle wiadomo, że data zdarzenia niesie w sobie jakąś energię, którą można 'zneutralizować' przez wybór odpowiedniego dnia pracy? Nie atak, naprawdę pytam, bo nie znam żadnego systemu który tak to ujmuje.
Mam jeszcze jedno pytanie do Wedrowca, bo wróciłam do jego posta. Napisał, że jeśli jest możliwość naprawienia krzywdy, to najpierw to. A co jeśli osoba, której się skrzywdziło, już nie żyje? Pytam bo mój przypadek jest właśnie taki i nie wiem czy wybaczenie sobie w ogóle jest wtedy możliwe bez tej drugiej strony.
To jedna z najtrudniejszych sytuacji i rozumiem, że to nie jest pytanie abstrakcyjne. Kiedy nie ma możliwości kontaktu, czy to przez śmierć, czy przez zerwanie bez szans na odbudowanie, przestrzeń do przepracowania jest tylko wewnętrzna. Część tradycji używa w takich przypadkach rozmowy z wyobrażeniem tej osoby, listu który się pisze i świadomie nie wysyła, albo symbolicznego aktu np. zapalenia świecy z konkretną intencją skierowaną do tej osoby. Nie chodzi o udawanie, że kontakt jest możliwy, ale o stworzenie wewnętrznego zamknięcia.
To spalenie listu brzmi dla mnie bardzo mocno i trochę się boję, że zrobię to za wcześnie i zamiast zamknięcia wywołam panikę. Czy jest jakiś sposób żeby sprawdzić, że jest się gotową do tego rodzaju gestu, czy to się po prostu czuje?
Czytam ten wątek od początku i nie zabrałam jeszcze głosu, ale to co napisał Wedrowiec o spokoju jako sygnale gotowości bardzo mi zostało. Ja tego spokoju w sobie długo szukałam i myślałam że go nie ma, a potem okazało się, że był, tylko wcześniej myliłam go z obojętnością i się go bałam. Może komuś to pomoże.
Kazia_85, to co napisałaś o spokoju, który myliłaś z rezygnacją, bardzo mi do czegoś dotarło. Właśnie próbowałam sprawdzić u siebie, co czuję i nie jestem pewna, czy to co mam to spokój, czy po prostu zmęczenie bólem. Czy jest jakaś różnica w odczuciu między jednym a drugim?
Dla mnie różnica była taka, że zmęczenie miało w sobie coś ciężkiego, jakby kamień, który leży i nie odchodzi. A spokój, kiedy w końcu przyszedł, był lżejszy, prawie niezauważalny na początku. Nie wiedziałam że to spokój dopóki nie zobaczyłam że przestałam wracać do tego samego miejsca w myślach w kółko.
