Dokładnie to mi się przydarzyło. Przez jakiś czas powtarzałam zdanie, które brzmiało jak coś z okładki magazynu i nie czułam niczego. Zero. Dopiero gdy zmieniłam je na coś, co mogłam powiedzieć bez śmiechu w środku, cokolwiek zaczęło się ruszać. I myślę, że to, o czym mówi Lady, jest kluczowe, bo nikt nam nie mówi, że afirmacja to nie jest gotowy przepis, który się wkleja i czeka. To jest coś, co się dobiera.
Właśnie o to pytałam na początku, tylko inaczej to ujęłam. Czy ma sens powtarzanie zdania, w które się nie wierzy. I teraz widzę, że odpowiedź brzmi: samo powtarzanie nie wystarczy, ale też nie jest bez sensu, jeśli traktuje się je jako punkt wejścia, a nie gotowy efekt. Tylko że do tego potrzeba świadomości, że to jest proces, a nie formuła. Czy dobrze rozumiem?
Syriana, rozumiesz dobrze, ale dorzuciłabym jeden warunek: to ma sens tylko wtedy, gdy zdanie, w które się nie wierzy, jest przynajmniej neutralne, a nie sprzeczne z czymś głęboko zakorzenionym. Bo jeśli ktoś powtarza zdanie, które jego własny umysł aktywnie odrzuca jako kłamstwo, to proces nie rusza, bo opór jest zbyt duży na samym starcie.
Dziękuję wszystkim za te wyjaśnienia, naprawdę to mi bardzo pomaga. Mam jeszcze jedno pytanie do Martynki, bo wspomniałaś o drodze od zdania neutralnego do akceptacyjnego. Ile czasu taki etap zajął? Pytam praktycznie, nie żeby kogoś porównywać, tylko żeby mieć jakiś punkt odniesienia.
Czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i mam pytanie trochę z boku. Czy ktoś próbował łączyć afirmacje z runą, na przykład pisząc runę na kartce i wypowiadając przy tym zdanie? Słyszałem, że wzmacnia intencję. Nie wiem, czy to ma związek z tym, o czym mówicie, ale wydało mi się powiązane z tym 'angażowaniem więcej kanałów'.
Zostańmy może przy tym wątku, który zaczęłam, bo wydaje mi się, że to, o czym mówi Krysztal i Martynka, razem odpowiada na moje pierwotne pytanie lepiej niż cokolwiek wcześniej. Jeśli dobrze to rozumiem: puste powtarzanie bez wiary nie ma sensu, ale powtarzanie zdania neutralnego, które jest krokiem w stronę wiary, ma sens jako etap przejściowy. I to nie jest sprzeczność, tylko różnica między startem a celem. Czy tak to widzicie?
Syriana, to podsumowanie naprawdę wiele mi wyjaśniło. Ale mam jeszcze jedno pytanie, bo nie do końca rozumiem jedną rzecz. Mówiłaś o 'punkcie wejścia' - czy to znaczy, że samo powtarzanie jest jak... rozgrzewka przed czymś właściwym? Bo jeśli tak, to co jest tym właściwym momentem, kiedy afirmacja zaczyna coś robić naprawdę?
