Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co określiłabym jako "sakralne zakalma" - czyli miejsca lub stany, w których różne tradycje duchowe mogą spokojnie współistnieć, nie wchodząc sobie w drogę. Wiem, wiem, brzmi to trochę utopijnie, ale chodzi mi o coś konkretnego. Czy jest możliwe żeby np. praktykujący buddysta i ktoś z tradycji słowiańskiej prowadzili razem obrzęd bez naruszania integralności żadnej ze ścieżek? Albo żeby woda święcona z kościoła i woda z rytuału wiccan miały przestrzeń, w której ich symbolika się nie kłóci? Mam na myśli nie synkretyzm na siłę, ale takie miejsca wewnętrzne lub zewnętrzne, gdzie energia różnych tradycji może płynąć obok siebie. Czy ktoś miał doświadczenie czegoś takiego?
No to ciekawe pytanie bo sam szukam tego od lat. Byłem na kilku spotkaniach gdzie mieszano tradycje i raz wyszło super, raz był totalny chaos energetyczny. Mam wrażenie ze kluczem jest intencja prowadzącego i to czy kazdy uczestnik serio rozumie z czym przychodzi. Jak ktoś traktuje cudzą tradycję jako egzotyczny dodatek do swoich praktyk to sie czuć i to psuje całą przestrzeń. niech to zostanie jako luźna myśl
Powiem Wam, z perspektywy pracy z runami i magią słowiańską - mam swoje zdanie. Tradycje które mają mocną tożsamość, konkretne bóstwa, konkretne zasady, bardzo źle znoszą "neutralną przestrzeń". Bo neutralność jest złudzeniem. Każda przestrzeń jest czymś nacechowana. Pytanie brzmi - czyim bogiem, czyją siłą. Zakalma bez właściciela to puste pole, a puste pole przyciąga co popadnie.
O matko, ale to jest pytanie! 🙂 Byłam raz na czymś takim - spotkanie kilku osób, jedna z kręgu wiccan, jedna buddystka, jeden szaman z tradycji latynoskiej i ja z moją mieszanką. Prowadzący próbował zrobić "neutralne otwarcie", zaprosił po prostu "siły światła i dobra". I wiecie co? Czuło się jak z dziurą w środku. Jakby ktos ugotował zupę bez żadnej przyprawy. Technicznie zupa, ale co to jest. ale to tylko moje zdanie
a ja powiem wam coś innego bo mi sie wydaje ze ta cała dyskusja idzie w złą stronę. Słyszałem od jednego starszego praktyka że najstarsza zakalma to tak naprawde cisza. Nie neutralność, nie ugoda, tylko cisza przed słowem. I w tej ciszy każda tradycja rozpoznaje swoją własną podstawę. Może za filozoficznie brzmi ale mam wrażenie ze to jest klucz.
a co z miejscami takimi jak... nie wiem, Jerozolima? Tam jest chyba najbardziej na świecie upakowanych tradycji w jednym miejscu i jakoś to od tysięcy lat trwa. Nie zawsze harmonijnie, ale trwa. To nie jest trochę przykład że przestrzeń moze być wspólna?
lecę przez ten wątek i mam mieszane uczucia. Z jednej strony ta koncepcja brzmi pięknie, z drugiej - ile razy widziałam osoby które mówiły "ja pracuję z wieloma tradycjami" i w praktyce nie miały głębokiej relacji z żadną. Takie zbieranie obrazków zamiast nauki języka. Nie mówię że tak jest zawsze, ale jak rozróżniamy prawdziwą "pojemność serca" od zwykłego powierzchownego zbierania praktyk?
o rany, przepraszam że tak wprost ale... czy to nie jest trochę elitaryzm duchowy? Że niby tylko bardzo zaawansowani mogą pracować z różnymi tradycjami bez szkody? A co z ludźmi którzy po prostu czerpią z tego co do nich trafia i czują że to im pomaga, bez certyfikatu zaawansowania od kogokolwiek? pytam serio, nie złośliwie
no dobra,ja od strony pracy z sigilami powiem jedno, intencja jest kluczem. Jeśli dwie osoby wchodzą w przestrzeń z tą samą intencją ale różnymi językami symbolicznymi to ta przestrzeń naprawdę potrafi zadziałać. Sam robiłem rytuały z osobą z tradycji shinto i z kimś z prakyki reiki i nie było żadnego "zderzenia energii", było coś w rodzaju... wielogłosu. Każdy trzymał swój instrument ale grali jedną melodię.
żeby nie być gołosłowną to powiem z praktyki - prowadziłam spotkania rytualne przez kilka lat z osobami z bardzo różnych tradycji i zakalma jako pole możliwe do utrzymania wymaga jednej rzeczy przede wszystkim: że nikt nie próbuje narzucić swojej struktury jako "tej właściwej". Jak tylko jedna osoba zaczyna organizować przestrzeń według swojej tradycji, reszta albo się podporządkowuje albo wychodzi energetycznie. I to jest ten moment kiedy zakalma się zamyka.
matko, to ciekawe bo podczas medytacji z grupą różnych osób miałam raz takie doświadczenie że przez chwilę zniknęły wszystkie granice, dosłownie nie czułam gdzie kończy się moja aura a zaczyna cudza, i to nie bylo nieprzyjemne. Ale trwało chwilę i potem każdy wrócił do swojego. a nie jest czasem tak, że to wlasnie ta zakalma o której piszecie? taki krótki moment kiedy coś się otwiera?
dobra, niech chwile pobędę adwokatem diabła bo mam inny trop. A co jesli "harmonijne relacje między tradycjami" o których pisze temat to nie jest możliwe w przestrzeni rytualnej ale jest jak najbardziej możliwe w przestrzeni intelektualnej i serdecznej? Czyli mogę mieć głęboki szacunek i ciekawość wobec sufickiej ścieżki Oleandy, studiować ją, być nią poruszony, i jednocześnie pozostawać w swojej słowiańskiej praktyce bez żadnego konfliktu. Harmonia nie wymaga wspólnego rytuału
wcinam sie bo nie wytrzymam bo jestem tu chyba najmniej obeznana z tematem ale od paru stron to czytam i mam takie proste pytanie - czy ta zakalma o której rozmawiacie to jest cos co sie robi i tworzy czy cos co sie pojawia samo kiedy warunki są spełnione?? bo nie do końca rozumiem czy to jest praktyka czy stan
Zbyszlawo, okej, ale to jest trochę problem z tą dyskusją jako całością - rozmawiamy o pojęciu które sama stworzyłaś albo przynajmniej sama w tym kontekście używasz, i każdy rozumie je trochę inaczej. 😛 To trochę jak gdybyś zapytała "czy możliwa jest przerzana?" i każdy by odpowiadał zgodnie ze swoim wyobrażeniem co to jest. Nie mówię że dyskusja jest bezwartościowa, ale warto chyba przyznać że operujemy na dość niestabilnym gruncie pojęciowym.
powiem cos co moze nie wszystkim się spodoba - ta rozmowa zaczyna mi trochę przypominać budowanie teorii na teorii bez żadnego zakotwiczenia. Mamy: pojęcie ktore wymyśliła autorka tematu, opozycję astrologiczną jako metaforę, arabskie słowo z sufizmu, kenoze Eckharta i bioenergoterapię. I wszyscy się nawzajem potwierdzamy ze to do siebie pasuje. Ale czy naprawde pasuje czy tylko chcemy żeby pasowało?
czytam ten wątek o terminologii i mam takie wrażenie, że połowa napięcia w tym wątku bierze się z tego że jedni rozmawiają o zakalma jako doświadczeniu (subiektywnym, jednostkowym), a inni o niej jako o pojęciu (ogólnym, konstrukcie). 🙁 i to są dwa różne poziomy i chyba dlatego argumenty się mijają? tak mi sie wydaje przynajmniej. niech ktoś mnie poprawi jak cos
