Siedzę ostatnio nad tym tematem i nie daje mi spokoju jedna rzecz. Afirmacje działają, to wiem z praktyki. Ale jest taki moment w pracy z nimi, kiedy zaczynasz pilnować efektów bardziej niż samego procesu. Sprawdzasz, czy już się coś zmieniło, czy wszechświat 'zadziałał', czy jesteś wystarczająco pozytywna. I wtedy to zaczyna przypominać bardziej kontrolę niż zaufanie. Miałam period kiedy robiłam afirmacje finansowe i po każdym tygodniu robiłam jakiś mentalny audyt: no i co, czy jest lepiej? Efekt był odwrotny do zamierzonego, bo cały czas byłam skupiona na braku. Zastanawiam się, w którym miejscu praktyki powinno się odpuścić i po prostu pozwolić temu działać. I jak w ogóle rozpoznać ten moment.
To jest jeden z tych tematów, które wyglądają prosto na papierze, a w praktyce są zaskakująco trudne. To, co opisujesz, to klasyczna pułapka intencji. Afirmacja ma zmieniać przekonanie, a nie być modlitwą błagalną wysyłaną w konkretnym kierunku z oczekiwaniem odpowiedzi. Różnica jest zasadnicza. Kiedy codziennie sprawdzasz efekty, to sygnalizujesz swojej podświadomości, że obecna sytuacja jest niewystarczająca. Podświadomość nie lubi paradoksów, ale reaguje na emocję, nie na słowa. Więc pytanie nie brzmi 'kiedy odpuścić' tylko 'z jakiej pozycji emocjonalnej wypowiadasz afirmację'. Czy to jest poczucie uzupełniania czegoś brakującego, czy potwierdzanie czegoś, co już jest prawdą w jakimś sensie?
A ile czasu mniej więcej to zajmuje zanim coś zacznie działać? Bo czytałem że 21 dni, ale minęły już ponad trzy tygodnie i nic szczególnego u mnie nie widzę.
No dobra, ale to znaczy że co, po prostu robię i nie patrzę? To trudne, szczególnie jak zależy ci na konkretnym efekcie.
Mam inne podejście do tego. Pracuję też z kartami i afirmacjami równolegle i zauważyłam, że kiedy afirmacja trafia w coś głębokiego, w jakieś rzeczywiste przekonanie które chcę zmienić, to pojawia się opór. Takie wewnętrzne 'ale to nieprawda'. I to jest sygnał że jesteś na właściwym tropie, nie że coś robisz źle. Czy ktoś jeszcze miał ten moment, kiedy afirmacja wyzwala wręcz silniejszy opór zamiast spokoju?
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale jak w takim razie odróżnić sytuację, kiedy opór jest sygnałem postępu, od sytuacji kiedy po prostu afirmacja jest zła albo do niczego nie pasuje? Bo to co piszecie brzmi trochę tak, że cokolwiek się dzieje, to jest okej.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, bo jestem raczej sceptyczny wobec całego tematu. Skąd wiadomo, że zmiany które następują po afirmacjach są skutkiem afirmacji, a nie po prostu normalnej zmiany życiowej albo efektu placebo? Pytam serio, bo próbowałem coś z tym robić i efekty były, ale nie wiem jak to przypisywać.
Pracuję z intencją od kilku lat i moje zdanie jest takie: moment 'puszczenia' nie jest jednorazowy. To nie jest tak, że kiedyś rano wstajesz i mówisz 'od dziś ufam'. To jest codzienna decyzja i czasem trzeba ją podejmować kilka razy dziennie. Szczególnie jak zaczynasz się niepokoić brakiem efektów. Najlepsze porównanie jakie znam to puszczanie latawca. Musisz trzymać nitkę, ale nie dusić jej. Za mocno trzymasz, latawiec nie leci. Puszczasz całkowicie, tracisz kontakt. Chodzi o wyczucie napięcia.
Jest jeszcze jeden aspekt, który tu wychodzi i wydaje mi się ważny. Kontrola nad wynikiem często bierze się ze strachu, że jeśli nie będziesz pilnować, to nic się nie stanie. To jest lękowa motywacja do praktyki, a nie ufność. I praca z afirmacjami bez przepracowania tego strachu to trochę jak przyklejanie plastra na coś głębszego. Czy ktoś próbował pracować z tym lękiem wprost, na przykład przez pytanie 'czego tak naprawdę się boję, że to nie zadziała'?
To co opisujesz z tą wymówką to jest chyba najbardziej uczciwe zdanie w tym wątku. Ale mam pytanie, bo mnie to szczerze zastanawia: jeśli afirmacje działają przez zmianę uwagi jak mówił Leopold, a nie przez jakiś zewnętrzny mechanizm, to czy to 'puszczenie kontroli' jest w ogóle konieczne? Może wystarczy po prostu systematyczność?
Czy ktoś mógłby powiedzieć, skąd właściwie wziął się ten podział na kontrolę i ufność w kontekście afirmacji? Bo słyszę o tym dużo, ale nie rozumiem, czy to pochodzi z jakiejś konkretnej tradycji, czy to jest coś nowszego.
Ale to trochę bez sensu, bo po co w ogóle afirmacje jeśli i tak trzeba działać? Działanie by wystarczyło chyba.
Czytam tę rozmowę i mam takie pytanie z boku, ale chyba pasuje do tematu. Co zrobić jeśli afirmacja jest wyraźnie sprzeczna z tym co aktualnie przeżywasz? Mówisz 'jestem spokojny' a jesteś w środku roztrzęsiony. Czy to nie jest oszukiwanie samego siebie?
Przepraszam że się wtrącam, ale mam dosyć podstawowe pytanie. Czy czas powtarzania afirmacji w ciągu dnia ma znaczenie? Czytałam że rano i wieczorem to najlepsze momenty, ale nie wiem czy to ma jakieś uzasadnienie czy to tylko taki zwyczaj.
Wracając do tego co Klimcia powiedziała o strachu przed sukcesem, bo to mnie zostało. Zastanawiam się czy ten strach nie jest właśnie tym, co sprawia że kontrolujemy tak bardzo. Jakby kontrola była sposobem na trzymanie wyniku wystarczająco daleko, żeby nigdy nie musieć go naprawdę osiągnąć. Czy ktoś miał podobne przebłyski przy tej pracy?
I to jest właśnie pytanie, które mnie nie puszcza od jakiegoś czasu. Czy kontrola jest zawsze wyrazem lęku, czy może być też po prostu nawykowym sposobem działania, który nie wiąże się z żadnym głębszym strachem? Bo w sobie widzę coś, co wygląda jak kontrolowanie, ale kiedy się w to wgłębiam, nie ma tam paniki. Jest tylko przyzwyczajenie do tego, żeby trzymać rękę na pulsie.
No i to jest właśnie to. Jak zaczynam odpowiadać sama sobie na to pytanie, to muszę przyznać że coś tam jednak jest. Nie panika, ale dyskomfort. Może masz rację, że to nie był czysty nawyk.
Czytam tę wymianę i zaczynam się zastanawiać jak to się ma do samych afirmacji. Bo afirmacja jest właśnie próbą kontrolowania swojego wewnętrznego stanu, prawda? Mówisz sobie co masz myśleć. To jest chyba kontrola w czystej postaci.
A mi sie wydaje że przejście między tymi dwoma trybami to nie jest jednorazowa decyzja. Ja to robiłam jakoś z dziesięć razy. Decydowałam że już odpuszczam i po kilku dniach znowu sprawdzałam efekty. Dopiero jak to zobaczyłam jako nawrót, a nie porażkę, to coś się zmieniło w podejściu. Czy ktoś miał podobnie?
Przepraszam że wchodzę z boku, ale mam pytanie do tego co Wyrocznica94 napisała. Czy to znaczy że jeśli bardzo przeżywam to że mi nie wychodzi odpuszczanie, to jeszcze nic się nie zmieniło? Bo ja właśnie tak mam i trochę mi smutno po tym co przeczytałam.
Ale jak długo ten etap trwa? Mam na myśli, czy jest jakaś granica po której można powiedzieć że to już jest za długo i może warto coś zmienić w podejściu?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam takie sceptyczne pytanie. Czy nie jest tak, że cały ten podział na kontrolę i ufność jest trochę filozoficzny, a w praktyce po prostu albo coś w twoim życiu się zmienia albo nie? Bo można pięknie mówić o 'odpuszczaniu' i nic się nie zmienić, albo kontrolować wszystko i osiągnąć cel.
A czy ktoś próbował połączyć afirmacje z jakąś praktyką medytacyjną właśnie po to żeby łatwiej wchodzić w ten stan bez kontroli? Czytałam że to podobno pomaga, ale nie wiem jak to konkretnie wyglądałoby w codziennej praktyce.
Nic konkretnego, raczej takie ogólniki że medytacja otwiera i wtedy afirmacje lepiej wchodzą. Ale to co piszesz ma sens, bo chyba właśnie tak bym to robiła, żeby 'lepiej działało'. Tylko nie wiem jak inaczej do tego podejść.
Mam pytanie bo trochę zgubiłem wątek. Mówimy o tym żeby nie przywiązywać się do wyników, ale jednocześnie afirmacje mają przyciągać konkretne rzeczy. Jak to pogodzić? Mówię afirmację o zdrowiu bo chcę zdrowia, więc siłą rzeczy zależy mi na tym żeby to dostać.
Mam wrażenie że ta rozmowa kręci się coraz bardziej w kółko. Mamy temat, pętle, wyrzuty sumienia, znowu pętle. Ale nikt nie powiedział co konkretnie robi żeby z tej pętli wyjść. Czy jest jakiś realny punkt gdzie coś się zmienia, nie filozoficznie, ale praktycznie?
Słucham tej dyskusji i zastanawiam się czy nie brakuje tu jednego elementu. Cała rozmowa dotyczy kontroli nad procesem, ale co z kontrolą nad punktem startowym? Afirmacja działa inaczej jeśli wychodzi z poczucia braku, a inaczej jeśli wychodzi z poczucia że już coś masz i chcesz to pogłębić. To jest inny stan energetyczny i myślę że od tego warto by zacząć, bo to zmienia naturę całej praktyki.
