Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Czy ktoś z was próbował robić afirmacje w kilku językach jednocześnie? Chodzi mi o to, że czytałam gdzieś, że afirmacje po angielsku mają inną 'energię' niż po polsku, bo angielski jest językiem bardziej bezpośrednim i krótszym. Sama spróbowałam mieszać - część afirmacji mówię po polsku, część po angielsku - i szczerze nie wiem, czy mi to pomaga, czy przeszkadza. Ostatnio mam wrażenie, że coś się zatrzymało, jakby efekty były słabsze. Czy to możliwe, że mieszanie języków rozbija tę praktykę?
To ciekawe zagadnienie, ale zacznę od pytania - czy te afirmacje, które robisz po angielsku, w pełni rozumiesz, czy trochę je czujesz mechanicznie? Bo to jest tu kluczowe. Nie język jako taki robi różnicę, ale to, czy słowa mają dla ciebie realne znaczenie emocjonalne. Angielskie 'I am enough' i polskie 'Jestem wystarczająca' to to samo zdanie, ale dla kogoś, kto myśli po polsku, wersja angielska może być po prostu pustym dźwiękiem.
Ja zawsze mówiłam, że afirmacje powinno się robić tylko w języku ojczystym, bo to jedyny język, który naprawdę trafia do podświadomości. Obcy język to zawsze filtr intelektualny i podświadomość go po prostu nie przetwarza tak głęboko. Czytałam o tym dużo w kontekście duchowości i to jest dość powszechna opinia wśród praktyków.
Wracam do praktyki, bo dyskusja robi się bardzo teoretyczna. Pracuję z afirmacjami od lat i moje obserwacje są takie: nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich. Miałam klientki, które świetnie reagowały na afirmacje po angielsku właśnie dlatego, że ten język dawał im dystans - jak pisała Kryska57, łatwiej powiedzieć coś trudnego w języku, który nie jest naładowany osobistą historią. Ale miałam też takie, dla których angielski był tylko powtarzaniem formułek bez żadnego kontaktu z treścią. Pytanie do ciebie, Kryska - kiedy mówisz te afirmacje po angielsku, co czujesz w ciele? Napięcie, ulga, obojętność?
no i masz odpowiedź. Obojętność to najgorszy stan dla afirmacji. Nieprzyjemność po polsku to opór - i to jest akurat dobry znak, bo oznacza, że słowa dotykają czegoś prawdziwego. Opór trzeba przepracować, nie omijać przez zmianę języka.
Przepraszam, że się wtrącę z głupim pytaniem - ale co znaczy 'przepracować opór' w kontekście afirmacji? Czy to znaczy po prostu mówić dalej, czy jest jakaś technika?
A ja mam inne pytanie - czy afirmacje w innych językach, które nie są ani ojczystym, ani dobrze znamy, mają sens? Np. po łacinie albo po sanskrycie? Widziałem, że niekturzy polecają mantry sanskryckie jako 'silniejsze'. Czy to nie jest troche to samo co angielski, tylko jeszcze bardziej oderwane?
Ja próbowałam przez jakiś czas robić afirmacje po francusku, bo go trochę znam i brzmi mi pięknie. Po kilku tygodniach efektów nie było żadnych. Wróciłam do polskiego i coś drgnęło. Nie wiem czemu, może właśnie to co piszecie o emocjach, może coś innego. Ale moje doświadczenie jest takie, że dla mnie osobiście mieszanie nie działało. Kryska57 - może spróbuj na jakiś czas wrócić wyłącznie do polskiego i porownać?
jakieś 5-6 tygodni. Stałe, codzienne powtórzenia, rano i wieczorem. Wiem że niby za mało żeby wyrokować, ale po przejsciu na polski zmiana była zauważalna dość szybko, więc chyba jednak cos w tym jest.
Bardzo dziękuję za tę dyskusję, naprawdę dużo się z niej nauczyłem. Mam jedno pytanie do ekspertów - czy jeśli ktoś jest dwujęzyczny od dziecka, na przykład polsko-angielski, to jego sytuacja jest zupełnie inna? Bo w takim wypadku oba języki mają chyba podobne zakorzenienie emocjonalne?
Czytam tę rozmowę o dwujęzycznych i zaczynam się zastanawiać, czy mój problem nie jest właśnie taki. Angielski kojarzy mi się ze szkołą, z nauką, z tekstami. Polski z rodziną, z codziennością. Może dlatego angielskie afirmacje brzmią dla mnie jak ćwiczenie z podręcznika, a nie jak coś prawdziwego. Chyba po raz pierwszy tak to nazwałam.
Coś podobnego miałam z francuskim - on zawsze kojarzył mi się z estyteką, filmami, czymś elegankim. Więc jak robiłam afirmacje po francusku to miałam wrażenie jakbym odgrywała scenkę, a nie naprawde to czułam. Wróciłam do polskiego i od razu było inaczej, bardziej surowo, ale prawdziwiej.
Chcę wrócić do tego co pisała Pajeczyna o obserwacji ciała - próbowałam tego dziś rano i rzeczywiście coś poczułam. Przy jednej afirmacji po polsku miałam takie ściśnięcie w klatce piersiowej. Czy to jest właśnie ten opór o którym pisaliście wcześniej? Bo trochę mnie to przestraszyło.
Właśnie przeczytałam wymianę między Ilonką a Paradoxą i mam ciarki. Sama przez długi czas szłam w stronę angielskiego właśnie dlatego, że przy polskim było to ściśnięcie. Myślałam że angielski jest lepszy, bo 'idzie łatwiej'. A tu wychodzi na to, że robiłam dokładnie odwrotnie niż powinnam.
no właśnie. I dlatego mówiłam od początku, że język ojczysty jest ważniejszy. Nie dlatego że to jakaś zasada kosmiczna - jak mówił Kabalista - ale dlatego że tak to po prostu działa. Podświadomość reaguje na to co zna od środka, nie na to co brzmi przyjemnie z zewnątrz.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chciałam zapytać o coś co mnie nurtuje - czy ktoś próbował afirmacji pisanych zamiast mówionych? I czy wtedy też ma znaczenie język? Bo czytałam gdzieś, że pisanie angażuje inne obszary mózgu niż mówienie i może to zmienia całą tę kwestię z językiem.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chciałam zapytać o coś co mnie nurtuje - czy ktoś próbował afirmacji pisanych zamiast mówionych? I czy wtedy też ma znaczenie język? Bo czytałam gdzieś, że pisanie angażuje inne obszary mózgu niż mówienie i może to zmienia całą dynamikę.
Ja pisałam afirmacje po polsku i po angielsku i widzę różnicę. Po polsku jak piszę coś długopisem to faktycznie mam wrażenie że to 'zostawia ślad' bardziej. Po angielsku jakbym pisała notatki z lekcji. Może to właśnie ta historia językowa o której mówi Kabalista.
Wracając do głównego pytania tego wątku, bo trochę odpłynęliśmy - mieszanie języków. Ktoś tutaj wcześniej mówił że to osłabia praktykę przez rozbicie uwagi. Ale jest jeszcze jeden aspekt który nie wybrzmiał: intencja. Jeśli świadomie używasz dwóch języków bo jeden daje ci emocje a drugi daje ci dystans i jasność - to jest wybór, a nie chaos. Problem zaczyna się wtedy gdy mieszasz języki z przyzwyczajenia albo dlatego że nie wiesz co chcesz powiedzieć.
Mam pytanie które trochę kręci się w mojej głowie od kilku postów - czy w ogóle można zepsuć afirmację złym językiem? Tzn. czy jak ktoś mówi po angielsku i mu to nie 'trafia', to afirmacje mu szkodzą czy po prostu nie działają?
A mam pytanie które mnie nurtuje przez cały ten wątek - co robić jak afirmacje przestają działać w obu językach? Nie ma oporu, nie ma ulgi, po prostu słowa lecą i nic. Mnie to spotkało po kilku miesiącach regularnej praktyki i nie wiedziałam co z tym zrobić.
to jest prawdopodobnie efekt habituacji - mózg przestaje reagować na bodziec który jest zbyt przewidywalny. Afirmacje powtarzane identycznie przez miesiące tracą dla układu nerwowego znaczenie sygnału. Nie ma w tym nic złego, to normalne. Pytanie co wtedy pomaga - zmiana treści, zmiana formy, zmiana języka właśnie. Nie trzeba rezygnować z praktyki.
mnie to samo spotkało i rozwiązałem to przez zmianę sposobu mówienia - zacząłem mówić afirmacje bardzo powoli, z pauzami między zdaniami. Niby ta sama treść, ale inny rytm i jakby wróciła świeżość. Nie wiem czy to ma jakieś naukowe uzasadnienie, ale u mnie zadziałało.
Wracam do tego co napisała Kryska57 o rutynizacji - to jest chyba najczęstszy powód plateau w afirmacjach i mało kto o tym mówi wprost. Zmiana pory dnia to dobry krok, ale warto też zastanowić się nad zmianą formy. Nie tylko kiedy, ale jak. Czy mówisz na stojąco, siedząc, chodząc? Ruch podczas afirmacji potrafi je mocno odświeżyć, bo angażuje ciało, nie tylko głowę.
to nie jest tak albo albo. Badania nad ucieleśnieniem poznania - embodied cognition - pokazują, że pozycja ciała i ruch wpływają na przetwarzanie treści. To nie jest jedynie efekt placebo. Stanie prosto lub chodzenie angażuje inne obszary niż siedzenie pochylone, a afirmacja wymawiana w ruchu jest przetwarzana inaczej niż ta sama zdanie wypowiadane bez ruchu. Więc 'tylko psychologiczne' i 'fizjologicznie uzasadnione' tutaj zachodzą na siebie.
Ja to rozumiem tak - ruch może pomóc jak afirmacja w ogóle kuleje bo jesteś odcięty od treści. Ale jak problem jest stricte w języku - że słowa po prostu za mało znaczą - to ruch tego nie zaszyje. Przynajmniej u mnie tak było, próbowałam chodzić z afirmacjami po angielsku i nadal czułam że to trochę na niby.
Czy to znaczy że jak afirmacje przestają działać to trzeba je właściwie pisać od nowa a nie tylko tłumaczyć? Pytam bo mam wrażenie że często doradzają żeby tłumaczyć te same zdania na inny język, a tu wychodzi coś innego.
