Cześć, mam pytanie, które pewnie jest podstawowe, ale nigdzie nie mogę znaleźć konkretnej odpowiedzi. Chodzi o ilość powtórzeń afirmacji dziennie. Słyszałem, że niektórzy robią 10 razy rano, inni 100 razy, jeszcze inni po kilkaset. Czy to w ogóle robi różnicę? Bo mam wrażenie, że jak robię 10 razy, to jestem po tym spokojny i mogę iść dalej, ale nie wiem czy to wystarczy. Z drugiej strony robienie 100 powtórzeń brzmi jak mechaniczne klepanie bez sensu.
Kluczowa jest liczba 21. Tyle dni i tyle powtórzeń dziennie potrzeba, żeby nowy wzorzec utrwalił się w podświadomości. To jest magiczna granica, poniżej której po prostu nie ma efektu. Polecam minimum 21 razy rano i wieczorem.
Moim zdaniem to zależy od tego, co chcesz osiągnąć daną afirmacją. Przy afirmacjach związanych z pewności siebie u mnie lepiej działała mniejsza liczba powtórzeń, ale z pełnym skupieniem, niż 100 razy na autopilocie przy myciu zębów. Pytanie jest trochę o jakość kontra ilość, nie?
Dokładnie to miałam na myśli. Liczba powtórzeń bez zaangażowania emocjonalnego to trochę jak recytowanie tabliczki mnożenia. Mózg rejestruje dźwięk, ale nie buduje nowego przekonania. Chodzi o to, żeby podczas powtarzania naprawdę czuć, że to prawda albo przynajmniej możliwość. Stan emocjonalny w trakcie jest ważniejszy niż sam przelicznik powtórzeń.
To może wróćmy do mojego pytania, bo trochę uciekliśmy. Jeśli liczy się jakość a nie ilość, to jaka jest minimalna liczba powtórzeń, żeby w ogóle coś zadziałało? Czy 3 razy z pełnym skupieniem to wystarczy?
nie sądzę, żeby istniała jedna odpowiedź na to pytanie. Sam zaczynałem od metody 369, czyli 3 razy rano, 6 razy w południe, 9 razy wieczorem, i to mi dobrze służyło przez jakiś czas. Potem przestałem liczyć w ogóle i skupiłem się na tym, żeby czuć to naprawdę podczas każdego powtórzenia, choćby tylko raz. Efekty były podobne.
A ta metoda 369, skąd to pochodzi? Pytam, bo widzę ją wszędzie na TikToku, ale nikt nie tłumaczy skąd się wzięła. Czy to ma jakieś starsze korzenie czy to jest coś nowego?
Mnie interesuje jeszcze inna kwestia. Jeśli robię afirmacje rano i wieczorem, to czy są one równoważne? Słyszałam, że wieczorne powtórzenia, tuż przed snem, działają głębiej, bo wtedy mózg przechodzi w stan alfa i jest bardziej podatny na sugestię.
z mojego doświadczenia lepiej jedno wieczorne z pełną uważnością niż dwa na szybko. Jeśli rano wychodzi ci tylko mechaniczne klepanie, to daruj sobie te poranne. Nie ma sensu dublować czegoś, co nie działa. Jakość naprawdę przebija ilość.
Ja przez jakiś czas robiłam po 100 powtórzeń dziennie, bo gdzieś przeczytałam, że im więcej tym lepiej, i po jakichś dwóch tygodniach miałam już serdecznie dosyć tej afirmacji. Zaczęłam ją omijać wzrokiem na ścianie gdzie miałam naklejoną. Teraz robię 9 razy wieczorem i chyba działa lepiej, przynajmniej na moje nastawienie.
Dobra, to żeby nie tracić wątku - rozumiem, że nasycenie semantyczne to realny problem przy dużej ilości powtórzeń. Ale jak wy to w praktyce rozwiązujecie? Zmieniacie sformułowanie afirmacji co jakiś czas, czy robicie przerwy?
oba podejścia mają sens, ale w różnych sytuacjach. Zmiana sformułowania działa, gdy treść jest ta sama, ale słowa zaczynają być puste. Przerwa działa, gdy masz poczucie, że afirmacja zaczęła ci ciążyć jako obowiązek. Ważne pytanie pomocnicze do siebie: czy czuję cokolwiek podczas powtarzania, czy tylko recytuję? Jeśli to drugie, to znak, że coś trzeba zmienić.
A jak długa przerwa ma sens? Bo zastanawiam się, czy nie ma ryzyka, że po przerwie po prostu trzeba zaczynać od zera i efekty, które się już zbudowały, przepadają.
To skąd w ogóle wzięły się te liczby w afirmacjach? Bo rozumiem metodę 369 jak już wcześniej pisaliście, ale co z liczbą 21 dni albo 40 dni, które też się pojawiają? Czy te 40 dni to coś z religii pochodzi czy też z psychologii?
Ale te ramy mentalne też mają swoją wartość, nie? Jeśli ktoś wierzy, że 40 dni wystarczy, to może wytrwać przez 40 dni, a bez tej liczby rzuciłby po tygodniu. Sam efekt placebo przekonania o metodzie może wspierać regularność.
To mnie trochę uspokaja, bo zaczynałem się zastanawiać czy te moje kilka powtórzeń dziennie ma jakikolwiek sens, skoro wszędzie piszą o setkach. Ale nadal nie wiem jak sprawdzić czy w ogóle idę w dobrym kierunku. Czy są jakieś sygnały, że afirmacje zaczynają działać?
sygnały są zazwyczaj subtelne. Zamiast nagłego przełomu częściej to jest coś w rodzaju: zauważasz, że stara narracja w głowie, ta negatywna, pojawia się trochę rzadziej. Albo reagujesz spokojniej na sytuację, która wcześniej by cię rozbiła. Nie zegar odliczający, tylko stopniowe przesunięcie w tym, jak myślisz o sobie.
Mnie się przydarzyło coś podobnego do tego, co opisuje Majka01. Przez kilka tygodni robiłam afirmacje związane z pewnością siebie i nie czułam żadnej zmiany. Potem znajoma powiedziała mi, że ostatnio wyraźnie inaczej mówię o sobie przy ludziach. Sama bym tego nie zauważyła. Czasem zmiana jest widoczna dla innych wcześniej niż dla nas.
Wrócę do kwestii ilości, bo to jest temat wątku i trochę odeszliśmy. Żadna liczba nie jest dobra ani zła sama w sobie. Problem polega na tym, że pytanie o liczbę powtórzeń często wynika z chęci znalezienia skrótu: ile muszę zrobić, żeby zadziałało. A to nie jest właściwe pytanie. Właściwe pytanie to: czy to, co robię, jest robione ze świadomością i czy jest regularne. Dziesięć powtórzeń dziennie przez miesiąc przebije setkę zrobioną raz w porywie entuzjazmu.
A co z pisaniem afirmacji zamiast mówienia? Słyszałam, że pisanie angażuje inne obszary mózgu i może być skuteczniejsze od recytowania. Czy ktoś to sprawdzał i porównywał ze sobą?
A co angażuje uwagę, to klucz. Ewunia70 pisanie ma też tę przewagę, że zostaje ślad, do którego można wrócić. Jak piszesz tę samą afirmację przez kilka tygodni i potem czytasz to, co pisałaś na początku, czasem wyraźnie widać, że stosunek do tej treści się zmienił. Nie dlatego, że napisałaś sto razy, ale dlatego, że gdzieś po drodze coś w środku przesunęło się o milimetr.
A jak to działa u osób, które w ogóle nie czują oporu przy afirmacjach? Pytam, bo mój znajomy twierdzi, że powtarza afirmacje i od razu czuje, że 'ma rację', żadnego konfliktu wewnętrznego. Czy to znaczy, że te afirmacje nic nie robią, bo nie ma oporu do przepracowania, czy wręcz odwrotnie, że już zadziałały?
Czyli jeśli afirmuję coś i od razu brzmi to dla mnie nieprawdziwie, to nie powinienem zaczynać od tego? Bo mam taką afirmację, którą wziąłem z jakiegoś artykułu, i za każdym razem jak ją mówię, mam wrażenie, że kłamię sam sobie. Nie wiem czy to normalny opór czy znak, że zacząłem od złego miejsca.
Emilianie, to bardzo typowa sytuacja, szczególnie przy afirmacjach wziętych z gotowych list. Jeśli brzmią jak kłamstwo, to nie dlatego, że coś robisz źle, ale dlatego, że odległość między tym zdaniem a twoim obecnym przekonaniem jest za duża. Możesz spróbować złagodzić formę. Zamiast 'jestem pewny siebie' coś w rodzaju 'uczę się ufać sobie' albo 'zauważam momenty, w których sobie ufam'. To nadal afirmacja, ale taka, której podświadomość nie odrzuca od razu jako fałszu.
Wracając trochę do ilości powtórzeń, bo chyba o tym miał być ten wątek. Czytałam, że metoda 3-6-9 Tesli działa właśnie dlatego, że te liczby mają szczególne właściwości energetyczne i że powtarzanie w tych rytmach harmonizuje wibracje z Wszechświatem. Czy ktoś to sprawdzał w praktyce?
Mam pytanie do całej dyskusji, bo trochę kręcimy się wokół tego samego: czy ktoś tutaj naprawdę prowadzi jakiś zapis tego, co robi i co się zmienia? Bo mam wrażenie, że większość z nas mówi 'wydaje mi się, że' albo 'czuję, że', a to jest bardzo nieostre. Czy jest jakiś sposób, żeby ocenić to mniej subiektywnie?
dokładnie tak to rozumiem. Dziennik praktyki mówi ci, ile zrobiłeś. Dziennik zmian mówi ci, czy to działa. I to jest fundamentalna różnica, bo możesz skrupulatnie zapisywać każde powtórzenie przez miesiąc i nie mieć żadnego punktu odniesienia do tego, czy cokolwiek się przesunęło.
