Chciałam zapytać o coś, co mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Mam koleżankę, która zmaga się z depresją i jest pod opieką psychiatry. Zaczęła też sama szukać czegoś dodatkowego, żeby sobie pomóc między wizytami, i trafiła na afirmacje. Zastanawiam się, czy to w ogóle może mieć sens przy chorobie psychicznej, czy może wręcz zaszkodzić? Sama stosuję afirmacje przy codziennych sprawach, ale to jednak inna sytuacja. Czy ktoś miał doświadczenie z tym tematem, albo wie coś więcej?
To jest akurat temat, przy którym trzeba naprawdę uważać na to, co się mówi. Afirmacje przy depresji mogą być pomocne, ale tylko jako coś obok terapii, nigdy zamiast. Problem w tym, że część szkół afirmacyjnych w stylu 'jestem szczęśliwa i zdrowa' może u osoby z depresją działać odwrotnie do zamierzonego, bo umysł w stanie depresji dosłownie odrzuca zdania, które czuje jako fałszywe. To się nawet w psychologii nazywa 'the ironic process theory' - im bardziej próbujesz wcisnąć sobie coś, w co nie wierzysz, tym bardziej to odpycha. Twoja koleżanka jest pod opieką psychiatry, więc dobrze. Ale czy rozmawiała z nim o tym, że chce coś takiego spróbować?
Ja bym powiedział, że problem jest trochę inny. Afirmacje ogólnie działają przez podświadomość i przy regularnym stosowaniu zmieniają wzorce myślenia. Przy chorobie psychicznej ta podświadomość jest jakby zablokowana, więc afirmacje po prostu nie docierają tak samo jak u zdrowej osoby. Dlatego trzeba ich dużo więcej i muszą być powtarzane intensywniej niż normalnie.
Bardzo dziękuję za tę rozmowę, czytam z uwagą. Mam pytanie do Mandragorka, bo te afirmacje w formie pytań bardzo mnie zainteresowały. Czy to jest jakaś konkretna metoda, która ma nazwę? Chciałabym poszukać więcej, bo mam bliską osobę w podobnej sytuacji co koleżanka Kabalistki.
Chcę tu dorzucić jeden kąt, o którym jeszcze nie było. Piszecie o depresji, ale tytuł wątku mówi o chorobach psychicznych szerzej. Afirmacje przy depresji to jedna historia, ale przy zaburzeniach lękowych, przy PTSD albo przy zaburzeniach afektywnych dwubiegunowych to może być zupełnie inna sytuacja. Przy dwubiegunówce na przykład intensywna praca z afirmacjami w fazie maniakalnej może wzmocnić epizod, zamiast pomóc. Czy ktoś z was miał do czynienia z tym konkretnym przypadkiem?
przy lęku jest inaczej niż przy depresji, to prawda. Ale tu też jest pułapka. Afirmacje w stylu 'nie boję się' albo 'jestem bezpieczna' mogą uruchamiać efekt tłumienia, a nie rzeczywistej zmiany. Terapia ekspozycyjna czy ACT działają inaczej - uczą przebywania z lękiem, a nie jego zaprzeczania. Afirmacje pozytywne robią coś innego: uczą odwracania uwagi. I znowu: jako uzupełnienie, po konsultacji ze specjalistą, można próbować. Ale jako główna strategia przy klinicznym zaburzeniu lękowym to ryzykowne.
Czytam i mam takie pytanie od siebie, troche inne. Czy nie jest tak, że afirmacje mogą poomóc nie tyle z samą chorobą, co z tym jak człowiek siebie postrzega mimo choroby? Znaczy - nie lecza diagnozy, ale moga pomoc żeby sie nie definiować tylko przez chorobę? Mam wrażenie że to inny poziom niż leczenie.
Mam pytanie, bo nie do końca rozumiem. Jeśli ktoś jest na lekach, np. antydepresantach, to czy afirmacje mogą jakoś zakłócić działanie leków? Albo odwrotnie - czy leki mogą sprawić, że afirmacje działają lepiej, bo mózg jest w innym stanie?
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem, że chodzi o ostrożność, i to jest zdrowe. Z drugiej - mam wrażenie, że czasem zbyt bardzo medykalizujemy wszystko. Ludzie od wieków używali mantr, modlitwy, słów mocy do wzmacniania się w trudnych czasach. Czy to nie jest właśnie to, czym są afirmacje na głębszym poziomie? Nie mówię, że to zastępstwo terapii, ale chyba nie musimy się tak bardzo bać tej praktyki?
To co piszecie obie - Czarownica i Ewunia70 - to mi sie laczy w jedno. Może afirmacje przy chorobie psychicznej działają wtedy, kiedy człowiek sam rozumie po co je robi i nie traktuje tego jak lekarstwo. Jak to jest tylko jeden element z wielu, to chyba nie może zaszkodzić. A czy ktoś tu rozmawiał kiedyś z terapeutą, który wprost powiedział coś o afirmacjach - czy zalecił, czy odradzał?
Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie, to mi dużo daje. Mam kolejne pytanie, przepraszam, że ciągle pytam - czy są afirmacje, których absolutnie nie powinno się używać przy chorobie psychicznej? Coś, co może zaszkodzić bardziej niż pomóc?
Słucham tego i mam jedno praktyczne pytanie. Czy jest sens w ogóle zaczynać od afirmacji w momencie, kiedy ktoś jest w ostrej fazie - na przykład tuż po diagnozie, w środku kryzysu? Czy może to jest coś na później, kiedy jest już jakiś grunt?
To mi się łączy z tym, co słyszałam od koleżanki. Ona mówiła, że na początku leczenia, kiedy było najgorzej, nic 'nie docierało' - ani afirmacje, ani nawet rozmowy z bliskimi. Dopiero po jakimś czasie, kiedy leki zaczęły działać, poczuła, że może w ogóle cokolwiek do siebie powiedzieć i żeby to miało sens. Czy to brzmi znajomo komuś tutaj?
To brzmi bardzo znajomo i jest zgodne z tym, co wiadomo o depresji. Kiedy ktoś jest w dołku, jego zdolność do przyswajania pozytywnych informacji jest dosłownie zaburzona neurobiologicznie - to nie jest kwestia nastawienia ani chęci. Afirmacje mają szansę działać, kiedy jest jakiś neurochemiczny grunt, na którym mogą wylądować.
A co jeśli ktoś nie jest na lekach i nie chce być, ale ma diagnozę? Pytam, bo wiem, że są osoby, które wybierają tylko terapię. Czy wtedy afirmacje mają inne miejsce w tym wszystkim?
Może głupie pytanie ale chce sie upewnić - czy afimracje muszą być mówione głośno czy można je też pisać? Słyszałam że pisanie działa nawet lepiej dla niektórych bo bardziej skupiasz uwagę.
Ja pisałam afirmacje w dzienniku przez jakiś czas i rzeczywiscie było inaczej niz mowienie do lustra. Ale mam pytanie czy przy pisaniu też obowiązuje ta sama zasada z unikaniem negacji i zdań, które są za bardzo oderwane od tego jak sie czujemy?
Konkret dla Kabalistki05 - wyobraź sobie kogoś, kto w depresji nie może rano wstać z łóżka i mówi sobie 'jestem pełna energii i chęci do życia'. To zdanie jest tak daleko od rzeczywistości, że mózg go odrzuca. Mały krok to np. 'dziś wstaję, nawet jeśli jest mi ciężko' albo 'jestem w stanie zrobić jedną rzecz'. To nie jest poetyckie, ale mieści się w zasięgu wiarygodności. Klucz jest taki: afirmacja ma być rozciągniętym prawdą, nie wymyśloną.
to bardzo dobre pytanie i właśnie dlatego pojawia się tu kwestia terapeuty. Samodzielne ocenianie własnego stanu w środku kryzysu jest jak diagnozowanie własnej gorączki bez termometru - przeczucie jest, ale precyzja żadna. Terapeuta może pomóc ustalić, co w danym momencie jest realistycznym krokiem, a co życzeniowym myśleniem. Stąd ta granica między afirmacją jako uzupełnieniem terapii a afirmacją zamiast niej jest taka istotna.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale czy jest w ogóle jakiś sposób żeby ocenić czy afirmacje 'działają' przy chorobie psychicznej? Bo przy zdrowych ludziach możesz powiedzieć - mam więcej pewności siebie, zmieniłem pracę, cokolwiek. Ale przy depresji czy lęku jak to mierzyć?
Mnie zastanawia jedna rzecz - mówicie dużo o depresji, ale co z innymi diagnozami? Np. przy zaburzeniach osobowości czy traumie - tam mechanizmy chyba są zupełnie inne niż przy 'klasycznej' depresji. Czy afirmacje w ogóle mają tam zastosowanie, czy to juz inny poziom skomplikowania?
Nie wiedziałam że to może być az tak skomplkowane. Myslałam, że afirmacje to po prostu pozytywne zdania. Mam pytanie - czy jest jakiś prosty sposób żeby sprawdzić czy dana afirmacja jest dla mnie ok zanim zacznę jej używać?
O, dziękuję za ten przykład z ciałem, nie myślałam o tym w ten sposób. Chcę dopytać - czy ten opór w ciele to zawsze zły znak, czy może czasem opór znaczy, że afirmacja jest potrzebna, właśnie bo dotyka czegoś trudnego?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że co chwilę wraca ten sam wniosek - idź do terapeuty. Jasne, rozumiem, ale są ludzie, którzy nie mają dostępu albo są na liście oczekujących pół roku. Co wtedy? Czy afirmacje mogą być czymś w rodzaju pierwszej pomocy?
Właśnie to jest dobre ujęcie - luka między diagnozą a pierwszą sesją albo między sesjami. Mnie się wydaje, że prostsze formy afirmacji, takie jak przypominanie sobie własnych zasobów - coś w stylu 'przeżyłam już trudne rzeczy' zamiast 'jestem szczęśliwa' - mogą wtedy naprawdę coś dawać. Nie jako terapia, ale jako kotwica.
To co mówi Kabalistka05 o koleżance chyba najlepiej oddaje o co chodzi w tym wątku. Nie wielka lista afirmacji z internetu, tylko jedno zdanie, które jest prawdziwe i twoje. Mam pytanie - czy ktoś z was tak robił i jak to wyglądało w praktyce przy trudniejszych stanach?
To co napisała Bogusia.2 o tej bliskiej osobie - że zdanie nie było ani optymistyczne ani depresyjne - jakoś to mi siedzi. Czyli coś neutralnego? Coś w rodzaju 'jestem tu' albo 'oddycham'? Pytam, bo zawsze myślałam, że afirmacja musi być jakaś... pozytywna z założenia.
