Siedzę od jakiegoś czasu z takim pytaniem i nie wiem, czy ktoś już o tym pisał. Chodzi mi o to, że robię afirmacje od kilku miesięcy, codziennie, rano i wieczorem. Powtarzam że jestem szczęśliwa, że mam dobre życie, że wszystko się układa. I... no właśnie. Czy to wystarczy? Tzn. czy sama afirmacja coś zmienia, czy jednak trzeba jeszcze coś robić? Bo czytałam różne rzeczy i jedne mówią, że afirmacja to gotowe rozwiązanie, inne że to tylko 'uzupełnienie'. Nie wiem co mam myśleć.
To jedno z trudniejszych pytań w całym temacie samorozwoju. Z mojego doświadczenia - afirmacje same w sobie niczego nie 'załatwiają' w sensie materialnym. Mogą natomiast zmienić to, jak patrzysz na sytuację, i to już jest coś. Ale jeśli czekasz że samo powtarzanie zdań sprawi, że życie się ułoży, to raczej się rozczarujesz. Co konkretnie chcesz osiągnąć tymi afirmacjami?
Zatrzymaj się na chwilę przy tym, co napisałaś - 'przyciągnie zmianę'. To jest dość kluczowe rozróżnienie. Afirmacje działają na poziomie przekonań, nie na poziomie fizycznej rzeczywistości. Jeśli przez lata wmawiasz sobie, że jesteś niegodna bliskości, to zmiana tego wzorca w głowie jest prawdziwą pracą. Ale to nie jest magia sprawcza w sensie 'siedzę, powtarzam, a świat się przestawia'. To sposób do zmiany wewnętrznego dialogu, który potem wpływa na to, co robisz i jak się zachowujesz. Pytanie do Ciebie: czy zauważyłaś jakąkolwiek zmianę w tym, jak działasz, od kiedy zaczęłaś afirmacje? Nie w okolicznościach zewnętrznych, ale w sobie?
A ile w ogóle trzeba czekać na efekty? Słyszałem że 21 dni wystarczy, ale chyba to nie jest takie proste...
To co opisujesz to chyba sytuacja, w której afirmacja jest tylko mechanicznym ćwiczeniem, bez zaangażowania emocjonalnego. Ja to u siebie obserwowałam - mówiłam słowa, ale nic za tym nie szło. Dopiero jak zaczęłam łączyć afirmację z jakimś obrazem, z odczuciem w ciele, to coś drgnęło. Ale też nie byłam wtedy bezczynna. Robiłam jednocześnie inne rzeczy. Nie wiem czy można rozdzielić te dwie sprawy.
Mam wrażenie, że ta rozmowa krąży wokół czegoś, o czym nikt wprost nie mówi. Chodzi o to, czy afirmacje to w ogóle coś innego niż autosugestia. Bo jeśli to autosugestia - a w dużej mierze tak jest - to mamy całkiem niezłą literaturę od ponad stu lat. Coué, Baudouin, późniejsi badacze. I żaden z nich nie twierdził, że autosugestia zastępuje działanie. Twierdzili, że zmienia kierunek działania, usuwa psychiczne blokady przed działaniem. Więc pytanie z tytułu wątku - 'zamiast działać' - jest trochę źle postawione już na wstępie.
Ok, ale to brzmi jak zwykła psychologia. Gdzie tu jest w ogóle wymiar duchowy czy ezoteryczny? Serio pytam, nie złośliwie. Bo afirmacje są wszędzie - w psychologii, w coachingu, w magii. Czy nie ma ryzyka, że mylimy ze sobą różne rzeczy?
A jak robić afirmacje żeby naprawdę działały? Bo czytam i czytam i każdy mówi co innego. Czas teraźniejszy, czas teraźniejszy, ale moja koleżanka mówi że u niej działa czas przyszły. I co teraz?
Wracając do pytania z tytułu - mam wrażenie że problem z poleganiem na afirmacjach zamiast działania to nie jest problem samych afirmacji, tylko naszych oczekiwań wobec nich. Ja rozumiem to trochę tak: afirmacja może zmienić nastawienie, zmienić nastawienie może zmienić decyzje, zmienić decyzje może zmienić życie. Ale to jest łańcuch. Jeśli wyciągniesz z niego jedno ogniwo i powiesz 'to wystarczy', to nic nie zadziała. Czylie różnica między afirmowaniem szczęścia a jego doświadczaniem jest całkiem prosta: jedno to praca wewnętrzna, drugie wymaga też pracy zewnętrznej.
to zależy od jednej bardzo ważnej rzeczy - czy Twoje afirmacje są w ogóle spójne z tym, co robisz na co dzień? Bo jeśli afirmujesz że jesteś otwarta na kontakty, a jednocześnie odrzucasz zaproszenia, unikasz ludzi albo nie wychodzisz z domu, to masz wewnętrzną sprzeczność. Umysł dostaje dwa sygnały i nie wie, który jest prawdziwy. Nie mówię, że tak jest w Twoim przypadku. Po prostu warto się temu przyjrzeć.
I tu docieramy do najważniejszego punktu tej rozmowy. Odpowiedzialność. Bo jeśli afirmacje mają być alternatywą dla działania, to zdejmujemy z siebie odpowiedzialność za własne życie i przenosimy ją na słowa albo na wszechświat. To jest bardzo wygodne, ale to jest też pułapka. Widziałam wiele osób, które afirmowały latami i były coraz bardziej sfrustrowane, że nic się nie zmienia. I prawie zawsze okazywało się, że afirmacje były dla nich sposobem na uniknięcie czegoś trudnego, co wymagało realnej decyzji.
nie ma się czego wstydzić, serio. Myślę że bardzo dużo osób jest dokładnie w tym samym miejscu i po prostu nie mówi o tym tak otwarcie jak Ty. I właśnie przez to problem trwa, bo nikt się do niego nie przyznaje.
a mam jedno konkretne pytanie - czy Twoje afirmacje dotyczą samej siebie, czy relacji z zewnątrz? Bo to jest różnica. 'Jestem godna miłości' to coś innego niż 'przyciągam bliskie osoby'. Pierwsze zmienia coś w środku, drugie to już oczekiwanie wobec zewnętrznej rzeczywistości.
to ważna obserwacja. Afirmacje skierowane 'na zewnątrz' mają znacznie słabsze zakotwiczenie w psychice, bo nie masz bezpośredniej kontroli nad tym, co zewnętrzne. Umysł to czuje i nie kupuje tych zdań, bo są o czymś, czego nie możesz sam sprawdzić tu i teraz. Stąd to wrażenie pustego powtarzania.
A co z afirmacjami przed snem? Czytałem że wtedy podświadomość jest bardziej podatna. Może to sposób na to żeby szło szybciej?
Ale jeśli nie mam jak działać, bo na przykład praca i wszystko, to czy to znaczy że afirmacje są dla mnie bez sensu? Bo ja nie mam czasu na żadne wielkie zmiany.
Mam takie wrażenie słuchając tej rozmowy, że afirmacje stały się dla wielu osób czymś w rodzaju... modlitwy bez wyznania wiary. Powtarzasz formułę, ale nie czujesz żadnego związku z tym, o co prosisz. I może dlatego nic się nie rusza, bo brakuje tego trzeciego elementu - przekonania że coś jest możliwe.
Przepraszam że może głupie pytanie, ale czy afirmacje coś wspólnego mają z manifestacją? Bo widzę że to różne słowa ale ludzie używają ich wymiennie.
Wracając do Dodoli i pytania z tytułu, bo widzę że trochę odpłynęliśmy. Ona pyta czy można na afirmacjach polegać zamiast działać. I odpowiedź, którą wyłania się z tej rozmowy, jest prosta: nie. Ale nie dlatego że afirmacje są bezużyteczne. Dlatego że żadna zmiana nie zajdzie bez punktu styku z rzeczywistością. A tym punktem jest zawsze jakieś działanie, choćby najmniejsze.
Chyba rzeczywiście odpłynęłam od swojego własnego pytania, więc wracam do sedna. Gerwazy64 napisał że żadna zmiana nie przychodzi bez działania i to mnie trochę zatrzymało. Bo ja rozumiem to teoretycznie, ale nie wiem jak to przełożyć na praktykę. Co to znaczy 'działać' w kontekście zmiany przekonania o sobie? Czy samo rozmawianie z ludźmi to już jest działanie?
myślę że tak, rozmawianie się liczy. Działanie nie musi być spektakularne. Napisałaś tu, zadałaś pytania, zaczęłaś myśleć inaczej o tym co robisz. To nie jest siedzenie z założonymi rękami.
ale jest różnica między działaniem wewnętrznym a zewnętrznym. I obie rzeczy mają znaczenie, tylko w różny sposób. Zmiana przekonania to praca wewnętrzna. Ale jeśli pytasz o relacje, to w pewnym momencie coś musi się wydarzyć na zewnątrz, bo przekonanie samo nie sprowadzi ci kogoś do drzwi. Czy masz jakiś konkretny obszar, w którym chciałabyś sprawdzić czy to działa?
A jak długo trzeba czekać żeby w ogóle poczuć tę zmianę? Bo rozumiem że nie ma harmonogramu, ale jednak musi być jakiś orientacyjny czas?
Ale jak ma nie sprawdzać czy działa? Ja na przykład po miesiącu afirmacji mam wrażenie że nic. Mam to po prostu olać i dalej robić?
Dorzucę coś z boku. Przez chwilę robiłam afirmacje które brzmiały superoptymistycznie i miałam wrażenie, że mój mózg po prostu odrzuca te zdania jak coś obcego. Dopiero jak zaczęłam używać łagodniejszych form, 'uczę się być spokojna', 'coraz bardziej mi wychodzi' - coś zaczęło się zmieniać. Nie wiem czy to ma potwierdzenie gdzieś w teorii, ale u mnie zadziałało.
Wróćcie chwilę do tego co pisała Tamarka80, bo ja tego nie rozumiem. Czemu mózg 'odrzuca' zdanie? Przecież to tylko słowa które mówimy do siebie, chyba?
Wracając do siebie - trochę inaczej teraz widzę to co robiłam. Moje afirmacje były albo za ogólne, albo dotyczyły czegoś z zewnątrz, albo były za bardzo kategoryczne. Czyli zrobiłam kilka błędów naraz. Ale mam pytanie do Hergi czy do kogokolwiek kto wie - czy jest sens zaczynać od nowa z nową afirmacją, czy lepiej przepisać starą?
