Ten wątek o płaczu jako znaku autentyczności przeżycia bardzo mi przypomina pewne tradycje pentekostalne, gdzie podobnie płacz jest rozumiany jako potwierdzenie działania Ducha. Czy to jest po prostu mechanizm emocji zbiorowych, który pojawia się w różnych religiach niezależnie, czy może tu są jakieś historyczne połączenia? Pytam trochę nawiązując do tej dyskusji, którą mieliśmy wcześniej o wpływach.
Wróćmy może do ghayby, bo mam wrażenie, że nie wyciągnęliśmy jeszcze jednego ważnego wątku. Dadzbog.x wspomniałeś wcześniej o wilajat al-faqih jako szyickim rozwiązaniu problemu władzy w czasie nieobecności. Ale skoro Chomejni zbudował na tym doktrynę pełnej władzy politycznej, to czy to nie jest trochę przejęcie funkcji imama przez człowieka? Tzn. czy nie ma tu pewnego napięcia z samą doktryną, że imam jest nieomylny, a faqih już nie?
Właśnie to mnie też drążyło, jak to Damianek ujął, bo ja podobnie to rozumiałam. Jeśli imamat jest tak specyficzną instytucją, że nie może być delegowana nikomu poza prawowitą linią, to skąd faqih czerpie ten autorytet i kto go kontroluje?
Słuchając tego mam wrażenie, że ghayba jest z jednej strony bardzo spójną doktryną teologiczną, a z drugiej strony otwiera ogromne pole do napięć politycznych, właśnie dlatego, że nikt nie może powiedzieć: imam wrócił i rozsądzi spór. Czy w tradycji szyickiej są w ogóle jakieś opracowania eschatologiczne, co dokładnie ma się stać kiedy Mahdi powróci? Jak szczegółowo to jest rozpisane?
To pytanie, które rzuciłem na koniec, jest dla mnie kluczowe, bo właśnie rozkminiałem sobie te napięcia. Ghayba jako teologia jest pięknie spójna, imam istnieje, jest obecny niewidzialnie, czuwa, wróci. Ale politycznie to jest jak weksel bez daty wykupu. Każdy może twierdzić, że działa w zastępstwie. Czy w tradycji szyickiej był jakiś mechanizm, który miał temu zapobiec? Dadzbog.x, bo wydaje mi się, że wcześniej o tym mówiłeś, ale nie do końca.
Tak, Tytus, właśnie do tego zmierzałem. Klasyczne rozwiązanie było skromniejsze niż wilajat al-faqih Chomejniego. Uczeni przed Chomejnim twierdzili, że w czasie ghayby mardża, czyli wielki uczony, ma autorytet wyłącznie w kwestiach prawa i pobożności, nie polityczny. To się nazywa wilajat w sensie guardianship, opieka nad wdowami, sierotami, majątkiem religijnym. Chomejni zrobił krok, który dla wielu marydż był skokiem przez przepaść i rozszerzył tę opiekę na całe państwo. Jego krytycy, a wśród nich Ajatollah Montazeri, który był jego uczniem i wyznaczonym następcą, twierdzili potem wprost, że to nie ma podstaw w klasycznej doktrynie.
I właśnie ta historia pokazuje, że problem z ghajbą politycznie nie jest tylko akademicki. Skoro imam jest nieobecny i nikt nie może sprawdzić, czy faqih naprawdę działa w jego imieniu, to jedyną możliwą kontrolą jest opinia innych uczonych. Ale co jeśli aparat państwowy zaczyna kontrolować, kto dostaje tytuł ajatollaha i kto może wydawać fatwy publicznie? Wtedy sam mechanizm kontroli jest skażony.
To trochę tak jak z każdą instytucją, która rości sobie dostęp do transcendentnego autorytetu, a człowiek z zewnątrz nie ma jak tego zweryfikować. Mam wrażenie, że szyizm zbudował coś teologicznie bardzo spójnego, ale wbudował w to pułapkę, której nie da się uniknąć. Czy jest coś w samej doktrynie ghayby, co daje jakiś hamulec na takie nadużycia?
Słuchajcie, ja trochę zboczyłam i czytałam o tym Montazerim i znalazłam, że jego uczniowie twierdzili, że autorytet marydża kończy się tam, gdzie zaczyna przymus. Że faqih może udzielać wskazówek, ale nie może zmuszać. Czy to jest osobny nurt w szyizmie, czy to był pogląd charakterystyczny dla Montazeriego?
Ja się tu trochę gubię w tych wszystkich tytułach, Nadżaf, Kom, Sistani, Montazeri. Powiem szczerze, że dla mnie nadal najciekawszy jest ten wątek, który Tymianka rozwinęła, czyli to indywidualne przeżycie oczekiwania. Bo czy przeciętny szyita, taki który nie jest uczonym ani politykiem, w ogóle myśli o tych sporach? Czy dla niego ghayba to jest doktryna, czy coś, co żyje w codziennej modlitwie?
Też chciałam zapytać o to co Ruta i Tymianka mówią, bo ta rozmowa robi się coraz bardziej o uczonych i polityce, a mnie bardziej ciągnie ten wymiar duchowy. Rozumiem, że to ważne, ale chyba nie o to zaczął ten temat? Przynajmniej nie tylko o to.
To 'ofiarowanie czynności nieobecnemu' bardzo przypomina mi pewne katolickie praktyki, gdzie modlitwę lub post ofiaruje się za kogoś, kto umarł lub jest daleko. Strukturalnie to jest to samo, nawiązanie relacji z kimś poza zwykłym zasięgiem. Ciekawe, czy w szyizmie też jest coś w rodzaju prośby skierowanej do imama jako pośrednika?
No właśnie, to mnie zastanawia, bo imam żyjący miał isma, nieomylność i specjalny autorytet. Ale imam pochowany, do którego grobu pielgrzymujesz, to co on ma? Czy ta nieomylność i ta wyjątkowość jakoś trwa po śmierci, czy jest inaczej rozumiana niż u żyjącego? I jak to się ma do imama ukrytego, który ani nie umarł, ani nie jest fizycznie dostępny?
To jest bardzo dobre pytanie i myślę, że tu leży jedna z teologicznie najtrudniejszych kwestii. Imamowie, którzy umarli jako szahidowie lub w innych okolicznościach, mają w szyizmie status, który trudno przetłumaczyć jednym słowem. Nie są świętymi w sensie zachodnim, są raczej nadal 'aktywnymi' pośrednikami, bo ich ruh, duch, jest obecny przy grobach. Stąd pielgrzymka do Karbali czy Nadżafu to nie jest upamiętnienie, to jest wizyta. Imam ukryty jest jeszcze inny, bo on żyje i jego pośrednictwo jest teraźniejsze, nie historyczne.
Ten wymóg odpowiedniego stanu wewnętrznego pojawia się zresztą w niemal każdej tradycji, gdzie jest jakiś pośrednik między człowiekiem a wyższym wymiarem. W tarocie też nie ciągnie się kart byle jak, jest przygotowanie, skupienie, pytanie zadane z intencją. Nie twierdzę, że to to samo, ale struktura jest podobna. Ciekawe, czy w szyizmie jest jakiś przewodnik, jak się do takiej wizyty przygotować?
Ja słucham tego i zastanawiam się, czy ta mawadda, ta miłość do imama, jest czymś, co się po prostu ma albo nie ma, czy można ją jakoś rozwinąć? Bo to brzmi jak coś bardzo osobistego, nie jak zasada, którą można nauczyć się z książki.
To mnie trochę sprowadza z powrotem do pytania politycznego, przepraszam że tak skaczę. Ale skoro 'irfan i ta wewnętrzna ścieżka to nurt elitarny, to jak to się ma do rządzącej teologii Iranu? Chomejni sam był przecież mistrzem 'irfanu, pisał komentarze do Fususu Ibn Arabiego. Czy rewolucja irańska to była w jakimś sensie próba zinstytucjonalizowania czegoś, co z natury jest nie do zinstytucjonalizowania?
Wracając do tej struktury, bo to co mówicie zaczyna mi się układać. Mamy więc nieobecnego imama na szczycie, faqiha który rządzi w jego imieniu, uczonych którzy oceniają faqiha, i zwykłego wyznawcę który ma mawaddę i stara się nawiązać kontakt przez ziyarat. To jest system pięter autorytetu, gdzie każde piętro wymaga pewnego rodzaju wiary w to, że piętro wyżej jest autentyczne. Czy ktoś w szyizmie pyta, co jeśli cały łańcuch jest zepsuty od środka?
Mnie właśnie to pytanie Orlikowej nurtuje. Bo w katolicyzmie jest taka zasada, że sakrament udzielony przez księdza w stanie grzechu ciężkiego jest ważny, bo siła nie pochodzi od kapłana ale od Kościoła. Czy szyizm ma coś podobnego? Że relacja z imamem jest prawdziwa nawet jeśli pośrednik jest zepsuty?
i to jest świetne porównanie, bo szyizm ma analogiczną zasadę, choć sformułowaną inaczej. Relacja wierzącego z imamem jest opisywana jako bezpośrednia w sensie duchowym, pośrednik faqih czy mułła może ułatwić albo utrudnić, ale nie może jej zerwać, bo ona ma swoje źródło w walaji, czyli duchowym pokrewieństwie między wierzącym a imamem. Walaja jest w istocie wrodzona w człowieka, który ją ma. Można ją zagłuszyć, ale nie można jej zniszczyć z zewnątrz. Ale to znowu jest poziom 'irfanu, nie każdy uczony szyicki tak to opisuje.
Ta walaja brzmi jak coś, co można by porównać do spark, iskry w gnozie, tej cząstki boskiej, której nie można zniszczyć. Czy to porównanie ma sens czy przesadzam? Bo czytałam trochę o gnostycyzmie i tam też była ta idea czegoś nienaruszalnego w człowieku.
Corbin to jest chyba ktoś, o kim warto poczytać po tej rozmowie. Dadzbog.x, czy on pisał coś dostępnego po polsku albo chociaż po angielsku w formie przystępnej dla kogoś, kto nie jest akademikiem?
