Mam pytanie, może naiwne, ale - jeśli ktoś ma depresję i jego mózg 'nie wierzy' w żadne zdanie które sobie powtarza, to czy w ogóle ma sens kontynuować? Czy jest jakiś próg, poniżej którego afirmacje po prostu nie działają, bez względu na to jak są sformułowane?
A może prosto? Jeśli możesz przeczytac afirmacje bez płaczu, masz ten margines. Jeśli nie, nie. Upraszczam, ale to co mówię ma sens?
Wracając do tego co mówiłam o koleżance - ona mi powiedziała, że nie dobierała afirmacji z żadnej listy. Sama ją wymyśliła w jednej z gorszych nocy. I podobno właśnie dlatego działała, bo była jej. Zastanawiam się czy to jest ważne - że zdanie musi być samodzielnie stworzone, a nie wybrane?
To co opisujesz jest ważnym tropem. Zdanie stworzone w momencie prawdziwego kryzysu ma zupełnie inny ciężar niż gotowa formułka. Ma historię, ma kontekst, ma twój oddech z tamtej chwili. Czy to znaczy, że listy afirmacji z internetu są bezużyteczne? Nie, ale startują z innego miejsca - są generyczne, a to co działa najlepiej jest zazwyczaj bardzo konkretne.
Czytam cały wątek i mam takie pytanie które może trochę zbacza, ale - czy ktoś próbował łączyć afirmacje z jakimś rytmem, na przykład z oddechem albo z porą dnia? Słyszałam że rano i wieczór to lepszy moment bo mózg jest jakby bardziej podatny. Czy to ma znaczenie przy trudniejszych stanach?
Dziękuję za tę rozmowę, naprawdę dużo się tu powiedziało. Mam jeszcze jedno pytanie na koniec - czy ktoś wie, czy jest jakaś różnica między mówieniem afirmacji na głos a czytaniem w myślach? Intuicyjnie czuję, że na głos robi większe wrażenie, ale nie wiem czy to ma jakieś uzasadnienie, szczególnie w kontekście tego o czym rozmawiamy.
Mam pytanie do tego co piszecie o uwadze - czy przy silnym lęku, kiedy myśli skaczą i trudno się skupić na czymkolwiek, to w ogóle ma sens próbować? Wydaje mi się, że uwaga jest wtedy po prostu niedostępna i żadna technika tego nie naprawi.
Zastanawiam się, czy nie wpadamy w pułapkę szukania jednej recepty dla wszystkich. Koleżanka, o której wspominałam, miała bardzo złe okresy i mimo to zdanie, które sama wymyśliła, jakoś ją trzymało. Może to jest kwestia tego, że to było jej zdanie, jej głos, jej kryzys który je wydał - i właśnie przez to trafiało nawet wtedy, kiedy nic innego nie trafiało?
To co opisujesz ma swoją logikę i nie podważam tego doświadczenia. Ale chcę zwrócić uwagę na coś - my mówimy tu o jednej konkretnej osobie, a choroba psychiczna to bardzo szeroka kategoria. To, co pomogło twojej koleżance, może nie działać przy innym nasileniu, innej diagnozie, innym momencie choroby. Dlatego ostrożność z generalizowaniem jest tutaj naprawdę ważna.
Myślę, że właśnie o to chodzi w tym wątku - żeby nie generalizować, ale też żeby nie odrzucać afirmacji jako bezużytecznych w kontekście chorób psychicznych. Bo to też byłoby uproszczenie w drugą stronę. Cały sens tego tematu to chyba uzupełnienie terapii, a nie zastępstwo.
Wracjąc do tego co mówiła wcześniej Kabalistka05 o zdaniu wymyślonym samodzielnie - czy ktoś próbował pójść do terapeuty i poprosić, żeby razem z nim sformułować takie zdanie? Ciekawi mnie czy terapeuci w ogóle tak pracują, czy to raczej coś co robimy sami.
A jak to wygląda przy zaburzeniach, gdzie samo myślenie jest częścią problemu - np. przy OCD albo natręctwach? Czy afirmacja w takim przypadku nie staje się kolejną obsesyjną myślą, którą trzeba powtarzać?
Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć, że nie ma jednej odpowiedzi na pytanie z tytułu wątku. Ale trochę mnie to frustruje, bo szłam tu po jakieś konkretne wskazówki. Czy mozna powiedzieć chociaż kiedy MOŻNA spróbować, a nie tylko kiedy nie?
Wracam do tego o czym mówiłam wcześniej - moja koleżanka właśnie miała taką przewlekłą formę, nie gwałtowne epizody, tylko szarawość trwającą miesiącami. I to zdanie, które sama sobie wymyśliła, było bardziej jak kotwica niż jak zmiana. Nie mówiła, że jest szczęśliwa. Mówiła coś w rodzaju 'jestem tu i to wystarczy'. Może to jest właśnie ta różnica - afirmacja jako kotwica kontra afirmacja jako cel?
To rozróżnienie między kotwicą a celem jest naprawdę celne. Kotwica nie mówi ci, że wszystko jest dobrze. Mówi, że wciąż istniejesz i masz grunt pod nogami. To jest coś, co może działać nawet kiedy nie wierzysz w zmianę.
Właśnie, za dużo tu definicji i za mało doświadczeń. Czy ktokolwiek na tym forum stosował afirmacje świadomie przy własnych problemach psychicznych i może powiedzieć co konkretnie robił i jak to wyglądało? Nie musicie wchodzić w szczegóły, ale jakaś historia z pierwszej ręki byłaby tu wartościowa.
To jest właśnie coś, co mnie w tej rozmowie najbardziej zatrzymuje - że może nie chodzi o wiarę w to, co się mówi, tylko o sam akt powtarzania. Moja koleżanka chyba też nie wierzyła w swoje zdanie na początku. Po prostu mówiła je i tyle. Wiara przyszła - jeśli w ogóle - dużo później.
ale czy ona kiedyś powiedziała, po czym poznała że 'to działa'? Bo mam wrażenie, że przy takich subtelnych zdaniach jak kotwica trudno wyznaczyć moment, kiedy coś się zmieniło. To nie jest jak z lekiem, gdzie masz konkretny efekt.
