Właśnie tego się trochę boję u siebie. Że afirmacje dają mi komfort, że 'coś robię', ale bez żadnej weryfikacji czy coś się naprawdę zmienia. I nie wiem jak sprawdzić, bo zmiany są powolne i trudno powiedzieć, co wynika z czego.
I to jest chyba najlepsze podsumowanie pułapki z całego wątku. System, który na każdą sprzeczność odpowiada 'rób więcej', nie ma wbudowanego hamulca. Ambicja bez wyjścia awaryjnego.
A jak to w ogóle powinno wyglądać zdrowo? Bo przez całą rozmowę mówimy o tym kiedy jest źle, ale nie bardzo powiedzieliśmy jak wygląda ta granica po bezpiecznej stronie.
Mnie uderza w tej rozmowie jedno. Wszyscy mówimy o sygnałach ostrzegawczych, ale chyba zakładamy, że osoba w obsesji jest w stanie te sygnały zobaczyć. A co jeśli właśnie nie jest? Kto wtedy ma jej powiedzieć?
Jest jeszcze jeden wymiar, o którym nie mówiliśmy. Ambicja w afirmacjach bardzo często dotyczy konkretnego wyniku, np. sukcesu zawodowego, związku, pieniędzy. I im bardziej ten cel jest zewnętrzny i zależny od innych ludzi, tym większe ryzyko. Bo afirmacja nie zmieni cudzych decyzji.
Dokładnie. I to jest moment, kiedy z samorozwoju robi się myślenie magiczne w złym sensie. Nie 'zmieniam siebie', tylko 'świat nie chce mi dać tego, co mi się należy'. Widziałem to kilka razy.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, bo nie jestem pewna czy dobrze rozumiem. Czy afirmacje to jest to samo co wizualizacja? Bo słyszałam o tablicy wizji i nie wiem czy to ta sama kategoria.
Mnie zastanawia jedno. Rozmawiamy dużo o tym kiedy afirmacje stają się problemem, ale może warto zapytać kiedy w ogóle działają dobrze? Bo jeśli mamy zrozumieć granicę, to chyba trzeba wiedzieć jak wygląda ta zdrowa strona, nie tylko ta obsesyjna.
Ale właśnie to co pisze Krysztal mnie zastanawia. Jeśli afirmacja ma zmienić przekonanie, to jak długo to trwa? Bo słyszałem o tych 21 dniach, ale też o 66, i nie wiem skąd w ogóle te liczby.
I to jest kolejna warstwa tego problemu z ambicją. Kiedy słyszysz '21 dni', to masz w głowie deadline. A kiedy po 21 dniach nic spektakularnego się nie dzieje, to albo rezygnujesz, albo - i to jest ta obsesyjna ścieżka - wydłużasz sobie kontrakt z samym sobą w nieskończoność. 'Jeszcze miesiąc, jeszcze trzy, coś na pewno przyjdzie.'
Właśnie tak u mnie to wyglądało. Nie raz przedłużałam, bo każdy nowy okres był nową szansą. I za każdym razem miałam wrażenie, że jestem coraz bliżej, ale nie umiałam powiedzieć bliżej czego dokładnie.
A jeśli ktoś ma cel konkretny, sprawdza po pół roku i nie ma efektu, to co właściwie powinien zrobić? Zrezygnować z afirmacji całkowicie? Bo nie wiem jak to powinno wyglądać po tej 'normalnej' stronie granicy.
Mam wrażenie że ta rozmowa zakłada, że afirmacje to coś co robimy dla konkretnego efektu. A co jeśli ktoś po prostu chce się czuć dobrze i to jest cel sam w sobie? Czy wtedy ta granica obsesji w ogóle istnieje?
No właśnie, ale jak wtedy odróżnić, że afirmacje ci w tym uciekaniu pomagają? Bo z zewnątrz taka osoba wygląda na zmotywowaną i zdyscyplinowaną, nie na kogoś kto ucieka.
