Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy afirmacje zapisywane ręcznie działają inaczej niż te na obrazkach, które się zapisuje jako tapety na telefon albo drukuje i wiesza na ścianie. Konkretnie chodzi mi o afirmacje na wybaczenie sobie - takie, które mają pomóc przeprosić siebie za przeszłe błędy. Sama próbowałam obu metod i mam wrażenie, że pisanie ręczne jakoś bardziej 'siedzi', ale nie wiem, czy to kwestia formy, czy po prostu treści, którą sama formułuję. Czy ktoś miał podobnie?
Też to czuję, że pisanie ręczne jest jakoś inne. Ale zastanawiam się, czy to nie jest po prostu kwestia skupienia, które wymusza ręczne pisanie - bo musisz zwolnić, każde słowo przechodzi przez rękę. Przy obrazku możesz go tylko 'zobaczyć' i po chwili myśl już gdzieś indziej. Szczególnie przy takich afirmacjach jak przepraszanie siebie - to są emocjonalnie ciężkie zdania, łatwo je 'przejrzeć' bez faktycznego poczucia tego, co znaczą.
Jest tu coś ważnego, ale bym doprowadziła do tego inaczej. Ręczne pisanie angażuje motorykę, a to inaczej koduje w pamięci. To nie jest magia, to po prostu fizjologia. Ale przy afirmacjach na wybaczenie siebie jest jeszcze jeden problem, który moim zdaniem jest ważniejszy niż forma: większość ludzi pisze te afirmacje w sposób, który nie działa, bo zdanie jest za ogólne albo za bardzo 'naklejkowe'. Co dokładnie piszesz, jeśli mogę zapytać?
Mam podobny problem. Zawsze jak siedzę i piszę taką afirmację, to gdzieś z tyłu głowy słyszę własny głos, który mówi 'ale to nieprawda'. I nie wiem, czy wtedy w ogóle sens ma pisanie czy obrazek, bo i tak umysł tego nie kupuje. Czytałam gdzieś, że przy silnym wewnętrznym oporze afirmacje mogą wręcz pogłębiać złe samopoczucie, bo uwidaczniają różnicę między tym co mówisz a tym co czujesz. Nie wiem na ile to prawda.
Kontekst wizualny może pomagać albo przeszkadzać, zależy od osoby. U niektórych obraz odciąga uwagę od słów - skupiasz się na estetyce, a nie na treści. To trochę jak różnica między czytaniem poezji a słuchaniem jej do muzyki - muzyka może wzmocnić przekaz albo go zagłuszyć. Przy afirmacjach na wybaczenie siebie mam wrażenie, że obraz może działać jak bufor emocjonalny, który chroni przed pełnym odczuciem tego, co czytasz. I nie zawsze to jest dobra rzecz.
Ja kombinowałam z oboma i ostatecznie wyszło mi, że jedno nie wyklucza drugiego. Rano pisałam ręcznie, powoli, jedno zdanie, kilka razy. Wieczorem patrzyłam na obrazek z tym samym zdaniem jako tło ekranu. Ręczne pisanie dawało mi kontakt z treścią, obrazek działał jak przypomnienie w ciągu dnia, żeby wróciło to zdanie do głowy. Może kwestia nie jest 'co lepsze', tylko co do czego.
A jak długo trzeba to robić, żeby cokolwiek poczuć? Pytam serio, bo słyszałem różne liczby - 21 dni, 66 dni, 90 dni. Nie wiem skąd te liczby się biorą.
Zatrzymałabym się przy tym, co napisała Energetyczka o stopniowaniu, bo to jest sedno. Przy afirmacjach na wybaczenie siebie forma - pisana czy obrazkowa - jest drugorzędna wobec tego, czy zdanie w ogóle jest dobrze sformułowane. Widziałam u znajomych afirmacje w stylu 'jestem wartościową osobą', które powtarzały miesiącami bez efektu, bo zdanie było za bardzo abstrakcyjne. Im bardziej konkretne i osadzone w tym, co rzeczywiście się wydarzyło, tym lepiej pracuje. 'Pozwalam sobie na to, że tamta decyzja była podjęta z tego co wtedy wiedziałam' - to jest coś, z czym umysł się nie kłóci.
Właśnie tak. Najpierw piszę co się naprawdę wydarzyło, bez owijania w bawełnę, bez estetycznych obrazków. Brzydkie słowa, jeśli trzeba. Potem patrzę co w tym jest, co mnie boli. I z tego bólu wyciągam afirmację, która odpowiada na ten konkretny ból, a nie na jakiś ogólny brak akceptacji siebie. Obrazek na tym etapie mógłby wręcz przeszkodzić, bo estetyka go łagodzi, a tu potrzeba trzeźwości.
A czy ktoś próbował mówić te afirmacje głośno zamiast pisać? Słyszałam, że słyszenie własnego głosu robi dużą różnicę, ale nie wiem czy to działa tak samo przy tych trudniejszych, o przepraszaniu siebie.
To co mówi Energetyczka o dystansie pisania - czy to nie jest znowu ten bufor, o którym mówiła Otylka przy obrazkach? Może chodzi o to, żeby znaleźć odpowiedni poziom dystansu dla siebie, nie za dużo i nie za mało. Obrazek daje za dużo, mówienie głośno za mało, pisanie jest gdzieś pośrodku?
Zgadzam się z tym co Otylka zebrała, ale mam pytanie praktyczne: jak rozpoznać, że jesteś już na etapie, gdzie możesz zmniejszyć ten dystans? Czy to jest jakieś wewnętrzne odczucie, czy raczej czas, który mija? Bo można siedzieć z obrazkiem na tapecie przez rok i nic się nie zmieni, jeśli nie ma się żadnego sygnału, że czas przejść dalej.
To co napisała Energetyczka o tym, że afirmacja przestaje boli i przestaje pocieszać - to jest bardzo konkretny sygnał. Ale mam pytanie: co zrobić w momencie, kiedy jeszcze boli, ale czujesz, że obecne sformułowanie już nie trafia? Że jakby minęło swoje? Bo u mnie jest teraz właśnie tak - zdanie które pisałam od jakiegoś czasu przestało działać, ale nie boli tak, żebym mogła wyciągnąć z niego nowe.
To może być moment przejściowy, kiedy jedna warstwa się zamknęła, ale następna jeszcze nie jest dostępna. Nie zawsze trzeba od razu szukać nowego zdania. Czasem warto zrobić przerwę - kilka dni bez afirmacji w ogóle - i zobaczyć co wypłynie. Często w tej ciszy pojawia się coś, co jest bardziej aktualne niż to, co pisałaś do tej pory.
Mam wrażenie, że ta rozmowa cały czas kręci się wokół pisania, a zaczęłyśmy od obrazkowych kontra pisanych. Wracając do tego - czy przy tej przerwie, o której mówi Astralna, obrazek na tapecie miałby sens? Bo obrazek jest mniej aktywny niż pisanie, działa bardziej w tle. Może przy przejściu między etapami taki pasywny kontakt jest lepszy niż żadny?
Otylka, masz rację z tą 'nastrojówką'. Ja właśnie przez jakiś czas miałam na ekranie zdjęcie spokojnej łąki bez żadnego tekstu i to dawało inne odczucie niż obrazek z napisem. Nie przepraszałam siebie przez niego, ale jakoś regulowałam poziom napięcia. Może to jest właśnie ta funkcja, o której mówiłaś - bufor, ale bez treści, którą musiałabyś przepracować.
A skąd wiadomo, że to napięcie, które zmniejsza obrazek, jest tym, z którym trzeba pracować przy przepraszaniu siebie? Bo ja rozumiem że jest jakiś stres, ale czy to ten sam mechanizm co przy głębszej pracy z błędami z przeszłości? Pytam bo te rzeczy brzmią dla mnie trochę różnie.
Przy przepraszaniu siebie w ogóle bym się zastanowił, czy same afirmacje wystarczą. Czytałem, że przy głębszych rzeczach - błędy, żale do siebie - afirmacje działają bardziej jako wzmocnienie czegoś, co zostało przepracowane inaczej. Same z siebie mogą być za słabe. Tzn. możesz pisać 'wybaczam sobie' przez rok i to nic nie zmieni, jeśli nie ma za tym faktycznej zmiany przekonania.
To co Wiktor mówi teraz brzmi jednak inaczej niż to co napisał wcześniej. Wcześniej brzmiało jak 'afirmacje nie działają', teraz brzmi jak 'mechaniczne afirmacje nie działają'. To jest duża różnica. Bo to drugie chyba wszyscy tu już powiedzieli na różne sposoby.
Właśnie to miałam na myśli na początku, kiedy pisałam że moja afirmacja brzmi 'gotowo'. Ona była mechaniczna od samego początku, zanim w ogóle zaczęłam ją pisać. Skopiowałam ją gdzieś z internetu i tylko zmieniłam jedno słowo. Może dlatego nie ruszała żadnego żywego miejsca, bo nie była moja.
I to chyba jest sedno całej dyskusji o pisanych kontra obrazkowych. Jeśli gotowe zdanie na obrazku pobrałaś skądś, to masz podwójny problem - obca treść i obcy kontekst wizualny. Jeśli sama piszesz, przynajmniej treść jest twoja, nawet jeśli nieporadna. I ta nieporadność może być bardziej szczera niż pięknie sformatowany cytat na tle zachodu słońca.
Czy to znaczy, że w ogóle nie ma sensu używać gotowych afirmacji? Czy chodzi tylko o to, żeby je jakoś dostosowywać?
Wrócę do pytania o formę, bo chyba za bardzo odpłynęliśmy. Stokroteczka mówiła o pisaniu odręcznym i o obrazkach jako dwóch różnych doświadczeniach. Mam teraz pytanie do wszystkich którzy pisali odręcznie dłużej: czy forma - pismo, papier, cokolwiek - w ogóle robiła różnicę, czy liczyło się wyłącznie co piszesz?
Pytam konkretnie, bo sam pisałem przez jakiś czas w zeszycie i zastanawiam się, czy to był zeszyt, pióro i papier, czy tylko moje nastawienie tego dnia. Czy ktokolwiek tutaj zauważył, że ta sama afirmacja napisana innym sposóbm - długopis kontra ołówek kontra coś elegantszego - dawała inne odczucie? Albo że papier miał znaczenie?
Wracając do formy pisanej kontra obrazkowej przy przepraszaniu siebie - jest tu jeszcze jeden aspekt, o którym nikt nie powiedział. Kiedy piszesz afirmację przepraszającą siebie, ręka musi nadążyć za myślą. Jest opóźnienie. I właśnie w tym opóźnieniu często pojawia się opór - zdanie zaczyna się pisać, ale gdzieś w połowie wiesz, że kłamiesz. Obrazek tego nie ma. Widzisz gotowe zdanie i albo je akceptujesz, albo przewijasz dalej.
Ja właśnie tak robiłam - kończyłam zdanie mimo wszystko, bo myślałam że 'muszę przejść przez opór'. Teraz patrzę na to inaczej. Może ten opór to nie jest przeszkoda do pokonania siłą, tylko informacja o tym, że afirmacja jest nie ta?
Ten opór przy pisaniu ma znaczenie, ale zależy co to jest. Jeśli chodzi o dyskomfort związany z konfrontacją z czymś trudnym - to jest część procesu i można przez niego przejść. Jeśli zdanie jest po prostu fałszywe i wiesz to od początku - wtedy praca zaczyna się od napisania afirmacji bliższej temu, gdzie rzeczywiście jesteś, nie tam gdzie chcesz być.
